Pogranicze. Trzy pogrzeby i wesele | Polska-Niemcy – wymagające sąsiedztwo. Serwis DW po polsku | DW | 27.09.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Polska i Niemcy

Pogranicze. Trzy pogrzeby i wesele

Miało zabić je euro, wejście do Unii, a ostatnio koronawirus. Ich pogrzeb ogłaszano już trzy razy, a kończyło się zawsze tym samym – weselem. Bazary przy granicy z Niemcami ani myślą umierać. Tylko krasnale padły.

– "Do pelna" – zarządza łamanym polskim Georg. Podjechał porsche na niemieckich tablicach rejestracyjnych. Kupuje jeszcze "ta wodka z trawa", bo nazwy "Żubrówka" już nie wymówi. Nieważne, polscy sprzedawcy i tak rozumieją, o co mu chodzi. Nie mają również problemu z obsługą niemieckich policjantów, którzy właśnie wpadli na tanie hot-dogi. W końcu już od trzech dekad zarabiają na sąsiadach zza Odry.

Handlowy raj

Lubieszyn, Dołuje, Wąwelnica, Osinów Dolny – przeciętnemu Polakowi te nazwy niewiele powiedzą. Z kolei Niemcy zwykle nie potrafią ich wymówić, ale to nieważne. Dla nich to po prostu Polenmaerkte, "polskie bazary". To właśnie tam koncentruje się handel na pograniczu polsko-niemieckim. Istnieją już od niemal trzydziestu lat.

Ze Szczecina dojechać tam łatwo. Wystarczy wskoczyć na "10" i po 25 minutach dojeżdża się na miejsce. Z Berlina to nieco ponad godzina jazdy i Niemcy już są w handlowym raju, stworzonym specjalnie dla nich. Szczególnie Lubieszyn to miejsce przedziwne – kilka bloków, które czasy świetności dawno mają za sobą, a w nich kilkuset mieszkańców. Są jakby dodatkiem do bazarów, które otaczają mieścinę oraz do licznych stacji benzynowych i McDonald’s.

Stacja benzynowa przy granicy z Niemcami

Stacja benzynowa przy granicy z Niemcami

"Markety" to określenie zdecydowanie na wyrost. Owszem, są nowoczesne hale, ale znacznie częściej to po prostu pojedyncze sklepy, a czasem blaszaki nadgryzione rdzą. Są nawet "szczęki", które pamiętamy z targowisk z lat 80. i 90. - dawniej obiekt pożądania handlarzy, teraz wyglądają archaicznie.

Szwarc, mydło i powidło - niewiele jest rzeczy, których nie można dostać na pograniczu. Przyjeżdżają po nie głodni promocji Niemcy. – Klient niemiecki, ale nie tak, że bogaty – precyzują handlowcy. – To w dużej części emeryci, którzy dostają na rękę kilkaset euro miesięcznie, więc liczą każdego eurocenta. I dlatego tak lubią nasze bazary.

W długiej historii przygranicznego handlu na topie niezmiennie są tanie papierosy. Tak było trzydzieści lat temu i tak pewnie pozostanie przez kolejne lata. Choć papierosy są w Polsce coraz droższe, to i tak pozostają dużo tańsze niż za Odrą. Schodzi też alkohol, a młodsi Niemcy uginają się pod ciężarem tanich napojów energetycznych.

Centrum handlowe na granicy z Niemcami

Centrum handlowe na granicy z Niemcami

– Zakupy zakupami, ale bazar to dla Niemców styl życia i spędzania wolnego czasu. Lubią takie klimaty – mówi Łukasz Końcub, który klientów na bazar w Hohenwutzen/Osinowie Dolnym wozi autobusem rejsowym z Berlina. – Tutaj mogą pospacerować, coś zjeść, napić się piwa i po paru godzinach wracają do domów.

Łukasz Końcub, trzydziestolatek, pochodzi z Chojny. Po studiach wybrał pracę na bazarze. Gdy nie wozi ludzi, pracuje jako ochroniarz. – Mam spokojne życie – tłumaczy decyzję. Na dobrą sprawę on dopiero zaczyna, są jednak tacy, którzy pamiętają początki handlu. I nie były one bynajmniej "spokojne".

