Berlin. Znowu zapłoną znicze na grobach Polaków
1 listopada 2025
To wyglądało trochę tak, jakby Julia sama chciała o sobie przypomnieć. Choć patrząc racjonalnie, Ewa znalazła Julię przez czysty przypadek.
Pamięta, że była jesień, liście gęsto pokrywały alejki i nagrobki. Ewa na chwilę przysiadła na jakiejś porośniętej mchem płycie. Machinalnie odgarnęła liście dłonią. Pojawił się ledwo widoczny już napis. Wzrok Ewy zatrzymał się nagle na jednym widocznym jeszcze słowie: „pamiątka”. Polskie słowo na niemieckim cmentarzu.
W odczytaniu reszty pomogła cola. Taki trik archeologiczny – śmieje się Ewa Maria Slaska. – Cola usuwa wszystkie zabrudzenia, do oryginalnej substancji. Mech, kurz, pył – tłumaczy.
I wtedy Julia się przypomniała światu. „Tu spoczywa Julia z Zapletiałów de Bereźnicka zmarła w wieku życia lat 24 w dniu 30 Maja 1856 Żona czuła, dobra matka przyjaciółka szczera Pamiątka iey zostanie każdemu że ią znał droga i miła” (pisownia oryginalna – red.).
Następny polski grób w Berlinie. I u Julii zapalony zostaje 1 listopada znicz z polskimi barwami.
Znicze w polskich barwach
W Berlinie jest ponad 250 cmentarzy – miejskie, parafialne, wojenne, wyznaniowe. Jest nawet cmentarz samobójców z początku XIX wieku.
Na prawie każdym z nich są groby Polaków, którzy w mieście mieszkali na przestrzeni ostatnich ponad 200 lat. Przyjeżdżali się uczyć, pracować, służyć w wojsku, robić karierę w administracji, schronić przed prześladowaniami, ale i trafiali nie z własnej woli – jako robotnicy przymusowi czasie II wojny światowej lub jeńcy wojenni.
Przyjeżdżali i ci znani, i ci przeciętni, których nazwisk w żadnym podręczniku się nie znajdzie. Berlin celem Polaków był w czasach zaborów, zwłaszcza po 1870 roku, kiedy stał się stolicą całych Niemiec i z prowincjonalnego miasta stał się jednym z najważniejszych w Europie. Celem migracji był też po II wojnie światowej, czy wejściu Polski do Unii Europejskiej. Przewinęły się przez nie setki tysięcy Polaków, którzy tutaj żyli i umierali.
Na ich grobach berlińska Polonia stara się każdego 1 listopada postawić znicz w polskich barwach. O ile te groby znajdzie.
Pierwszy spacer do Berlina Wschodniego
Ewa Maria Slaska do Berlina przyjechała w 1985 roku, kiedy miasto było jeszcze podzielone. I od kiedy pamięta, chodziła po berlińskich cmentarzach. – Dla archeologa cmentarz to zawsze miejsce, gdzie można się dużo dowiedzieć – tłumaczy. Poza tym, te berlińskie, nawet współczesne, wyglądają najczęściej jak parki – na dużym terenie, z drzewami i zielenią. Nie przytłaczają, nie zasmucają, a z napisów i inskrypcji można się wiele dowiedzieć o historii mieszkańców.
Przygoda Ewy z cmentarzami w Berlinie zaczęła się dawno, ale dopiero po upadku muru berlińskiego ukierunkowała się na Polaków. W listopadzie 1989 roku ludzie jechali z zachodu na wschód, by odwiedzić rodzinę i stare miejsca, ze wschodu na zachód, by poczuć powiew dobrobytu. A Ewa na swom pierwszym spacerze do Berlina Wschodniego poszła na stary cmentarz francuskich hugenotów. Jakieś dziesięć minut w prostej linii od wyrwy w murze. – Od zawsze chciałam pójść na grób Chodowieckiego – wspomina. – Znałam jego historię: był z Gdańska, jak ja, był uznanym grafikiem, a ja grafiki lubię, zwłaszcza te jego. Było logiczne, że jeżeli jego grób jest tak blisko, to chcę go zobaczyć. Bez muru to było proste.
Najstarszy polski grób w Berlinie
Bracia Chodowieccy przybyli z Gdańska do Berlina jeszcze w połowie XVIII wieku. Daniel zrobił tu karierę artystyczna, do dziś ma swoją ulicę w stolicy Niemiec – wymawianą jako „Hodowiki Sztrase”. Mało kto kojarzy, że ten „Hodowiki” czuł się Polakiem i Francuzem (po matce, francuskiej hugenotce). Z powodu matki pochowany został na tym właśnie cmentarzu, już w 1801 roku.
