Dorota Danielewicz: Berlin nieustannie się przeobraża
2 maja 2026
DW: Właśnie ukazała się Pani kolejna książka o Berlinie – „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi” (Wielka Litera), taki „przewodnik nieoczywisty”, jak podano na okładce, ale trudno oprzeć się refleksji, że ponownie oprowadza Pani po duszy tego miasta. Nie opisuje Pani jedynie miejsc, lecz kreśli też portrety ludzi. To wnikliwy, osobisty reportaż o Berlinie.
Dorota Danielewicz*: Na pewno jest to książka reportażowa. Wprawdzie mieszkam w Berlinie od 45 lat, ale podczas pisania specjalnie odwiedzałam miejsca, o których piszę jako reporterka. To były spotkania z ludźmi i doświadczanie tego miasta z mojej i ich perspektywy. Mam to szczęście, że jestem związana i zaprzyjaźniona z wieloma osobami, uczestniczę bardzo aktywnie w życiu miasta. Berlin, jak i każde miejsce, to dla mnie ludzie. Ludzie, a nie kamienie. To oni tworzą duszę miasta.
Pani książka ma kilka wyrazistych wątków przewodnich, chociażby lata 20. i 30. XX wieku.
W Berlinie można znaleźć sporo pamiątek i ogromną legendę lat 20. XX wieku. Aktualnie media dominuje narracja o upadku Berlina, dlatego warto studiować historię, aby mieć porównanie. Mam wrażenie, że ktoś usilnie stara się wprowadzać w stan niepokoju i niezadowolenia, aby wywołać atmosferę tamtych lat – i być może w konsekwencji doprowadzić do złości wyładowującej się w wyborze ekstremalnych sił politycznych. Przy bliższym przyjrzeniu się Berlinowi lat 20. i porównaniu go z naszymi latami 20. XXI wieku nasuwa się refleksja, że żyje nam się teraz na pewno nieporównanie lepiej niż 100 lat temu.
Przygnębieniu po I wojnie światowej towarzyszyła chyba jednak pewna euforia i atmosfera ogólnego przełomu?
Przełomu socjologicznego, przede wszystkim w odniesieniu do pozycji i roli kobiet. Niemcy były zrujnowane przez reparacje wojenne, a potem przez inflację. Kobiety musiały pójść do pracy, jak to zawsze po wojnach bywa. Obcięły sobie włosy, zrzuciły długie sukienki. Zaczęły się wyzwalać, bawić z koleżankami w lokalach. Jednak pamiętajmy, że urlopy nie istniały i jedynie niedziela była dniem wolnym od pracy. Do domów powrócili inwalidzi, których często żony i matki musiały utrzymywać. Osoby, którym tutaj dobrze wówczas się powodziło, to byli często cudzoziemcy – Amerykanie, ale również Polacy. Ludzie, którzy posiadali inną walutę niż marki. Przelicznik był taki, że mogli sobie w Berlinie na dużo pozwolić – na najlepsze hotele, na dobre restauracje, na życie w ferworze tańca i rozrywki.
Nawiązuje Pani w książce do wyczuwalnej wówczas babilońskości Berlina. Nadmienia o popularnym, niemieckim serialu „Babylon Berlin”. Berlin po I wojnie stał się niejako wieżą Babel, ocierając się też o nowe definicje moralności.
Moralności wówczas nie było w ogóle, można powiedzieć. W latach 20. zlikwidowano na przykład paragrafy dotyczące seksu z dziećmi. Bieda była tak ogromna, że dzieci się nagminnie prostytuowały. Tutaj możemy sobie jedynie wyobrazić, że Berlin wtedy może nawet nie tyle był Babilonem, co Sodomą i Gomorą. Ale Babilon brzmi ładniej. Ten blichtr, który widzimy w filmach, był przywilejem niewielu procent.
Narkotyki i inne nałogi nie były wówczas rzadkością...
Handel narkotykami kwitł, przynajmniej w pierwszych latach po wojnie. To też jest pokazane w serialu „Babylon Berlin”, główny komisarz Rath uzależniony jest od morfiny. Wielu byłych żołnierzy usiłowało dawać sobie radę z traumami wojennymi poprzez zażywanie narkotyków. Tak jak po II wojnie światowej była amfetamina, po I wojnie podobną rolę odegrała morfina. Pisarz Heinrich Böll do końca życia był uzależniony od amfetaminy. Dzisiaj młodzież nie pije alkoholu – za to wrzuca tabletkę dającą energię na przetańczenie całej nocy. Ale to się dzieje w każdym mieście.
