Rammstein: synowie wschodnioniemieckich punków | Niemiecka kultura, polska kultura w Niemczech, wydarzenia | DW | 02.08.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Kultura

Rammstein: synowie wschodnioniemieckich punków

Niemiecki zespół "Rammstein" znany jest także w Polsce. Jego geneza sięga lat 70-tych. Till Lindemann i jego pięciu kolegów wywodzą się ze środowiska wschodnioniemieckich punków i tamtejszego muzycznego podziemia.

Muzycy zespołu Rammstein z obnażonymi torsami w czasie koncertu

Koncert "Rammstein" w Görkwitz (1994)

Ostro brzmiące gitary, perkusja przypominająca terkot karabinu maszynowego, okrzyki, porykiwanie i stękanie zamiast śpiewu. Jednym słowem brudny punk-funk. Płyta nosi tytuł „Saddle up" (pol. „Osiodłanie”), a zespół  nazywa się First Arsch, czyli, w złagodzonej wersji, „Pierwszy tyłek". Jego gitarzystami są Richard Kruspe i Paul Landers. Na perkusji gra Till Lindemann. Mamy rok 1992. Tego, że słyszymy trzech muzyków przyszłej supergrupy, można się domyślić dopiero przy ich piątej ścieżce dźwiękowej "Crowded House". Wyróżnia ją soczysty podkład gitar i wokal Tilla wykonywany po angielsku. Chwilami przypomina to nieco typowe brzmienie grupy Rammstein, ale zanim uformowała się ona ostatecznie upłynęły jeszcze trzy lata.

Jak być punkiem w NRD

Wszystko zaczęło się pod koniec lat 70-tych w „najnudniejszym kraju świata", jak napisał dziennikarz i autor Torsten Preuss w swojej książce „Zawsze chcieliśmy być grzeczni…”. Z Zachodu do NRD przedostaje się ideologia i kultura ruchu punków. Dla znudzonej wschodnioniemieckiej młodzieży ich zbuntowana muzyka stanowi prawdziwe odkrycie. Dochodzi do pierwszych zlotów punków, którzy bawią się wybornie pełnymi oburzenia reakcjami zgrzybiałych przywódców państwowych na ich kolorowe włosy i anarchistyczne symbole, takie jak nabijane nitami skórzane opaski na rękę, czyli tzw. pieszczochy.

Przedstawiciele subkultury punków i gotów na ulicach wschodniego Berlina (1989)

Przedstawiciele subkultury punków i gotów na ulicach wschodniego Berlina (1989)

Szanujący się punk powinien wyglądać dekadencko. Członkowie tej subkultury traktują to jednak zazwyczaj z przymrużeniem oka i cieszą się demonstrując odkryty przez siebie nowy, zuchwały styl życia. Środowisko punków spotyka się w zajętych przez siebie domach i mieszkaniach, ukrytych piwnicach, w knajpach i stodołach. Tam też koncertują pierwsze zespoły punkowe. Grają w skrajnie prowizorycznych warunkach. Bywa, że zespoły dzielą się jednym mikrofonem. Sami budują wzmacniacze, wykorzystując do tego części pochodzące ze starych lampowych radioodbiorników. Grają na tanich instrumentach z ZSRR albo z Czechosłowacji. Im gorzej brzmi perkusja, tym lepiej i bardziej „punkowo”.

Nielegalnie, dekadencko i bardzo zachodnio

Wiele takich koncertów jest nielegalnych. Często nawiedza je milicja i funkcjonariusze wschodnioniemieckiej służby bezpieczeństwa. Dla NRD-owskiego reżimu każdy punk jest groźnym przeciwnikiem ideologicznym, który otwarcie sprzeciwia się obowiązującemu systemowi. Stasi potrafi działać brutalnie, licząc na zastraszenie tego środowiska. Trzech członków grupy punkowej Namenlos (pol. Bezimienni) zostało aresztowanych i skazanych na karę więzienia od 12 do 18 miesięcy za „publiczne znieważanie organów państwowych”. Innych punkowców zmuszano do opuszczenia NRD.

