Pamięć o trudnej przeszłości. Co wypada, a co nie? | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 28.02.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

Pamięć o trudnej przeszłości. Co wypada, a co nie?

Muzeum kiełbasy na terenie byłego obozu koncentracyjnego? Pomysł wywołał oburzenie i został szybko odrzucony. W byłych nazistowskich barakach na obrzeżach Berlina widać jednak, że codzienność da się pogodzić z pamięcią.

Centrum dokumentacyjne Berlin-Schöneweide

Centrum dokumentacyjne Berlin-Schöneweide

– Z tyłu, od strony ogrodu, jest dość jasno. Tam mamy już nowe otwierane okna. Chcielibyśmy mieć takie także z przodu – mówi Birgit Groll, kierowniczka przedszkola „Promyk Słońca” w berlińskiej dzielnicy Schöneweide. Przechodząc przez kolorowe pomieszczenia wypełnione dokazującymi dziećmi, mało kto podejrzewa, że 70 lat temu byli tu więzieni robotnicy przymusowi. Przednie, małe okna budynku nie mogą zostać wymienione, bo są objęte ochroną konserwatorską. Problemy są także z remontem dachu i izolacją budynku, wzdycha Birgit Groll. – Przecież żyjemy teraz, a tu chodzi o dzieci – mówi. Nie oznacza to jednak, że Groll nie jest świadoma jakie historyczne znaczenie ma to miejsce. – Kiedy wcześnie rano jest się tutaj samemu, to trochę dziwne uczucie – przyznaje.

Przedszkole „Promyk Słońca” wchodzi w skład zespołu baraków zbudowanych w Berlinie w 1943 dla pracowników przymusowych wykorzystywanych przez władze Trzeciej Rzeszy. Kompleks w Schöneweide jest jedynym w niemieckiej stolicy, który przetrwał do obecnych czasów – głównie dlatego, że do jego budowy użyto kamienia, a nie drewna. Połowę kompleksu zajmuje centrum dokumentacyjne upamiętniające los blisko 500 tys. pracowników przymusowych więzionych w czasie wojny w Berlinie. Jego pozostała część została wynajęta albo sprzedana. Dziś działają tam, obok przedszkola, gabinet fizjoterapii, sauna, salon samochodowy i kręgielnia.

Wszechobecna zbrodnia

Szacuje się, że do Trzeciej Rzeszy wywieziono około 13 milionów pracowników przymusowych – cywilów, jeńców wojennych, więźniów obozów koncentracyjnych. – To zapomniana grupa ofiar – mówi Christine Glauning, kierowniczka centrum dokumentacyjnego działającego w barakach w Schöneweide. Zanim ono powstało, budynki wykorzystywane były w czasach NRD przez instytut szczepień. – Praca przymusowa była widziana gołym okiem, to była publiczna zbrodnia – podkreśla. Pracownicy byli prowadzeni w szeregu do warsztatów, fabryk, na cmentarze czy do prywatnych domów, gdzie zmuszano ich do pracy. – Kontakty z niemiecką ludnością cywilną były nieuniknione, nawet przy ostrej kontroli – mówi.

Przedszkole na terenie byłych baraków dla pracowników przymusowych Trzeciej Rzeszy

Przedszkole na terenie byłych baraków dla pracowników przymusowych Trzeciej Rzeszy

Właśnie dlatego pierwsza stała ekspozycja przygotowana przez centrum nosiła tytuł „Codzienność – praca przymusowa”. Pokazuje ona biografie ofiar. Na przykład Polki Genowefy Czub, więzionej w Auschwitz, a potem wysłanej do pracy przymusowej w różnych berlińskich fabrykach. Albo historię Rosjanina Mikołaja Galuszkowa, który w wieku zaledwie 15 lat musiał pracować jako grabarz na cmentarzu. Albo Ukrainki Zinaidy Baszłaj wywiezionej do Berlina w 1942 roku i pracującej jako służąca oficera niemieckiej Luftwaffe.