Gdzie dziś w Berlinie można znaleźć ślady i atmosferę lat 20. ubiegłego wieku?
Moim zdaniem najbardziej w okolicach Nollendorfplatz, centrum życia gejowskiego już sto lat temu. Tam w pensjonacie mieszkał Christopher Isherwood, autor słynnej książki „Pożegnanie z Berlinem”. Tak zwana „Czerwona Wyspa”, gdzie urodziła się Marlena Dietrich, to także miejsce z wieloma śladami lat 20. To dzielnica robotnicza, taka poddzielnica dzielnicy Schöneberg.
Charakterystyczny w tym kontekście jest też dom towarowy KaDeWe. Jego budowa była bardzo krytykowana. Zastanawiano się, dlaczego gdzieś na obrzeżach ma powstać tak wielki dom towarowy? Ale dzięki KaDeWe rozbudowano Kurfürstendamm, jedną z najbardziej luksusowych ulic Berlina, a po II wojnie światowej centrum starego Berlina Zachodniego. W latach 20. znajdowała się tam słynna Romanisches Café, w której spotykała się berlińska inteligencja.
Czy w Romanisches Café można było spotkać ówczesnych pisarzy?
Oczywiście! Josepha Rotha, poetkę Maschę Kaleko, Ericha Kästnera, Alberta Einsteina, malarza Maxa Liebermanna, pisarkę Izabelę „Czajkę” Stachowicz – muzę Witkacego, która nawiązała w swych wspomnieniach do odwiedzin w tej kawiarni. Właściwie wszyscy wówczas w Berlinie, pisarze, reżyserzy, dziennikarze – Egon Erwin Kisch na przykład – tam bywali. Panował tam podział na „basen dla pływających” i „dla niepływających”.
A na tarasie na zewnątrz na ogół siedzieli turyści. Zafascynowało mnie, ponieważ pochodzę z Poznania, że architekt Romanisches Café i kościoła Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche, Franz Schwechten, zaprojektował też zamek poznański. Po wojnie w nowo powstałym budynku w miejscu kawiarni próbowano na pierwszym piętrze stworzyć nową Romanisches Café, ale to nie wyszło. Pewnie ta kawiarnia nie miała atmosfery. A teraz w hotelu Waldorf Astoria na parterze jest kawiarnia RoCa z ozdobnym plafonem, nawiązującym do lat 20-tych i gości ówczesnej Romanisches Café.
Gdzie zatem można dziś spotkać berlińskich artystów?
Problem w tym, że nie mamy już takich kawiarń, w których można przesiadywać godzinami, jak jeszcze w latach 80., czy 90. XX w. Wydaje mi się, że wysokość czynszów nie pozwala właścicielom, aby dopuszczać, by klienci spędzali godziny przy szklance herbaty. W Romanisches Café biedniejsi goście opłacali kelnerów za podanie pustej filiżanki. Teraz podobno najwięcej artystów mieszka w Berlinie na granicy Kreuzbergu i Neukölln, ale w Berlinie każda dzielnica jest jak osobne miasto i osobne centrum.
W mojej okolicy, przy placu św. Marka mieszka kilku znanych niemieckich pisarzy (na przykład Ullrich Treichel) i spotykamy się często przypadkowo na basenie, na zakupach albo w niepozornej, sąsiedzkiej kawiarence na placu. Literatów spotyka się na spotkaniach autorskich i festiwalach, których jest w Berlinie mnóstwo.
Podkreśla Pani w książce, że Berlin to miasto, które swą energię czerpie z tego, że nieustannie ktoś się tam sprowadza i wiąże z nim swe nadzieje.
Berlin zawsze był miastem migrantów. Tutaj większość mieszkańców ma korzenie śląskie, tureckie czy szwabskie, ale może najzdrowszym podejściem do Berlina jest niewiązanie żadnych nadziei z tym miastem. Miasta mają swoje legendy, które oddziaływują na wiele setek czy tysięcy kilometrów, ale te legendy często odbiegają od codzienności. Przede wszystkim od problemów egzystencjalnych, z którymi trzeba się zmierzyć jako nowy mieszkaniec, jako obcy. Każda aklimatyzacja jest trudna.
Niemniej legenda Berlina przyciągnęła ostatnimi laty wielu ekspatów.
