1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Wojna tajnych służb w podzielonym mieście

6 listopada 2009

Położenie Berlina Zachodniego jako kapitalistycznej enklawy w środku socjalistycznej NRD od samego początku stanowiło o jego wyjątkowym znaczeniu politycznym.

https://p.dw.com/p/KFpn
Berlin był polem szczególnej aktywności służb wywiadowczych
Berlin był polem szczególnej aktywności służb wywiadowczychZdjęcie: dpa

Aż do budowy muru ZSRR starał się wykorzystać Berlin Zachodni jako element przetargowy i instrument nacisku w konfrontacji z Zachodem. Dla Zachodu zachowanie status quo miasta i jego związku z RFN było natomiast sprawdzianem wiarygodności i zdecydowanej postawy wobec bloku wschodniego

Stolica szpiegów

Pracownikiem Polskiej Misji Wojskowej był m.in. krytyk literacki Marcel Reich-Ranicki
Pracownikiem Polskiej Misji Wojskowej był m.in. krytyk literacki Marcel Reich-RanickiZdjęcie: AP

Z wyjątkowej sytuacji podzielonego Berlina na dużą skalę korzystały służby wywiadowcze Wschodu i Zachodu. Z tego powodu miasto nazywano też stolicą szpiegów również po budowie muru. Obok ambasad i przedstawicielstw w części wschodniej, ich działalność ułatwiały liczne przedstawicielstwa i placówki w Berlinie Zachodnim. Podobnie jak ZSRR także PRL oprócz ambasady w stolicy NRD już od 1946 roku posiadała Misję Wojskową w części zachodniej przy ulicy Lassenstrasse. Obok zawodowych wojskowych pracowało w niej m.in. kilka znanych osobistości ze świata kultury i publicystyki, jak np. pisarz Tadeusz Borowski, dziennikarz i publicysta Bohdan Osadczuk, czy krytyk literacki Marcel Reich-Ranicki. Z różnych źródeł wynika, że np. praca Reicha- Ranickiego obejmowała tam także działalność na rzecz służb specjalnych PRL.

Paryż - Berlin - Wrocław

Nieskrępowana możliwość przemieszczania się z jednej do drugiej części miasta przed budową muru przyciągała do Berlina wielu intelektualistów i dziennikarzy z całego świata. Niekiedy cel ich przyjazdu odbiegał od zadań czysto publicystycznych. Politolog i redaktor naczelny niemiecko-polskiego magazynu „Dialog” Basil Kerski wskazuje w tym konteście na mało znany przykład twórcy paryskiej „Kultury”, który bywał w Berlinie już w roku 1951: „Tu w Berlinie Zachodnim Jerzy Giedroyć w roku 1951-1952 założył biuro ‘Kultury’. Był to bowiem bardzo ciekawy okres dla różnych inicjatyw szmuglerskich. Przez Berlin Giedroyć przemycał mianowicie w latach 50. ‘Kulturę’ i swoje książki do Polski", mówi Basil Kerski w wywiadzie dla Deutsche Welle.

Z możliwości tej opozycja polityczna w Polsce korzystała także w latach późniejszych. Jedna z największych akcji przerzutu przez Berlin zakazanych w PRL książek i wydawnictw odbyła się w roku 1979. Przywiezione od Jerzego Giedroycia do Berlina Zachodniego publikacje zostały w kilku rzutach przeniesione do Berlina Wschodniego i zdeponowane w jednym z prywatnych mieszkań w dzielnicy Köpenick. Po kilku tygodniach udała się tam grupa studentów z Wrocławia, którzy do przekroczenia granicy polsko-enerdowskiej nie potrzebowali paszportów. Stwarzało to szanse na bardziej powierzchowną kontrolę celną w drodze powrotnej. Akcja się powiodła i kilka walizek i plecaków pełnych książek dotarło do „Latającej biblioteki” działającej na Uniwersytecie Wrocławskim. W ten sposób przerzucano też matryce, papier i sprzęt drukarski deponowany m.in. u autora licznych książek na temat Polski doktora Petera Rainy z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie Zachodnim.

Wymiana agentów na moście Glienicker Brücke
Wymiana agentów na moście Glienicker BrückeZdjęcie: picture-alliance/dpa

Podzielone miasto stwarzało nie tylko możliwość przerzutu książek czy spotkań agentów i wymiany informacji. Służby wywiadowcze Wschodu i Zachodu wykorzystywały je także do szpiegowania i werbunku nowych agentów. Dużą sławę zyskały akcje wymiany pojmanych szpiegów między ZSRR a państwami zachodnimi. Miały one miejsce m.in. na moście łączącym część wschodnią i zachodnią Glienicker Brücke. Do Berlina Zachodniego, a potem dalej na Zachód przemycano w różny sposób zagrożonych dekonspiracją agentów zachodnich.

Bezpieczne były tylko samoloty

Do najbardziej spektakularnych akcji wywiadu radzieckiego ale i enerdowskiego na terenie Berlina Zachodniego należało natomiast porywanie osób i dostarczanie ich na Wschód. Ofiarą porwania na rozkaz radziecki przez wywiad NRD miał się stać m.in. dziennikarz i publicysta Bohdan Osadczuk. „Świadomy grożącego mi niebezpieczeństwa jako jeden z głównych przeciwników komunizmu nigdy nie przechodziłem na stronę wschodnią i nie korzystałem z dróg tranzytowych na Zachód, bo by mnie capnęli, a latałem wyłącznie samolotami”, mówi Bohdan Osadczuk w wywiadzie dla Deutsche Welle. Jak się okazało, było to uzasadnione:

Prof. Bohdan Osadczuk
Prof. Bohdan OsadczukZdjęcie: Andrzej Stach

Znaleziono potem pisemne polecenie KGB z Moskwy dla wszystkich służb w państwach satelickich. Napisane w nim było,jak go złapiecie, to go dostawcie żywego do Moskwy - po drodze nie zabijać'. Ja kiedyś później dyskutowałem z Markusem Wolfem, szefem enerdowskiego wywiadu. I on mówi do mnie: Wie pan co, myśmy dwukrotnie pana chcieli złapać, porwać z Zachodniego Berlina i przywieźć do Moskwy. I nam się dwa razy nie udało. Myśmy dwóch fałszywych ludzi złapali i dostarczyli na Sybir. Ja go pytam, kto brał udział w tej akcji? On na to: ‘Niech pan sobie wyobrazi, że agentami byli dwaj Amerykanie'. Odparłem, że się zgadza, bo ja to wiem. Oni potem w Stanach Zjednoczonych dostali po dwadzieścia lat więzienia za próby porwania mnie. Czyli dostali nieźle. A Markus Wolf na to, ‘Myśmy wiedzieli, że pan jeździ do Jugosławii, ale do Jugosławii myśmy nie sięgali. Nie mieliśmy żadnych agentów w Jugosławii wtedy. Tam wszystkich nam wytrzebiono. Tak samo w Rumunii. Pan jeździł też do Rumunii, ale Ceausescu też powyrzucał naszych agentów zupełnie’. Odparłem mu, że wiedziałem o tym i dlatego tam jeździłem”.

Bohdan Osadczuk spotkał Markusa Wolfa jeszcze raz po upadku NRD. Były szef wywiadu wschodnioniemieckiego chciał go zaprosić do siebie na obiad po rosyjsku. „Lubił gotować po rosyjsku i chciał ze mną porozmawiać, ale nie poszedłem”, przyznał profesor Osadczuk.

Andrzej Stach

red.odp. Elżbieta Stasik/ma