Koncert w piwnicy (Berlin, 1990)

Koncert w piwnicy (Berlin, 1990)

Nie na wiele się to zdało. Punkowej muzyki można było posłuchać w zachodnioniemieckim radio. Własną, czyli NRD-owską, nagrywano na kasetach magnetofonowych, które krążyły z rąk do rąk. Państwowa firma nagraniowa Amiga trzymała się od niej z daleka. Działające w podziemiu zespoły punkowe nosiły takie prowokacyjne nazwy, takie jak Schleim-Keim (dosł. śluz-kiełki), Rosa-Extra (Ekstra Różowy), Planlos (Bez Planu), Unerwünscht (Niechciani), Die Fanatischen Friseure (Fanatyczni Fryzjerzy), Gefahrenzone (Strefa Zagrożenia), Freunde der Italienischen Oper (Przyjaciele Włoskiej Opery) czy Müllstation (Wysypisko Śmieci).

Wentyl i namiastka wolności 

Środowisko punków podejrzliwie odnosiło się do uznanych w NRD zespołów rockowych, takich jak Puhdys, Karat czy City, które mogły grać swoje dopasowane do wschodnioniemieckich realiów utwory także na Zachodzie. Miały spore kłopoty z państwową cenzurą. Na ogół udawało im się przechytrzyć cenzorów, uciekając się do różnych metafor w sposób, który uniemożliwiał wydanie zakazu wykonywania tej czy innej piosenki. Muzyczne podziemie w NRD pozostało do końca niepokorne. Ich utwory opisywały szare życie w blokowiskach, zanieczyszczenie środowiska naturalnego, wszechobecną kontrolę Stasi, jak również wrogość wobec ideologii nazizmu. Ściągało to nieustające represje władz, które świadomie starały się je rozbić i zniszczyć. Szczególnie perfidną taktyką tajnych służb NRD było osadzanie w nim swoich tajnych współpracowników. Przynosiło to mniejsze lub większe sukcesy, ale nigdy nie doprowadziło do zwycięstwa na całej linii. Wschodnioniemiecka młodzież nie dała się spacyfikować. Zbyt ważna była dla niej i ulubionych przez nią wykonawców punkowa muzyka, stanowiąca swoisty wentyl i namiastkę wolności.

Muzycy grający na podwórku

Koncert podwórkowy w NRD (Berlin, 1995)

Punkowcy zostają wreszcie uznani

W połowie lat 80. XX wieku wschodnioniemieckie kierownictwo doszło do przekonania, że nie poradzi sobie z młodzieżową subkulturą i zdecydowało się poluzować śrubę. Zezwolono na koncerty kapel punkowych, zorganizowano całe festiwale, a działające do tej pory w podziemiu zespoły zaczęły występować w radiu, przede wszystkim w młodzieżowej stacji DT 64, i otrzymały oficjalną nazwę „innych zespołów".

Znalazł się wśród nich zespół Feeling B., powstały w 1983 roku. Na keyboardzie grał w nim 16-letni Christian "Flake" Lorenz, a na gitarze 18-letni Paul Landers. Feeling B. była jedną z pierwszych kapel, które zgodziły występować się jako wspomniane „inne zespoły". W praktyce oznaczało to, że zostały zakwalifikowane przez państwo jako „amatorski zespół muzyczno-taneczny”, co pozwoliło im legalnie koncertować. Teksty takich grupy nie były już tak bardzo polityczne, chodziło w nich raczej o specyficzny styl życia punkowo-funkowy, picie alkoholu i imprezowanie, co w istocie rzeczy także było formą protestu przeciwko wschodnioniemieckiemu  establishmentowi, ale mniej się rzucającą w oczy.

Jednym z „innych zespołów” była także wspomniana na początku First Arsch, kapela Tilla Lindemanna. Muzycy z tych zespołów dobrze się znali i często się spotykali, raz na popijawie, innym razem na koncercie. Wymieniali między sobą doświadczenia, wypożyczali także sobie instrumenty. Bywało też, że razem mieszkali w wynajętych lokalach.

Rammstein Görkwitz 1994 (flickr/Vortilogue)

Jeden z pierwszych koncertów "Rammstein" (Görkwitz 1994)

Transformacja ustrojowa, koniec ery punków

Przełom polityczny 1989 roku wprowadził zasadnicze zmiany także w środowisku wschodnioniemieckich punków. Protest przeciwko NRD przestał być potrzebny, bo państwo to zniknęło z politycznej sceny Europy. Grupa Feeling B. się rozwiązała. W wywiadzie dla internetowego wydania magazynu „Der Spiegel" Christian „Flake” Lorenz powiedział: „W latach po transformacji ustrojowej wszystko obumarło. Zmiana systemu politycznego sprawiła, że nie mieliśmy już w zasadzie żadnych wrogów, a także żadnej nowej orientacji. Zauważyliśmy, że jeśli w dalszym ciągu będziemy działać tak, jak do tej pory, i kpić z rzeczywistości jak np. Die Ärzte, Die Abstürzenden Brieftauben czy inne, to nikogo na Zachodzie to już nie zainteresuje”.