To najstarszy znany zachowany grób polski w Berlinie. Prosty, kamienny nagrobek zachował się do dziś w świetnym stanie. – Widzisz tę cegłę? – Ewa pokazuje kamień w formie cegły, z wypalonym berlińskim herbem. – To oznaczenie grobu honorowego – tłumaczy.
Groby osób o wyjątkowym znaczeniu w historii miasta, nad którymi miasto przejęło opiekę. Zlecone firmy regularnie przycinają i pielęgnują roślinność, naprawiają nagrobek, jeżeli jest uszkodzony, tak by grób przypominał jak najbardziej stan oryginalny. I – oczywiście – nie ma mowy o jego likwidacji, nawet jeśli nie pozostali żadni potomkowie, którzy się nim opiekują.
Daniel Chodowiecki był pierwszym Polakiem pochowanym w Berlinie, którego Ewa Maria świadomie szukała i odwiedziła. Jej pierwszy „polski grób”. A potem, wraz z gronem innych berlińskich Polek, zaczęły szukać celowo grobów innych Polaków w mieście – by o nich pamiętać i przypominać innym.
Żmudne poszukiwania
Grobów jest wiele, tylko często niełatwo je znaleźć, tłumaczy Ewa. – Nikt przecież nie oznacza narodowości pochowanego. Bazy internetowe rzadko uwzględniają starsze cmentarze, natomiast stara dokumentacja jest niepełna, wiele grobów nie można w niej odnaleźć – opowiada.
Więc pozostaje żmudne chodzenie cmentarnymi alejkami i przyglądanie się nagrobkom. Ale nie każde polskobrzmiące nazwisko musi oznaczać Polaka. Najłatwiej jest, jeżeli na płycie znajduje się polska sentencja, czy podpis. Wtedy sprawa jest jasna. Jasna jest również, kiedy w nazwisku zachowane są polskie znaki, takie jak „ń”,„ą”, „ł” czy „ó”.
Ewa znalazła grób rodzinny z wszystkimi inskrypcjami po niemiecku – ale zachowaną formą nazwiska „Niedźwiecki” – i to zarówno w nazwisku pochowanego męża, urodzonego jeszcze pod koniec XIX wieku, jak i zmarłej później żony, prawdopodobnie Niemki. Najwyraźniej jednak mąż, który nazwiska nie zniemczył, czuł się Polakiem i świadomość tę uszanowała jego żona.
Z drugiej strony w Berlinie pochowani są też książęta von Boguslawski, bez polskiego „ł”. A polskiego pochodzenia książąt możemy być pewni – byli zasłużonymi wojskowymi i ich biografie są znane.
Wizyta u Bruecknera
Tak było też z profesorem Aleksandrem Bruecknerem – z niemieckim nazwiskiem, ale czującym się Polakiem. Brueckner był znanym językoznawcą, który odnalazł „Kazania świętokrzyskie”, najstarszy ciągły tekst w języku polskim, o którym do dziś polskie dzieci uczą się w szkole. Przyjechał do Berlina, by kierować stworzoną przez siebie katedrą slawistyki. I w Berlinie został pochowany, razem z żoną. – Kiedyś ktoś, wiedząc, że szukam polskich grobów, spytał mnie o to, gdzie pochowany jest Brueckner – wspomina Ewa. – A ja nie miałam pojęcia, że on w ogóle jest pochowany w Berlinie.
Zaczęła szukać, razem z równie zapalona koleżanką, Anną. Najpierw pytały w zarządach cmentarzy – bez rezultatów, potem wróciły do najbardziej efektywnej metody – samodzielnego szukania na własnych nogach. I znalazły – na cmentarzu w Tempelhof, niedaleko mieszkania Ewy. Grób zmarłego na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej naukowca przetrwał dziesięciolecia, choć Bruecknerowie nie mieli rodziny. Ale ktoś kiedyś musiał zawnioskować o uznanie ich grobu za „honorowy”.
Kiedy Ewa z Anną go odnalazły, grób oznaczony był cegłą honorową, ale okazało się, że jej ważność niedługo minie. Trzeba było ją odnowić. Z wnioskiem musi wystąpić instytucja, więc zaczęły pisać: do ambasady, polskiego Senatu, ówczesnego ministra spraw zagranicznych, prosząc o upomnienie się o Bruecknera. I nic.
