Setki tysięcy Polaków walczyło w mundurach Wehrmachtu [WYWIAD] | Polska-Niemcy – wymagające sąsiedztwo. Serwis DW po polsku | DW | 02.11.2014
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Polska i Niemcy

Setki tysięcy Polaków walczyło w mundurach Wehrmachtu [WYWIAD]

Bardzo niewielu Polaków po służbie w armii III Rzeszy zdecydowało się przedstawić publicznie ten rozdział swej historii. Ilu Polaków walczyło w mundurze Wehrmachtu?

Rozmowa z prof. dr. Jerzym Kochanowskim z Instytutu Historycznego UW

Michał Jaranowski: „Wasserpolacken” to tytuł książki, która stanowi ewenement na polskim rynku księgarskim. Autor, Joachim Ceraficki opisuje swoje przeżycia w mundurze żołnierza Wehrmachtu. Bardzo niewielu Polaków po służbie armii III Rzeszy zdecydowało się przedstawić publicznie ten rozdział swej historii. Ilu Polaków walczyło w armii III Rzeszy?

Jerzy Kochanowski: Ja mówiłbym raczej o obywatelach polskich sprzed 1939 roku, gdyż nie do końca jest to tożsame. Nie każdy obywatel polski był Polakiem, nie każdy uważał się za Polaka. Część mieszkańców Górnego Śląska uważała się za Ślązaków, za ludzi o nieokreślonej do końca przynależności narodowej. Identyfikowali się z Polska tak samo jak wcześniej identyfikowali się z Niemcami.

Jerzy Kochanowski Geschichtsprofessor Uni Warschau

Jerzy Kochanowski: Do roku 1944 największa grupa Polaków, którzy nosili jakikolwiek mundur, nosiła mundur Wehrmachtu

A Ceraficki był obywatelem Rzeszy trzeciej kategorii…

To jest jeszcze coś innego. Ceraficki pochodził z Grudziądza, z Pomorza. I tam i na Śląsku prowadzono nieco odmienną politykę okupacyjną niż w tak zwanym Warthegau, w Kraju Warty, czyli w Wielkopolsce i Ziemi Łódzkiej. Z jednej strony germanizowano ziemie, z drugiej strony germanizowano ludzi. W Warthegau germanizowano ziemię. Dużą część Polaków, na początku wszystkich, postanowiono wyrzucić – do pracy przymusowej, do Generalnego Gubernatorstwa. Tych, którzy zostali, nie germanizowano. Uznano, że albo wyginą, albo z czasem i tak się zgermanizują. Zupełnie inne podejście cechowało politykę na terenach, które wcześniej w całości należały do państwa pruskiego, na Górnym Śląsku, na Pomorzu Gdańskim. Deportacje miały tam mniejszy zasięg, nastawiano się natomiast na daleko posuniętą germanizację. W konsekwencji przyznawano trzecią i czwartą grupę niemieckiej listy narodowościowej nawet tym osobom, które nie miały żadnych związków z niemczyzną, czuli się Polakami, mówili po polsku. Zazwyczaj znali również niemiecki, bo mieszkali w niemieckim milieu, i można było oczekiwać, że zostaną zgermanizowani. W innej sytuacji ci ludzie nigdy nie zostaliby Niemcami. Zostawali Niemcami jakby gorszej kategorii, otrzymywali obywatelstwo z tak zwanym odwołaniem, auf Widerruf, z możliwością weryfikacji po 10 latach. Niemniej byli zobligowani, by pójść do armii.

Sprecyzujmy zatem, ilu obywateli polskich służyło w Wehrmachcie?

Przyjmuje się, że między 400 tysięcy a pół miliona. Ilu z nich czuło się Polakami? Myślę, że większość. To chyba jedyna konstatacja, którą możemy przyjąć w przekonaniu, że nie dokonujemy przekłamania.

Ceraficki został wcielony w roku 1942, gdy Wehrmacht radykalnie zwiększył liczbę żołnierzy. Na początku wojny było ich 4,5 mln, a 3 lata później 8,4 mln, Skądś należało ich brać.

Otóż to. Coraz bardziej sięgano po swych nowych obywateli, a także państw okupowanych – od Norwegii, po Ukrainę, Serbię i Chorwację.

Dochodzimy do newralgicznego pytania: dlaczego tak wielu z nich zachowało ten rozdział swej historii tylko dla siebie? Z obawy o posądzenie o zdradę?

Nie. Inaczej nie zostaliby w Polsce. Oczywiście, to nie było w żaden sposób dobrze widziane. Nawet, jeśli zostali zrehabilitowani po 1945 roku. Wielu z nich służyło w polskich siłach zbrojnych na Zachodzie, w armii Andersa. Jeńcy polscy z Wehrmachtu byli w czasie wojny jednym z najważniejszych źródeł uzupełnienia tych oddziałów. O ile kresowiacy nie wrócili do kraju, to pozostali, w zdecydowanej większości, wrócili.