Till Lindemann wówczas wygrał konkurs muzyczny, na którym przedstawił swój nowy projekt  - Tempelprayers. W zespole na perkusji grał Christoph Schneider, a Richard Kruspe - na gitarze. Do współpracy zaprosili kolegów z zespołu Feeling B. i zaczęli się zastanawiać, co powinni zrobić, żeby ponownie zaistnieć na scenie muzycznej, wspomina we wspomnianym wyżej wywiadzie Christian Lorenz. Uznali, że na pewno musi to być coś zupełnie nowego. Coś, co będzie ciekawsze i znacznie bardziej wyraziste niż bawienie się w punków z czasów NRD. Coś, co szybko wyrobi sobie markę na rynku. W ten sposób powstał zespół Rammstein.

Okładka najnowszego albumu Rammstein

Okładka najnowszej płyty "Rammstein"

Na co przydają się metafory

W 1995 roku ukazał się jego pierwszy album "Herzeleid" („Przykrość“), który okazał się prawdziwą bombą. Już sama nazwa grupy stanowiła prowokację. Rammstein nawiązuje bowiem do amerykańskiej bazy lotniczej w Ramstein, gdzie podczas pokazów w 1988 doszło do tragicznej katastrofy, w której zginęło 70 osób. Lindemann skomponował utwór pod tytułem "Rammstein - ein Mensch brennt" („Ramstein – człowiek płonie"). W piosence "Heirate mich" („Wyjdź za mnie") w refrenie pojawiły się słowa „Haj! Haj! Haj!”, w których wiele osób dosłyszało się hitlerowskiego okrzyku „Heil!".

W tekstach Lindemanna często pojawiają się płomienie, ogień, śmierć, kazirodztwo, przemoc, seks, nekrofilia i perwersja. On sam chętnie wchodzi w rolę człowieka molestującego nieletnich, mordercy i psychopaty. Towarzyszą temu najrozmaitsze efekty pirotechniczne, specjalnie zaprojektowane kostiumy i inne, zaskakujące pomysły sceniczne. Lindemann operuje przy tym szczególnym niemieckim, który odbiega od języka spotykanego na co dzień. Do zespołu Rammstein szybko przylgnęła opinia, że jest grupą o orientacji prawicowej, czemu jego członkowie stale zaprzeczają, twierdząc, że nie ma ona nic wspólnego z ich poglądami i światopoglądem. Jeśli na ich koncerty przychodzą także neonaziści, to ich sprawa, mówią.

Teksty piosenek grupy Rammstein można interpretować dowolnie. Wynika to z czasów NRD, w których często musiano uciekać się do najrozmaitszych metafor, aby wprowadzić w błąd cenzurę. W wywiadzie dla tygodnika „Stern” z 2001 roku Christoph Schneider zwrócił uwagę na wysokie walory literackie tekstów piosenek wykonywanych przez NRD-owskie grupy rockowe i inne. Podkreślił, że zespół Rammstein jest wierny tej tradycji.

Rammstein od prawie 25 lat koncertuje na całym świecie (ostatnio także w Polsce), utrzymuje swoje charakterystyczne brzmienie i stale zaskakuje publiczność czymś nowym. Ostatnią prowokacją z jego strony był teledysk do piosenki „Deutschland" („Niemcy"), w którym dopatrzono się aluzji, a nawet kpin z holocaustu, chociaż członkowie grupy zapewniają, że tylko chcieli się rozliczyć z tym najbardziej ponurym rozdziałem w historii Niemiec. Grupa wciąż pozostaje wierna sobie i daje widzom okazuję do różnego postrzegania i interpretowania jej tekstów. Zmieniło się tylko jedno – dziś w Niemczech za krytykowanie systemu politycznego i innych zjawisk nikomu już nie grozi aresztowanie.

Redakcja poleca

Reklama