W końcu berlińska Polonia na własną rękę zadbała o honorowe miejsce spoczynku profesora i jego żony, a grób stał się niejako symbolem wszystkich polskich grobów historycznych. Wizyta u Bruecknera była tradycją zaduszek.
Po paru latach sprawę podchwyciły media i dopiero wtedy sprawa ruszyła. Najpierw udało się przedłużyć status grobu honorowego, a potem polskie władze podjęły decyzję o przeniesieniu Bruecknerów z cmentarza berlińskiego, który był przeznaczony do likwidacji, do Krakowa. Grób profesora zniknął w 2023 roku. – Któregoś dnia po prostu dowiedzieliśmy się, że już po ekshumacji, że grobu nie ma. Została tylko cegła honorowa, ważny znak uznania dla profesora – mówi Ewa, nieco rozgoryczona. Nie chodzi o to, ze go przeniesiono, ale że zabrano go bez pożegnania. Cegła do dziś leży u Ewy. Nie wyobraża sobie, żeby wylądowała na śmietniku.
A Bruecknera w Berlinie i tak Polonia dalej wspomina 1 listopada.
Pruski dyplomata, nauczyciel i tajemnicza Julia
Pewnym skupiskiem starych polskich grobów jest Cmentarz Świętej Jadwigi. Nekropolia, związana z berlińską katedrą katolicką pod tym samym wezwaniem, jest najstarszym istniejącym do dziś cmentarzem katolickim w stolicy Niemiec – i z tego powodu w XIX wieku najczęstszym wyborem ostatniego spoczynku dla katolików z Polski.
Spoczywa tu wielu prominentów. Jak książę Anastazy Raczyński, oficer napoleoński, dyplomata pruski, koneser sztuki. Jego berliński pałac znajdował się w miejscu dzisiejszego parlamentu - Bundestagu. To jego syn sprzedał władzom parcele z budynkiem na ten cel.
Dziś tablica upamiętniająca księcia Anastazego stoi samotnie, w samym rogu cmentarza. Tak naprawdę, to tylko miejsce symboliczne. Po 1961 roku przez środek cmentarza przechodził mur berliński. Groby w zachodniej części przetrwały, po wschodniej – musiały ustąpić miejsca „strefie śmierci” – zaoranemu pasowi ziemi, ściśle strzeżonemu.
Pokaźne mauzoleum Raczyńskiego, podobnie jak inne nagrobki, zostały rozebrane, ich fragmenty użyte do budowy dróg patrolowych. Jak mauzoleum wyglądało, można zobaczyć na dwujęzycznej tablicy informacyjnej o księciu.
Zachował się natomiast znajdujący się po zachodniej stronie cmentarza grób Feliksa Podlewskiego, nauczyciela książąt Radziwiłłów, innych znanych Polaków w XIX-wiecznym Berlinie.
Na Cmentarzu Świętej Jadwigi pochowana została też Julia Bereźnicka, o której Ewa nie zapomniała.
Julia, inaczej niż Chodowiecki czy Raczyński, sławna nie była. Pochowana jest sama, bez męża czy dziecka. Zapewne, przypuszcza Ewa, Julia była w Berlinie tylko przejazdem, tu zachorowała i zmarła, a mąż z jakiś powodów nie był jej w stanie zabrać i pochować w rodzinnych stronach. I tak 24-letnia Polka do dziś pozostała w Berlinie, otoczona tajemnicą. Ewa przeczesała archiwa i internet, ale śladu Julii i pana de Bereźnickiego nie znalazła.
O Julii nie wiemy nic, poza tym, co napisał jej mąż na nagrobku.
Polacy w Berlinie
Liczba polskich grobów nadal rośnie i rosnąć będzie. Bo nigdy w Berlinie nie mieszkało tak wielu Polaków. Nie wszyscy wracają. W Berlinie pochowane jest już kolejne pokolenie polskich artystów, pisarzy, ale i zwykłych pracowników.
Ewa chodzi już nie tylko na groby osób, których nigdy nie spotkała. Jest coraz więcej tych, którzy przybyli tu w latach osiemdziesiątych, jak ona – jako uchodźcy polityczni na fali „Solidarności”.
Któregoś dnia, kiedy Ewa z koleżanką odwiedzały polskie groby na Cmentarzu Świętej Jadwigi, spotkały dwóch Polaków - bezdomnych. – Opowiedzieli nam, że przyszli do swojego kolegi, który został pochowany przez urząd socjalny – mówi Ewa.
Bo i takich polskich grobów w Berlinie jest dużo. O tym grobie Ewa też dziś pamięta.
Lubisz nasze artykuły? Zostań naszym fanem na facebooku! >>