Wrócili jako żołnierze II Korpusu...

Owszem. Wrócili w uprawnionym przekonaniu, że służbą w II Korpusie zniwelowali wszystko, co było przedtem. Ale sami niechętnie o tym mówili, bo nie było to dobrze widziane. Nie znaczy to wcale, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie wpływały do Polski emerytury Wehrmachtu. Byli żołnierze armii III Rzeszy, z górą 30 tysięcy, otrzymywali stosowne przekazy z Republiki Federalnej. Nie uszło to uwadze władz PRL, ale pojawił się przed nimi dylemat: jeśli będziemy z tym walczyć, to każdy z tych ludzi otworzy konto w RFN i tam będą płynąć te zachodnie marki. Zostawmy więc tak, jak jest, mamy przecież ewidentne korzyści. Tak więc, walczono z tą spuścizną, ale tylko politycznie. Ekonomicznie czerpano z niej profity.

Sprawa nadal wykorzystywana jest politycznie. W 2005 roku do burzy, która sprawiła, że nie Donald Tusk, lecz Lech Kaczyński został prezydentem Polski. Na krótko przed rozstrzygnięciem wyborczym, pojawił się „dziadek z Wehrmachtu”, dziadek, prowadzącego wyraźnie w rankingach, Tuska. Po wybuchu wojny, ów dziadek został wysłany do pracy przymusowej, potem trafił do obozu koncentracyjnego, wreszcie został wcielony do Wehrmachtu. Uciekł stamtąd do polskich sił zbrojnych na Zachodzie i w ich szeregach walczył z Niemcami. Dla mnie to bohater, nie zdrajca..

Tak i ja to widzę. Spójrzmy na sprawę nieco szerzej. Część młodych ludzi szła do armii, traktując to jako przygodę mimo, że zakładała mundur niemiecki. Część – sądzę, absolutnie marginalny odsetek – szła w wyniku przekonań, a zdecydowanie największa część szła pod przymusem. Tak właśnie było z dziadkiem Donalda Tuska. W jego historii specyficzne jest natomiast to, że przed wojną nie był obywatelem polskim, choć był Polakiem, Kaszubem. De nomine był obywatelem Wolnego Miasta Gdańska. Po włączeniu Wolnego Miasta do Rzeszy stał się automatycznie obywatelem niemieckim, zobligowanym do służby w armii, niezależnie od poczucia narodowego.

2. Weltkrieg deutsche Soldaten in amerikanischer Kriegsgefangenschaft

Przyjmuje się, że między 400 tysięcy a pół miliona obywateli polskich służyło w Wehrmachcie

Ale to nastąpiło na kolejnym etapie. Najpierw był przecież robotnikiem przymusowym, następnie więźniem obozu. Czyli nie był człowiekiem godnym zaufania władz niemieckich.

Ludzie o polskim rodowodzie z reguły byli też traktowani jako żołnierze drugiej kategorii. Nie mogli służyć na odpowiedzialnych stanowiskach, w lotnictwie, wywiadzie, jednostkach rozpoznania, bardzo rzadko kierowano ich do oddziałów pancernych. Często natomiast wysyłano ich – jak Cerafickiego – do jednostek, oznakowanych liczbą 500, karnych. Z założenia ciążyło na nich podejrzenie - o dywersję, sabotaż, przejście na drugą stronę. Często towarzyszyło temu charakterystyczne zachowanie. Tak było również w przypadku bohatera książki. Ceraficki idzie do Wehrmachtu jako Polak, czuje się w nim Polakiem, a podczas szkolenia robi wszystko, by dowieść, że jest prawdziwym żołnierzem.

Robił wszystko, by zminimalizować ryzyko utraty życia.

Tak, to proste, a zarazem jakże ważne. Wracając zaś do „dziadka z Wehrmachtu”, pamiętam - tuż przed ciszą wyborczą – wizytę TVP. Miałem wypowiedzieć się na ten temat. Przypomniałem wówczas fakt, o którym często się zapomina. Mianowicie, do roku 1944, największa grupa obywateli polskich, którzy nosili jakikolwiek mundur, nosili mundur Wehrmachtu. Nie byli to więc żołnierze oddziałów na Wschodzie, ani na Zachodzie, ani też Armii Krajowej. Byli to żołnierze Wehrmachtu. Nie z wyboru, zostali wcieleni do tej armii pod przymusem. Historia z „dziadkiem z Wehrmachtu” miała zapewne wpływ na to, że Donald Tusk nie został prezydentem Polski, ale jest druga strona medalu. Pojawienie się tej kwestii tuż przed wyborami wywołało renesans problemu w sensie zainteresowania naukowego i popkulturowego. Pojawiły się prace badawcze, a także wspomnienia, głównie na Śląsku. Tam też powstał projekt badawczy, który polega na zbieraniu relacji żyjących jeszcze żołnierzy Wehrmachtu. Powiedziałbym, że problem został w pewnym stopniu oswojony.

