Przechodzą tranzycję w Niemczech. Przepisów „nie przeskoczą”
27 marca 2026
Na niemiecką ustawę o samostanowieniu Wszebor czekał z niecierpliwością. Kiedy tylko weszła w życie w listopadzie 2024 roku, on pierwszego dnia był już w urzędzie stanu cywilnego, by zmienić imię i zapis o płci. Jako Polak i obywatel Unii Europejskiej mieszkający w Niemczech mógł z tego prawa skorzystać.
Od niemieckiego urzędu otrzymał stosowne zaświadczenie, ale akt urodzenia, a po nim dowód i paszport musi zmienić w Polsce. I to nie okazało się proste. – Urzędniczka w polskim urzędzie stanu cywilnego była życzliwa i chciała mi pomóc, ale sprawdziła przepisy i powiedziała, że „nie przeskoczy” – mówi Wszebor. Konieczne było przejście przez procedury prawne przewidziane w Polsce.
Te z kolei zmieniły się w marcu ubiegłego roku po uchwale Sądu Najwyższego. Nowa ścieżka prawna nie wymaga pozywania rodziców, a o sprawach rozstrzygają sądy rejonowe i za niższą opłatą.
„Jest duży stres”
Z pomocą prawniczki z fundacji „Prawo Nie Wyklucza” Wszebor złożył wniosek do sądu. – Poszło dosyć sprawnie. W ciągu paru tygodni, w październiku 2025 roku, otrzymałem potwierdzenie – relacjonuje w rozmowie z DW.
Ale potem sprawa utknęła. Sąd wydaje się tak przeciążony, że decyzja nie trafiła jeszcze do urzędu, a Wszebor szans na szybkie wyrobienie nowych dokumentów na razie nie ma. – Za każdym razem, kiedy podróżuję, jest duży stres – mówi Berlińczyk z wyboru, który dzięki terapii hormonalnej dopasował już swój wygląd do odczuwanej płci. Wprawdzie w dowodzie ma aktualne zdjęcie – z wąsem, ale wpis, że jest kobietą i nosi żeńskie imię.
Samostanowienie po niemiecku
Niemcy dopiero od jesieni 2024 roku mają ustawę o samostanowieniu – która ułatwia tranzycję prawną – czyli skorygowanie pod względem prawnym płci do tej odczuwanej. Poprzez złożenie oświadczenia w urzędzie stanu cywilnego osoby transpłciowe, interpłciowe i niebinarne mogą zmienić imiona i oznaczenie płci. Niepotrzebne jest orzeczenie sądowe ani opinie biegłych.
Ustawa nie zawiera jednak żadnych regulacji dotyczących medycznych zabiegów korekty płci, w tym terapii hormonalnej. Te z kolei mogą być refundowane przez niemieckie kasy chorych. Za każdym razem potrzebne są jednak wnioski i zgody, a procedury trwają długo.
Przekonali się o tym polscy rodzice transpłciowej nastolatki, którzy do Niemiec przenieśli się m.in. w nadziei na sprawniejszą tranzycję i bardziej otwarte społeczeństwo.
– Trzy lata zajęło nam szukanie w Niemczech odpowiednich terapeutów, uczęszczanie na terapię, robienie badań i zdobycie wszystkich dokumentów potwierdzających dysforię płciową – opowiada Ewa, matka 17-latki. Przez gąszcz informacji przebijała się niejednokrotnie przy pomocy innych osób z lepszą znajomością niemieckiego. Kilka dni temu jej córka rozpoczęła terapię hormonalną. – Jest szczęśliwa. Wszystko się układa, szkoła jest wspierająca – mówi Ewa.
Według wstępnych danych niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego z nowych przepisów o samostanowieniu skorzystało w ciągu roku ich obowiązywania ok. 25 tys. osób. Wśród nich wiele takich, które czekały na ustawę o samostanowieniu i nie chciały przechodzić skomplikowanej i kosztownej procedury według przestarzałej „ustawy o transseksualistach”.
Kolejny rok czekania
Nie wiadomo, ile osób z polskim obywatelstwem skorzystało już z niemieckiej ustawy o samostanowieniu. Dane statystyczne w tym temacie nie uwzględniają bowiem kategorii „obywatelstwo”.
Jedną z takich osób jest Andrzej, który w Berlinie mieszka od trzech lat i tam prowadzi całą tranzycję. – Zdecydowałem się na zmianę danych metodą samostanowienia z wyjaśnieniem, że nie jest to możliwe w Polsce. Cały proces przebiegł szybko i sprawnie – przyznaje.
Schody zaczęły się, kiedy wysłał dokument do polskiego urzędu stanu cywilnego (USC), w którym znajduje się jego akt urodzenia i poprosił o naniesienie odpowiednich zmian. Otrzymał odpowiedź odmowną, ale miał nadzieję na rozpatrzenie sprawy drogą sądową. Ta jednak okazała się wyboista i długa.
– Czekam od czerwca 2024 roku – mówi. – Jest to bardzo problematyczne, zwłaszcza, gdy jest się na hormonach i wygląd się zmienia. Często muszę się tłumaczyć, że dokument, który przedstawiam, jest mój – przyznaje.