Początek dała im juma

Bazary to żywa historia stosunków polsko-niemieckich, nie tylko tych handlowych. Jeśli handlowcy już decydują się opowiadać o początkach, to żelazny repertuar stanowią historyjki o wystraszonych Niemcach, którzy zdecydowali się przyjechać na zakupy do "dzikiego kraju" za Odrą. W głowach mieli slogan "Jedź do Polski, twój samochód już tam jest".

– No i jak już przyjeżdżali, to z duszą na ramieniu. Zestresowani, że jak tylko się odwrócą, to ktoś im ukradnie samochód, bo wiadomo "Polak-złodziej" – mówi pan Marcin, jeden z bardziej doświadczonych handlowców z Lubieszyna. – Z kolei Polacy, nie raz tak bywało, mieli wobec Niemców kompleksy. Bo byliśmy biedniejsi, jakby zacofani. Dziś żadnych kompleksów nikt nie ma, a Niemcy nam ufają. Ale rzeczywiście nie zawsze tak było.

Centrum handlowe na granicy z Niemcami

Centrum handlowe na granicy z Niemcami

Pan Marcin przyznaje, że stereotypy stereotypami, ale niektóre bazarowe biznesy rzeczywiście zostały założone przez weteranów "jumy". Skąd wzięła się ta nazwa?

Na przełomie lat 80. i 90 ubiegłego wieku z Zielonej Góry do Berlina o godzinie 15.10 odjeżdżał pociąg, którego pasażerami byli często polscy złodzieje. Cel – berlińskie domy towarowe. Kradzież mercedesów, volkswagenów i audi była domeną zorganizowanych gangów, ci drobni złodzieje z pociągów wracali obładowani ubraniami, płytami CD, żywnością.

Ktoś skojarzył godzinę odjazdu pociągu z westernem "15.10 do Yumy" i tak "juma", "zajumać", "być na jumie" weszły do bazarowego slangu.

– Wtedy to była nieomal naturalna ścieżka kariery – uśmiecha się pan Marcin. – Towary z jumy trzeba było gdzieś sprzedać albo zainwestować pieniądze ze sprzedaży ukradzionych rzeczy. Najbardziej "obrotni" otwierali swoje stoiska, potem bazary, a potem kolejne. Niektórzy mieli ich po kilkanaście.

Kiedy skończyły się wyjazdy na jumę? Niektórzy uważają, że w połowie lat 90. Inni, że parę lat później, gdy szefowie niemieckich galerii handlowych zaczęli masowo inwestować w systemy monitoringu i ochronę. Poza tym pensje w Polsce jednak rosły – i już tak bardzo Polakom nie chciało się ryzykować.

Są jednak i tacy, którzy kojarzą kres jumy z rozkwitem pogranicznych targowisk. Teraz, rzecz jasna, niewielu sprzedawców chce mówić o tym, jak powstawały biznesy. Wielu zresztą może tego nawet nie wiedzieć. Interesami zarządzają już często kolejne pokolenia, a te nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, co działo się wcześniej.

Handel na polsko-niemieckim pograniczu

Handel na polsko-niemieckim pograniczu

– Niemcy też nie pamiętają. Zresztą, kto jak kto, ale oni nam przeszłości wypominać nie powinni – komentuje pan Marcin i to jedyny raz, kiedy w jego głośnie pobrzmiewa niechęć do sąsiadów. Bez względu na wszystko, pogranicze i jego bazary, na początku lat 90. stały się nową ziemią obiecaną nawet dla Polaków z innych części kraju. Wielu z nich zostało.

Chcesz skomentować ten artykuł? Dołącz do nas na facebooku! >>

– Firmy upadały, otworzyły się granice. Tu, na bazarze, pojawili się ludzie z całego kraju i szukali możliwości zarobku – wspomina Paweł Sławiak. Od 27 lat handluje na bazarze w Słubicach – konsekwentnie odzieżą. – Na początku lat 90. różnica cenowa towarów w Polsce była tak duża, że Niemcy masowo przyjeżdżali na bazar. Teraz wiele cen się wyrównało, a nawet niektóre produkty są w Niemczech tańsze – dodaje Sławiak.