Nie tylko legenda, także praca. Rozwija się tutaj jedenaście tzw. miejsc przyszłości. Przyjeżdzają ludzie zajmujący się wirtualnymi światami, nowymi energiami itd., ze względów czysto zawodowych. Niektórzy nawet nie uczą się języka niemieckiego, pracując w języku angielskim. Obok ekspatów mamy uchodźców, często latami czekających w obozach na własne mieszkanie. Legenda Berlina przyciąga nawet osoby w kryzysie bezdomności z Polski – jest im tutaj łatwiej przeżyć.
Zabiera Pani czytelników do dzielnicy Berlina, w której kształtuje się przyszłość.
To moje ulubione, nowe odkrycia – miejsca przyszłości. Na przykład EUREF Campus Berlin. To najbliższe dla mnie takie miejsce w Schönebergu, w okolicy gazometru. Znajduje się tam wiele interesujących firm, filia politechniki. To miejsce już od 2014 r. wpisuje się w cele energetyczne Niemiec dla roku 2030. Pokazuje, że można funkcjonować dzięki energii słońca i wiatru. Zapewnia się tam w ten sposób energię całemu kampusowi, piekarniom, restauracjom, ładowarkom do rowerow, do samochodów. W stare, postindustrialne budynki wkomponowano tam nowoczesne obiekty, wzniesione dla nowych firm. Jest tam m.in. firma, która organizuje dyskusje społeczne na temat przyszłości miasta. Wybiera losowo przeszło tysiąc osób, które spotykają się przez jakiś czas i dyskutują o przyszłości różnych miejsc. Wyniki tych dyskusji są przekazywane komisjom senackim.
Opowiada Pani o Berlinie jako o mieście innowacji i postępu. Tymczasem w ostatnim czasie wybrzmiewa coraz więcej głosów krytyki pod adresem Berlina. Wiele osób deklaruje rozczarowanie tym miastem.
Rozczarowanym można być tylko wtedy, jeżeli było się oczarowanym, jeżeli się przyjechało tutaj w różowych okularach. Berlin nigdy nie był miastem łatwym. To czteromilionowa, ogromna metropolia, w której trzeba się przebić, zaaklimatyzować. To trudne, jeżeli nie chodziło się tutaj do szkoły, nie studiowało, lecz przyjeżdża w dorosłym wieku i wchodzi od razu w świat pracy albo w ogóle w niego nie wchodzi, pracując zdalnie w domu.
Berlin Zachodni wcale nie był też po ostatniej wojnie ładnym miastem. Był miastem odciętym, otoczonym murem. Berlin Wschodni z kolei był pełen bloków, podsłuchów służb specjalnych, restrykcji systemu. Przecież wiemy, że miasto zostało mocno zniszczone w II wojnie światowej. Do tego strzelanie do uciekinierów, którzy usiłowali przedostać się przez mur. Straszne rzeczy się tutaj działy! Niemniej Berlin był i jest miastem ciekawym. Ja się tutaj nie potrafię nudzić. Jeżeli jednak ktoś chce przyjechać do Berlina i żyć sobie tu przytulnie, to powinien wybrać jakieś mniejsze miasto albo miasteczko. Wszystko ma jakąś cenę.
Przez to miasto dosłownie przewala się historia, dlatego musi się ono ciągle transfomować i odnajdywać na nowo. Jest pełne kontrowersji, jest międzynarodowe. W jednym miejscu coś się niszczy, a w innym coś nowego wyrasta, coś nowego rozkwita. Opinia Berlina w ostatnim czasie w mediach rzeczywiście często jest negatywna. Mówi się o kryzysie bezdomności – tak, ale smutnym faktem jest to, że kilka tysięcy berlińskich bezdomnychto osoby z Polski. Narzeka się na brud i śmieci – są one w niektórych dzielnicach, miejscach. W innych znowu nie. Warto wiedzieć, że Berlin wydaje rocznie 13 milionów euro na sprzątanie nielegalnie wyrzucanych śmieci, a za wyrzucenie niedopałka na ulicę grodzi 500 euro kary. Tyko, że często nie udaje się ukarać winnego.
W niekonwencjonalny sposób opisuje Pani ostatnie dni II wojny światowej, bo z perspektywy dyrekcji ZOO...