Sprawa z uznaniem nowych danych metrykalnych w Polsce przeciąga się.
„Nie udaje się prawie nigdy”
Dla adwokata i mediatora Mikołaja Świstowskiego nie jest to zaskoczeniem. Od sześciu lat zajmuje się prawnymi aspektami tranzycji i przed polskimi sądami reprezentuje osoby transpłciowe.
Jak tłumaczy, tranzycję prawną w Niemczech można by w Polsce uznać na dwa sposoby. – Albo poprzez złożenie wniosku do USC o dokonanie – w oparciu o niemieckie dokumenty potwierdzające tranzycję – wzmianki dodatkowej, o której mowa w prawie o aktach stanu cywilnego, albo w oparciu o te same dokumenty domaganie się w trybie kodeksu postępowania cywilnego uznania orzeczenia zagranicznego przez właściwy sąd. Dopiero po uzyskaniu orzeczenia sądu USC dokonuje owej wzmianki dodatkowej – wyjaśnia Mikołaj Świstowski w rozmowie z DW.
Tyle teoria. – Praktyka pokazuje, że droga administracyjna nie udaje się prawie nigdy – mówi adwokat, odnosząc się do niemieckich zaświadczeń potwierdzających zmianę oznaczenia płci i imion. Na zaświadczeniu nie ma starych danych osobowych, z których następuje zmiana. – Ponadto urzędy stanu cywilnego w dalszym ciągu nie widzą możliwości załatwienia takiej sprawy na oświadczenie zainteresowanej osoby, które zostało złożone przed obcym organem – mówi Świstowski.
Adwokat ma na swoim koncie około 300 zakończonych spraw sądowych o tranzycję. W około dziesięciu przypadkach starał się o uznanie zagranicznych dokumentów stwierdzających dokonaną za granicą tranzycję. I tylko w jednym przypadku udało mu się to na drodze administracyjnej. – Była to tranzycja z Włoch, gdzie sąd orzekał o zmianie oznaczenia płci. Dokładnie tak, jak dzieje się to w Polsce – zaznacza. – Dopóki nie jest to załatwione za granicą dokładnie tak, jakbyśmy mieli to załatwiać w Polsce, to urząd nijak tego nie zapisze i nie zaakceptuje. Odeśle do sądu powszechnego – mówi Mikołaj Świstowski.
To w dalszym ciągu spycha osoby transpłciowe na drogę postępowania sądowego, które jest dłuższe i kosztowniejsze.
Czekanie na przełom
Na prawdziwy przełom trzeba jeszcze poczekać. Ułatwieniem – choć nie w każdym przypadku – jest istniejąca od roku nowa ścieżka prawna, która nie wymaga pozywania rodziców.
– Nadal jednak trudno przewidzieć, co dokładnie czeka daną osobę przed sądem – mówi Świstowski. W jednej z prowadzonych przez niego spraw sąd zdecydował już następnego dnia. W innych przypadkach sprawy trwały lub trwają jeszcze – prawie rok od wniesienia.
Pewnym przełomem i nadzieją jest precedensowy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 20 marca br., choć w innej sprawie.
Sąd zobowiązał w nim stołeczny USC do wpisania aktu małżeństwa jednopłciowego zawartego za granicą do polskiego rejestru. W praktyce oznacza to, że jeśli para tej samej płci zawarła małżeństwo za granicą i posiada zagraniczny akt małżeństwa, może żądać jego transkrypcji w Polsce, czyli sporządzenia polskiego aktu małżeństwa, w którym obie osoby będą uznane za małżonków.
Wyrok może okazać się ważny również dla osób transpłciowych. – Zdecydowanie to orzeczenie będzie stanowić przełom i wytyczenie jednoznacznej ścieżki, której sprawy o tranzycję dokonywaną w Polsce czy za granicą wciąż tak bardzo potrzebują – uważa adwokat Świstowski.
„Ten papierek nic nie znaczy”
Na razie Ewa dowiadywała się w niemieckim urzędzie, jak może wyglądać prawna tranzycja jej 17-letniej córki. Urzędniczka odradziła procedurę w Niemczech, wskazując na polskie regulacje. – Mówiła mi, że to nic nie da, a bez zmiany aktu urodzenia ten papierek nic nie znaczy – mówi Ewa.
Jej córka ma tymczasem uzupełniający dowód wydany przez Niemieckie Towarzystwo Trans*- i Interpłciowości (DGTI). Przypomina on standardowy dokument tożsamości, ale zawiera preferowane imię, zaimki i płeć oraz aktualne zdjęcie paszportowe. „Jest on znany i akceptowany przez wszystkie ministerstwa spraw wewnętrznych, policję, wiele urzędów, banków, uniwersytetów, ubezpieczycieli i innych instytucji” – pisze DGTI na swojej stronie internetowej.
Taki dowód nosi przy sobie także Wszebor. Do czasu aż uda mu się przejść przez polskie procedury i wyrobić nowe dokumenty. Wtedy będzie chciał odwiedzić kilka krajów poza Unią Europejską.
Chcesz skomentować nasze artykuły? Dołącz do nas na facebooku! >>