Z perspektywy dużego już dystansu czasowego łatwiej zrozumieć, że w okopach, na polu walki, nie liczył się patriotyzm, jakkolwiek rozumiany, liczyło się koleżeństwo, przede wszystkim to, co na każdym froncie liczy się najbardziej – przeżyć.

Ma Pan, oczywiście, rację. Przeżyć, to jest podstawowe zadanie żołnierza. Na linii ognia żołnierz nie myśli o patriotyzmie, on chce przetrwać. Tak samo myśleli ci, którzy pod przymusem szli do armii radzieckiej. Dystans czasowy odgrywa rzeczywiście istotną rolę. Ceraficki ma dziś ponad 90 lat. Zaczął pisać około roku 2000. Zapewne dzięki temu jego wspomnienia są szczere. Napisał o wielu sprawach, które przemilczałby, pisząc jako młody człowiek.

Polacy walczyli też u boku Wehrmachtu w mundurach armii słowackiej… Prawie zapomniano, że przecież Słowacja okupowała część, niewielką wprawdzie, ale jednak okupowała kawałek ziemi polskiej.

Nieco ponad 700 kilometrów kwadratowych, na Spiszu Polskim. Wciąż mało na ten temat wiadomo. Obszar był niewielki, okupacja nie była krwawa. Widziałem kiedyś zdjęcie, które dobrze ilustruje całą komplikację sytuacji Polaków w drugiej wojnie światowej. Było to zdjęcie Polaków właśnie z okupowanego Spisza, przedstawiające żołnierzy w mundurach słowackich. Zdjęcie zostało zrobione pod Monte Cassino, gdzie ci Polacy w mundurach słowackich walczyli po stronie niemieckiej. Często ich towarzyszami walki byli Polacy ze Śląska w mundurach Wehrmachtu. Obie te grupy walczyły z Polakami po drugiej stronie, z Polakami w mundurach brytyjskich. Nierzadko byli to ich niedawni koledzy, wzięci jakiś czas temu do niewoli… Ta sytuacja podpowiada nam, jak uważnym, jak ostrożnym należy być w ocenie Polaków w drugiej wojnie światowej.

Nie wszyscy tak myślą. Znana posłanka do Sejmu największej partii opozycyjnej nazwała niedawno Donalda Tuska „Niemcem” z uwagi na mundur Wehrmachtu, jaki musiał założyć jego dziadek. Emocje polityczne nadal są rozniecane.

To jest niebezpieczne. Nie potrafię wskazać recepty uśmierzającej te emocje, a to z bardzo prostego powodu. Sięgnę po przykład przemiany słowa „Volksdeutsch”, jego funkcjonowania w polskim języku. Ono całkowicie oderwało się od swego II-wojennego fundamentu, zaczęło symbolizować pojęcie zdrady. Tak samo jak kiedyś pojęcie zdrady symbolizowała Targowica, która przyczyniła się do rozbiorów Polski pod koniec XVIII wieku. Słowo „Volksdeutsch” stało się przykładem zdrady immanentnej i permanentnej. Może być żydowski „Volksdeutsch”, może być polski „Volksdeutsch”, ubecki, policyjny… Pokazuje to, że pewne konstrukty historyczne ulegają przekształceniom, mogą być długotrwałe. Obawiam się zatem, że owe słowa, rzucane w celu degradacji przeciwnika politycznego, mogą być wykorzystywane jeszcze bardzo długo. W tej sprawie jestem pesymistą.

Czy po stronie niemieckiej prowadzone są badania na temat obywateli polskich w Wehrmachcie, Volksdeutschów itp.?

Nie znam takich badań. To nie jest ważne dla historiografii niemieckiej, to jest ważne dla nas, bo ma istotne konotacje historyczne, społeczne, kulturowe. Mówimy „Volksdeutsch” i myśl biegnie w stronę zdrady. Czegoś takiego po stronie niemieckiej nie ma. Volksdeutsch to jeden z wielu pomysłów narodowych socjalistów na rozwiązanie kwestii politycznych i demograficznych. Nic więcej. Nie ma tu żadnego wartościowania, które jest po polskiej stronie.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Rozmawiał Michał Jaranowski

Strona 1 | 2 | Pełna wersja