Fascynuje mnie historia zwierząt, żyjemy z nimi na co dzień nawet w miastach. Ogród Zoologiczny w zachodniej części rzeczywiście jest w samym centrum miasta. Opisuję też historię powstania Tierparku, ogrodu zoologicznego po wschodniej stronie. Historię jego pierwszej powojennej dyrektor Kathariny Heinroth, niezwykle dzielnej kobiety, która uratowała ogród zoologiczny. Zachowała w momencie kryzysu zimną krew, mimo tego, że zgwałcili ją radzieccy żołnierze. Zwierzęta są bezbronne, nie mogą uciec, nie ma dla nich schronów. Kobiety w wojennych czasach są również bezbronne…
Ogrody zoologiczne to cele rodzinnych wycieczek. Ukazuje Pani w Berlinie więcej miejsc wytchnienia. Takim miejscem, w którym mocno obecna jest i historia, i kultura, jest Wannsee.
Historia miasta dobitniej odbija się w wodach Wannsee niż w Möggelsee, bo mamy tutaj dwa ogromne zbiorniki wodne. Nad Wannsee odpoczywano, zamożne rodziny budowały tam swoje letniskowe wille. Co ważne, dojeżdżała tam kolejka. Wannsee było przedmieściem Berlina, a dziś to jego część. Wannsee to oczywiście Pawia Wyspa, willa malarza Maxa Liebermanna, zaraz obok mrocznej historii budynku, w którym w 1942 r. naziści zaplanowali Zagładę.
Przy okazji ta okolica to dziś nadal także teren rekreacyjny...
Tak, Wannsee to jakby poszerzona odnoga Haweli, która sprawia tu wrażenie jeziora. Miejsc do kąpania jest wiele. Jest oficjalne kąpielisko, zbudowane w latach 20., które było pierwszym takim kąpieliskiem Berlina, z przebieralniami, toaletami, restauracjami, koszami plażowymi. Można się tam poczuć jak na nadmorskiej plaży, na wakacjach. A z drugiej strony jest mnóstwo dzikich zatoczek, w których również można wskoczyć do wody czy iść na piękny spacer. Jest też marina jachtowa i dzikie zatoczki. Ale ja chodzę pływać nad Schlachtensee.
Zatem jadąc w porze letniej do Berlina, warto spakować strój kąpielowy?
Jeśli ktoś nie będzie miał stroju, to również znajdzie się miejsce na kąpiel. Nikt się nie będzie dziwił. Nota bene wolność w Berlinie też manifestuje się ubiorem. W tym mieście możemy się stylizować niezależnie od mody. Wyjść w piżamie na zakupy. Tutaj ciężko jest komuś czymkolwiek zaimponować albo kogoś zaszokować. Do Berlina przyjeżdża się właśnie po to, aby móc sobie pozwolić na luz.
Dawid Bowie, który w fazie glamrocka w Stanach Zjednoczonych występował w ekstrawaganckich garniturach, kiedy przyjechał do Berlina zaczął chodzić w kraciastych koszulach flanelowych, jak zwykły zjadacz chleba. Nie miał ochoty gwiazdorzyć. Mieszkałam zaraz obok mieszkania Bowiego, chodził na zakupy do tego samego marketu, co ja – ale najpewniej bym go nie poznała w kolejce przy kasie. Albo amerykańska reżyserka Lana Wachowski. Dziennikarka Ewa Wanat, która w ostatnich swych latach mieszkała w Berlinie, widywała ją czasem w swojej dzielnicy. Głośna była jej tranzycja. Wygląda dość ekstrawagancko, gdyż ma różowe dredy, więc po nich można ją rozpoznać. Ale nikt się nie dziwi, nikt nie zaczepia. Do Berlina prominencja przyjeżdża po to, aby mieć spokój. I to jest tutaj możliwe.
Czy w berlińskim tłumie można wypatrzyć polityków?
Politycy jeżdżą limuzynami. Niektórych można spotkać w Café Einstein, bo to miejsce niedaleko Bundestagu. Ale na przykład wspaniałe jest to, że parlament w Berlinie naprzeciwko Gropius Bau ma kantynę. I każdy może tam zajść. OK – trzeba przejść przez bramkę, oddać torbę do kontroli. Jeśli jestem na wystawie w Gropius Bau, to nawet to tak planuję, aby połączyć to z pójściem na smaczny obiad do tej kantyny.
A na 1. piętrze jest restauracja, taka trochę ładniejsza i lepsza, też dla wszystkich dostępna. Każdy obywatel ma prawo wejść do tego budynku, zjeść obiad czy napić się czegokolwiek. I oczywiście możliwe, że jakiś znany senator czy senatorka siedzą tuż obok, posilając się w porze obiadowej.
