Propaganda na Białorusi. Pracownicy mediów mają dość | UE-Polska-Niemcy – Wiadomości po polsku | DW | 03.09.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Europa

Propaganda na Białorusi. Pracownicy mediów mają dość

Coraz więcej osób opuszcza państwowe media na Białorusi. W rozmowie z DW opisują, jak działa maszyna propagandowa Łukaszenki.

Prezydent Aleksander Łukaszenka wygłasza przemówienie do narodu

Prezydent Aleksander Łukaszenka wygłasza przemówienie do narodu

Protesty, jakie wybuchły na Białorusi po ostatnich wyborach prezydenckich, nie ominęły redakcji państwowych mediów. W obliczu masowych demonstracji przeciwko Aleksandrowi Łukaszence i oskarżeń o wyborcze oszustwa, z publicznych mediów odeszły całe zespoły dziennikarzy, oburzonych policyjną przemocą i rozwojem wydarzeń w kraju. Kilku z nich zdecydowało się opowiedzieć o tym Deutsche Welle.

Nasz pierwszy rozmówca chce pozostać anonimowy. Niedawno opuścił redakcję „Belarus Segodnja”. Przyznaje, że w pracy obowiązywała cenzura. – Państwowe media, w tym i nasze wydawnictwo, długo negowały zachorowania na Covid-19. Początkowo wcale o tym nie pisały, a potem tylko pozytywnie, że wiele osób wyzdrowiało, a zakłady w Chinach wzmawiają pracę – mówi. Dopiero po jakimś czasie dziennikarzom pozwolono pisać o koronawirusie na Białorusi, choć, jak zaznacza nasz rozmówca, nie miało to wiele wspólnego z dziennikarstwem.

Zmowa milczenia wokół Covid-19

– Zmienialiśmy teksty zapowiedzi w białoruskiej telewizji, aby sugerowały, że kraj z sukcesami zwalcza Covid-19, że umierają tylko osoby z chorobami współistniejącymi i że w szpitalach jest nadmiar łóżek na intensywnej terapii i respiratorów. Musieliśmy pisać, że cały świat podziwia Białoruś – wspomina.

Prezydent Aleksander Łukaszenka podczas parady wojskowej w Mińsku

Prezydent Aleksander Łukaszenka podczas parady wojskowej w Mińsku

Także kampanię prezydencką prezentowano w państwowych mediach w jednostronny sposób. – Mówiono tylko o Łukaszence. Dostaliśmy polecenie, żeby ani słowem nie wspominać o innych kandydatach. Nie mogło paść nawet ich nazwisko – mówi dziennikarz, który zrezygnował z pracy, gdy opozycyjny bloger Siergiej Cichanouski, mąż Swiatłany Cichanouskiej, został aresztowany. – Zatrzymano go 29 maja. Dziesięć dni później miałem napisać informację, że przygotowano akt oskarżenia. Ufam zarówno Siergiejowi jak i jego żonie, a nagle miałem pisać, że jest on przestępcą – mówi.

Szybka zmiana z Rosji

Także Irina (imię zmienione) zrezygnowała z pracy w publicznym białoruskim radio. – Chociaż sama zajmowałam się tylko kulturą, to dawałam nazwisko temu, co robiło „Belteleradio” – przyznaje. Młoda kobieta wspomina jak 17 sierpnia, razem z koleżankami i kolegami, protestowała przed budynkiem radia. Pracownicy domagali się unieważnienia wyników wyborów, ustąpienia członków komisji wyborczej, zwolnienia więźniów politycznych i skończenia z cenzurą w mediach. Władze rozgłośni uznały protest za nielegalny. Kto protestował, mógł pożegnać się z pracą. Wielu właśnie tak zrobiło. Brakujący personel został zastąpiony rosyjskimi pracownikami mediów, co potwierdził zresztą sam Łukaszenka. – Poprosiłem Rosjan o przysłanie nam na wszelki wypadek dwóch, trzech zespołów dziennikarskich – mówił.

Zdaniem Iriny, widać to w programach informacyjnych. – Zmieniła się retoryka. Narracja jest bardziej radykalna. O uczestnikach pokojowych protestów mówi się jeszcze negatywniej.

Protesty przeciwko prezydentowi Aleksandrowi Łukaszence

Protesty przeciwko prezydentowi Aleksandrowi Łukaszence

Irina pracowała wcześniej dla agencji „ATN” należącej do państwowych kanałów „Belarus 1” i „Belarus 24”. Panowały tam rygorystyczne zasady. – Były osoby, których nazwiska nie mogły pojawiać się w białoruskiej telewizji – mówi. W ten sposób politycy opozycji nigdy nie pojawiali się w materiałach wideo przygotowanych przez „ATN”. Dziennikarzom przekazano też listę politologów i ekonomistów, których nie wolno było dopuszczać do głosu. – Wystarczyło, że jakaś osoba choć raz wyraziła opinię, która nie była zgoda z oficjalną polityką, aby już nigdy nie pojawić się na ekranie – mówi.

Prawie wszyscy się pozwalniali

Walerij Kondratjew, który pracował dla radia „Stolica" – jednego z kanałów „Belteleradio", miał więcej szczęścia. Jak mówi, w ciągu półtora roku raptem parę razy wymieniał nazwisko Aleksandra Łukaszenki i to tylko przy okazji międzynarodowych spotkań z jego udziałem. Ale także w „Stolicy” były ograniczenia w informowaniu o koronawirusie. Jak mówi, wszystko sprowadzało się do prezentowania statystyk ministerstwa zdrowia, chociaż wiele osób uważało, że nie są pełne. A gdy przed wyborami paru białoruskich muzyków popadło w niełaskę władz, przestano grać ich piosenki w radiu. 

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>

Po wyborach prezydenckich 9 sierpnia z jeszcze większym trudem przychodziło mu pracować. – Gdy pojawiły się nagrania pokazujące, co stało się z zatrzymanymi demonstrantami, (wielu skarżyło się na torutury – DW) poszliśmy do naszego dyrektora. Powiedziałem, że zwolnię się, jeśli nie będzie można mówić prawdy. Inni stanęli po mojej stronie – wspomina.

17 sierpnia pracownicy radia „Stolica” przystąpili do strajku. Nadawana była tylko muzyka, wiadomości sportowe i prognoza pogody. Władze „Belteleradio” uznały strajk za nielegalny. – Powiedziano nam, że możemy zostać zwolnieni, dlatego sami się zwolniliśmy – mówi Kondratjew. Z pracy odeszło kilkunastu dziennikarzy, w tym dyrektor stacji, jego zastępca i redaktor muzyczny. – Nie mogliśmy po prostu dalej pracować w publicznym radio i zachowywać się tak, jakby nic się nie stało – mówi.

Obejrzyj wideo 06:04

Jak białoruskie „szwadrony śmierci“ mordowały opozycjonistów

Redakcja poleca

Reklama