Jedno jest pewne – bazary zbudowały wiele polskich fortun. – Niech pan się przejedzie po okolicach, zobaczy te wszystkie wille. Sporo z nich należy właśnie do handlarzy. A właściwie to do handlarzy, którzy z czasem stali się miejscowymi magnatami, właścicielami hal – słyszymy w Lubieszynie.

Wille faktycznie robią wrażenie. Jadąc z Lubieszyna w kierunku Szczecina trudno nie dostrzec imponujących rezydencji. Które z nich należą do handlarzy? Można tylko zgadywać. Nie ma za to watpliwości, do kogo należą mercedesy, bmw, audi - wszystko na polskich rejestracjach stojące przy bazarach. To samochody handlowców. Dużo lepsze od tych, którymi przyjeżdżają Niemcy na zakupy.

– No, trochę się pozmieniało – śmieje się jeden ze sprzedawców z Lubieszyna. – Kiedyś, pod koniec lat 90. to my im zazdrościliśmy aut. Mieliśmy zdezelowane fiaty, a oni nowe golfy. Teraz to raczej oni nam zazdroszczą – dodaje.

25 minut na zakupy

Autobus kursujący między Berlinem a Osinowem Dolntm trasę do Polski i z powrotem pokonuje trzy razy dziennie. – Ruch jest na okrągło, ale największy to po pierwszym, kiedy dostają wypłatę. No i w weekendy. Wtedy musimy dostawiać autobusy – mówi Łukasz Końcub. Jego klienci to głównie berlińczycy, z których 30 procent – według jego obserwacji – jedzie po papierosy.

Od lat niezmiennie rozchwytywane - papierosy

Od lat niezmiennie rozchwytywane - papierosy

– Tacy klienci jadą pierwszym autobusem i tym samym wracają do Berlina – dodaje Końcub. – Szybcy sa, bo autobus w Osinowie Dolnym stoi dwadzieścia pięć minut. Na bazary w Lubieszynie i Dołujach przy północnej granicy, w okolicach Szczecina, berlińczycy trafiają z kolei dość rzadko. Dominują mieszkańcy rejonów Meklemburgii-Pomorza Przedniego czy północnej Brandenburgii.

– Niemcy, ale biedniejsi – opowiada pani Marta, która prowadzi sklep spożywczy. – Ci targują się o wszystko. Uwielbiają to robić. Myślę, że nauczyli się tego od nas. Jak wyglądają targi? Polak powie "zwanzig euro", Niemiec: "fünfzehn“. I tak w kółko. Ręce raczej w ruch nie idą. Bo polscy handlowcy, nawet jak nie znają dobrze niemieckiego, to jeśli przychodzi do rozmów o cenach, zawsze się dogadają.

Swantje Barth mieszka w Berlinie i średnio, co dwa miesiące jedzie na bazar do Słubic. – Sześć lat temu wybrałam się z koleżanką, która do tej pory jeździła z mamą i tak to się zaczęło - opowiada Barth. Nie jest ona typową klientką bazaru, bo papierosów nie kupuje, choć na bazarach można je dostać nawet o połowę taniej, w porównaniu do cen w Niemczech. Za to chętnie zaopatruje się w sery i salami z dzika oraz w eklery.

Ich dzień na słubickim bazarze jest dokładnie zaplanowany. Po zakupach spożywczych obowiązkowy obiad, a potem spacer między kramami z odzieżą. Zwieńczeniem pobytu jest kawa i ciasto. – Wszystkie stoiska, które odwiedzamy to właściwie nasze stałe punkty. Znamy się już ze sprzedawcami – odpowiada Niemka. Jej koleżanka, Franzi, chętnie zerka na stoiska z podróbkami markowych firm.

Podróbki - od koszulek przez obuwie sportowe, po torebki i zegarki ekskluzywnych producentów – można znaleźć bez problemu. W końcu kto nie skusi się na torebkę Louis Vuitton za 38 euro?

– Oryginalna? - pytamy sprzedawcę. Rozmowa jest krótka: – Jak pan nie chce, niech pan nie kupuje.