Podkreśla Pani gotowość Berlina do nieustannej transformacji i do radykalnych rozwiązań, także do wyburzeń...
Hansa Viertel na przykład był takim zniszczonym przez wojnę miejscem, które powstało w latach 50. w związku ze światową wystawą architektury. Budynki projektowali najlepsi z najlepszych. W Hansa Viertel podczas stypendium w Berlinie w roku 1963/64 mieszkał Witold Gombrowicz. Berlin ma odwagę, żeby burzyć i nie powracać do tego, co było, dlatego takim kontrowersyjnym nowym projektem było Forum Humboldta, gdzie właśnie zadziałano odwrotnie, nawiązując po części do dawnego pałacu królów pruskich. Jest fasada, jest dziedziniec ze zrekonstruowanymi rzeźbami... Wielu Berlińczyków wolałoby mieć tam coś nowoczesnego. Był to jeden z najbardziej konserwatywnych projektów. Nie chodzi o to, co tam się dzieje, przeniesiono tam bowiem Muzeum Etnologii, lecz o bryłę, która jednak powinna moim zdaniem być bardziej dostosowana do XXI wieku.
Zwraca Pani uwagę na budynki sądów i więzień w Berlinie jako miejsca transformacji...
Berlin to olbrzymia metropolia, a więc także przestępczość, oprócz osadzonych za zbrodnie dyktatury nazistowskiej, a potem za walkę z dyktaturą komunistyczną. Budynki byłych więzień można zwiedzić, na przykład mroczne więzienie Stasi w Höhenschönhausen. Miałam to szczęście, że pisząc książkę mogłam być na przedstawieniach teatralnych w ramach projektu z osadzonymi. W Berlinie mamy dawne więzienia przetransformowane w coś innego, np. dawne więzienie Moabit. Jest tam wspaniały park. W tamtejszym Zellengefängnis więziono powstańców 1848 r., z Ludwikiem Mierosławskim na czele. Albo więzienie dla kobiet w Lichterfelde West – dzisiaj „The Knast”. Zaraz przy sądzie jest teraz kawiarnia, restauracja, gdzie w porze wieczornej odbywają się erotyczne imprezy w byłej kaplicy. Podczas dnia można tam wypić kawę i zjeść ciasto. Byłe więzienia to często otwarte na ludzi miejsca.
Sporo miejsca poświęca Pani restauracjom i smakom Berlina. Opisuje Pani lokale, w których sama też bywa.
W tych pięciogwiazdkowych to nie (śmiech), ale sama się zdziwiłam, że Berlin ma tyle samo gwiazdkowych restauracji co Paryż! Zawsze w kontekście Berlina wymienia się dönery i kiełbaski z sosem curry. Naprawdę można tu też chodzić do wyśmienitych restauracji, do bardzo ekskluzywnych miejsc. W Berlinie jest po prostu wszystko, na każdą kieszeń i apetyt.
Panią samą czasem można spotkać wśród publiczności berlińskich Varieté...
Uwielbiam Wintergarten i Varieté w Hackesche Höfe, są godne polecenia, na bardzo wysokim poziomie. Jeszcze 20 lat temu Varieté w Berlinie nie było tak mocno obecne jak dziś. Angażuje się przecież doskonałych artystów z całego świata. Tak naprawdę regularnie bywam w filharmonii i operze oraz klubach jazzowych. Berlin to miasto dla melomanów. Także miasto nocnych klubów, tańca, ekscesu. Co drugi Berlińczyk śpiewa w jakimś chórze, dzieci uczą się grać na instrumentach. Mój syn jest wokalistą metalowym, fotograf Peter Adamik, który zrobił mi zdjęcie na okładkę, specjalizuje się w fotografii orkiestr. Sąsiad z góry komponuje i prowadzi chóry. Dyskoteka, do której chodził Bowie, nazywała się SOUND. Jeśli się przyjedzie do Berlina, warto wsłuchać się w dźwięk tego miasta, a Berlin pokaże, co gra w naszej duszy. Ciekawa jestem, co Państwo usłyszą: jazz, marsz, anielski chór czy punk?
Rozmawiała Joanna de Vincenz
*Dorota Danielewicz – pisarka i publicystka. Pochodzi z Poznania, od 1981 r. mieszka w Berlinie. W kwietniu w wydawnictwie Wielka Litera ukazała się jej książka „Berlin. Miasto, które niczemu się nie dziwi”.
Chcesz komentować nasze artykuły? Dołącz do nas na Facebooku! >>