Wystawa jest poruszająca. Poprzez fotografie i wywiady wideo byli pracownicy przymusowi stają się bardzo bliscy zwiedzającym. Tym większy jest dysonans, kiedy po wyjściu z centrum dokumentacyjnego ogląda się pozostałe baraki. Jak można iść do sauny w miejscu, w którym więźniowie marzli zimą? Jak można kupować samochód w miejscu, w którym pracownicy przymusowi produkowali elementy metalowe? Jak można grać w kręgle w obliczu cierpienia, które widziały te ściany?

Muzeum kiełbasy, fotki i piknik

– To bardzo interesujące – mówi Christine Glauning. – Wchodzimy na nowy poziom dyskusji o tym, jak obchodzić się z historycznymi miejscami. Co można robić, a czego nie? - zauważa. Podobna dyskusja, która odbiła się szerokim echem w całych Niemczech, dotyczyła ostatnio Turyngii. Ten niemiecki land słynie z produkcji kiełbasy. Tamtejsze muzeum kiełasy, tłumnie odwiedzane przez turystów, szukało nowych pomieszczeń. Wybrano budynek stojący na terenie filii byłego obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Wywołało to oburzenie. Muzeum wybrało w konsekwencji inne miejsce.

Historyczka Christine Glauning nie mówi stanowczego „nie" dla wykorzystywania miejsc pamięci do innych celów. Kilka lat temu jasno opowiedziała się jednak przeciwko pomysłowi osiedlenia grupy uchodźców w budynku stojącym na terenie byłego obozu koncentracyjnego. Jej zdaniem byłoby to niewłaściwe.

Centrum dokumentacyjne Berlin-Schöneweide

Centrum dokumentacyjne Berlin-Schöneweide

Także w Berlinie często dyskutuje się o właściwym obchodzeniu się ze stojącym w centrum miasta pomnikiem ofiar Holokaustu. Artysta Shahak Shapira pokusił się niedawno o prowokacyjny fotomontaż. Zestawił zdjęcia rozbawionych turystów odwiedzających monument ze zdjęciami masowych grobów zamordowanych Żydów. Twórca pomnika, architekt Peter Eisenman, nie był tak surowy. W wywiadzie dla Spiegel Online powiedział kiedyś, że pomnik nie jest „miejscem świętym”. – Ludzie będą tam sobie urządzać piknik, dzieci będą grały w berka. Zobaczymy tam manekiny pozujące do zdjęc, będą tam kręcone filmy – mówił.

W poszukiwaniu wspólnej pamięci

Birgit Groll chętnie pokolorowałyby razem z przedszkolakami zewnętrzną ścianę stojącego obok baraku. Niestety, nie pozwala na to ochrona zabytków, wzdycha. Czy była już w mieszczącym się obok centrum dokumentacyjnym? Sama przyznaje, że nie. – Interesuję się historią, ale mam do niej bardzo emocjonalne podejście. Mój dziadek sam był jeńcem wojennym – mówi.

Christine Glauning, która już wcześniej pracowała w różnych miejscach pamięci przyznaje, że zna więcej takich przypadków. – Ludzie chętniej jadą gdzieś daleko niż odwiedzają muzeum stojące pod nosem – mówi. Miejsce zbrodni trudno jest połączyć z własnym poczuciem ojczyzny, domu. Może to zachwiać własną tożsamością. Przytulne miejsce, nie może być miejscem upokorzenia.

Obserwując codzienność w Schöneweide uderza to, jak różne są podejścia do pamięci. – Miejsca pamięci powinny irytować – mówi Christine Glauning. W tym przypadku do tarć prowadzi raczej zmiana przeznaczenia baraków. Pojawia się też pytanie, jak daleko powinna sięgać ochrona konserwatorska, gdy chodzi o wykorzystywanie budynku jako przedszkola? Czy budynek, w których od dekad działa warsztat samochodowy, musi mieć takie same, ponure kolory jak stojące obok centrum dokumentacyjne? Czy pamięć nie zaczyna się właśnie wtedy, kiedy zaczyna się ścierać ze współczesnością i codziennością?

Redakcja poleca

Reklama