Podróbek jest jednak z roku na rok coraz mniej, przekonują niektórzy handlarze. – Raz, drugi, trzeci zostaną złapani przy kontroli na bazarze i już nie wracają. No, ale żeby ściągnąć Niemców, to taki towar po prostu musi być – mówi pani Marta z bazaru w Kostrzynie nad Odrą.

Nie brakuje też płyt DVD i CD w atrakcyjnych cenach. Tabletki na potencję o dziarskiej nazwie Viagra Cobra sąsiadują z dżinsami w "kosmo promocji", po 25 euro za sztukę. W tym samym miejscu można dostać trzy hermetycznie zapakowane kiełbasy dla psa po 4 euro lub kostkę masła za 1,50. Jest też wycofany z rynku niemieckiego środek chwastobójczy.

Szwarc, mydło i powidło. Na bazarach przy granicy można dostać niemal wszystko

Szwarc, mydło i powidło. Na bazarach przy granicy można dostać niemal wszystko

Wszystkie ceny w euro, ale w złotówkach też można płacić. – Jesteśmy niczym "Jarmark Europa" na dawnym Stadionie Dziesięciolecia – uważa jeden z handlowców z Lubieszyna. – Tylko kałaszanikowa u nas nie kupisz. Poza tym mamy wszystko, czego tylko Niemiec może sobie zamarzyć. No i nazwa jest adekwatna. W końcu na tym jarmarku tworzy się Europa – dodaje.

Nieopodal kwiaty ogrodowe sprzedaje pani P. Prosi, aby właśnie tak o niej pisać. Blondynka, pewna siebie, nieco po czterdziestce. Pani P. handluje przy granicy od 20 lat i choć "interes już nie ten, co kiedyś, ale nie ma co narzekać". – Mam nie tylko kwiaty, ale jeszcze te popierdółki – kwiaciarka macha ręką w kierunku drewnianych bocianków, wiatraczków i wazoników.

"Popierdółki" wypierają powoli ubóstwiane do niedawna przez Niemców ogrodowe krasnale. Na ich produkcji gigantyczne pieniądze zarabiały nie tylko niemieckie, ale i polskie firmy.

Tyle że Niemcom krasnale się przejadły. Młodzi nie chcą pracować przy ich produkcji, a starsi nie zamierzają ozdabiać już nimi podwórek. Doszło do tego, że Reihnard Griebel, którego firma od 150 lat produkuje krasnale, ogłosił: - Albo będę pracował do setki, albo krasnale same będą się rozmnażać. Takie podejście Niemców do figurek widać również na pogranicznych bazarach: niemal wymarły niczym dinozaury.

Koronawirus? Handlowcy są zaprawieni w bojach

Doskonale pamiętają momenty, w których wieszczono śmierć bazarów na pograniczu. Pierwszy "pogrzeb" miał się odbyć po wprowadzeniu w Niemczech euro. Po raz drugi koniec wieszczono, gdy Polska weszła do Unii. Obawiano się, że Polakom sprzedaż na granicy przestanie się opłacać, a handel przejmą wielkie koncerny.

Kolejny koniec miał być blisko, gdy wybuchła epidemia koronawirusa, a sklepy na bazarach trzeba było na kilka miesięcy zamknąć. Zamknięte bazary? To czarny sen każdego handlowca. Sytuacja powoli wraca jednak do normy. – Kryzys spowodowany epidemią oczywiście dał się nam mocno we znaki. Sprzedaż spadła o połowę. Jest mniej klientów i nie wydają tak szybko pieniędzy. Oglądają, zastanawiają się. Kupić nie kupić? Wcześniej tak nie było – mówi Paweł Sławiak. 

Kiedy pytamy Grzegorza Szrama z bazaru w Słubicach o przyszłość targowiska, uśmiecha się: – Od końca lat 90. wielu wróży nam rychły koniec. I co? W przyszłym roku obchodzimy trzydziestolecie. Tylko krasnale mogą nie dożyć.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>

Tekst powstał w ramach cyklu "Pogranicze" przygotowywanego wspólnie przez dziennikarzy Deutsche Welle, Interii i Wirtualnej Polski. Więcej na www.dw.com/pl/pogranicze/t-54812379

Redakcja poleca

Reklama