z lotu PTAKa: Polityka i bijatyka, czyli duch rewolucji | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 28.06.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

z lotu PTAKa: Polityka i bijatyka, czyli duch rewolucji

Polityka to emocje, a nie fakty. Fakty same w sobie nikogo nie porywają. Musimy zobaczyć los człowieka, musi być obraz. Coraz częściej jest to obraz przypadkowy. FELIETON

Demonstracja przeciwko obostrzeniom pandemicznym w Berlinie

Demonstracja przeciwko obostrzeniom pandemicznym w Berlinie

Im świat na zewnątrz mocniej się chwieje, tym większa potrzeba prostych odpowiedzi, tym silniejsza potrzeba bezpieczeństwa. Dlaczego analizować zjawiska na przestrzeni dziejów czy pod kątem różnych grup społecznych, jak można dać odpowiedź natychmiast i jeszcze zyskać poklask. Prawa i lewa strona sporu politycznego, który wygląda już jak mecz piłki nożnej puszczony na przyśpieszonych obrotach, mają swoją publiczność. Każdy, kto stawia pytania spoza któregoś z obozów, spowalnia rytm gry, takich zawodników trzeba wybuczeć, buuuu, odejdź stąd, przeszkadzasz. Tylko w grupie tak samo myślących jest bezpiecznie, choć trzeba być czujnym, wróg czai się i we własnych szeregach. Należy go znaleźć i zneutralizować, obrzucić błotem chociaż w mediach społecznościowych. W obozie musi być sto procent czystości ideologicznej. 

Polityczna panika moralna

Lewa strona ujmuje się za wszelkimi nieuprzywilejowanymi. Uchodźcy tak, dochód podstawowy tak, małżeństwa jednopłciowe tak, aborcja tak. Prawa strona na wszystko nie. Tradycyjna polska rodzina jest atakowana, Kościół, który jest przecież absolutnym silnym graczem większościowym, jest atakowany, za aborcję więzienie, za gwałt wyrok w zawieszeniu lub mocne postanowienie poprawy. Ale, gdy córka będzie miała problem, to jest zagranica, pieniądze mamy, problem rozwiążemy, nie będziemy dziecku życia rujnować. Uchodźcy tak, krzyczy lewa strona. Lewica to, o paradoksie, młodzi wykształceni z dużych miast, kto się z nimi nie zgadza, ten rasista i prostak. Ludzie z zawodami akademickimi, ludzie mediów i stypendiów zagranicznych, których drogi nigdy nie skrzyżują się z realnymi uchodźcami, którzy kształcą swoje dzieci w szkołach prywatnych i dla których uchodźca nigdy nie będzie konkurencją na rynku pracy, urządzają z absolutnym przekonaniem życie miejscowemu piekarzowi, murarzowi i sprzedawczyni. Jak ładnie jest pouczać nie płacąc żadnego rachunku, jak łatwo wydać wyrok i w poczuciu własnej wyższości moralnej iść przez swoje wysoko uprzywilejowane życie zawodowe bez cienia przeszkód. Ile czasu musiało upłynąć, by któreś z dzieci tureckich robotników przywożonych do Niemiec w latach 60-tych, zostało profesorem czy profesorką niemieckiego uniwersytetu? Dzisiejsi aktywiści nie muszą się martwić konkurencją nowoprzybyłych. Mogą bez mrugnięcia okiem potępiać tych, co są mniej zachwyceni, ale za malowanie mieszkania zapłacić robotnikowi rumuńskiemu połowę stawki i jeszcze czuć się dobroczyńcą, w końcu aktywista wykazał się zaufaniem, wpuszczając kogoś takiego do domu. Dobrze, że robotnik nie musiał za taki przywilej dopłacać.

W krainie paradoksu

Można nie lubić Polaków i zatrudniać polską opiekunkę dla starego ojca, można głośno zapewniać o przyjmowaniu uchodźców i natychmiast zabrać swoje dzieci z publicznej szkoły, można nie lubić Niemców i codziennie dojeżdżać ze Szczecina do Berlina do pracy, można głosić ideały równości społecznej i głosować na moralną lewicę, a oszukiwać przy zatrudnieniu i płacić najniższe stawki robotnikom z Europy Wschodniej, można być przeciwnikiem aborcji i podjąć decyzję o jej dokonaniu, można pracować w ekologicznym NGO, a w czasie wolnym latać na urlopy do największych sieci hotelowych, uzasadniając to prywatnie, że tam jest program dla dzieci na cały dzień, a w końcu urlop jest po to, by wypocząć również od własnej rodziny. Można głosić idee skromnego, minimalistycznego życia, mając na koncie tysiące euro ze spadku po dziadkach, można potępiać tych, co kupują tanie ubrania, szyte przez niskoopłacane kobiety w Azji, nie myśląc o tym, że tej osoby nie stać na produkty wyższej klasy, wytworzone z kolei przez więźniów w chińskich obozach pracy i o tym, że ta praca daje jednak jakieś szanse na samodzielne życie kobietom w Bangladeszu. Można kupować czekoladę fair trade po 3,90 euro za tabliczke i czuć się co najmniej jak Nelson Mandela, można pisać na najnowszym modelu iPhona i o tym, jak się nienawidzi Ameryki i wyzysku kapitalistycznym. Wszystko można i wszystko to się dzieje, to przykłady z prawdziwego życia. Nikomu to nie spędza snu z powiek.

Kolonie a sprawa polska

My Polacy też mamy coś do powiedzenia o konfliktach światowych. Aktualnie zajmujemy się naszym jedynym istniejącym w polskiej świadomości czarnym czyli Murzynkiem Bambo. Komunikujemy światu, że też mamy problem rasistowski, u nas też jest się za co wstydzić. Co prawda nasz kolonializm na innych kontynentach skończył się na wizji przejęcia Madagaskaru i jak powszechnie niewiadomo, Polska sama stała się kolonią trzech mocarstw w tym czasie. Do dziś wolimy mówić „zabory“, zamiast „byliśmy kolonią pruską, ruską i austriacką“, choć mentalność wybitnie świadczy o tym, że mamy kompleksy krajów postkolonialnych. Włączamy się zastępczo i ochoczo w debaty obciążające konto Juliana Tuwima, który popełnił był Bambo w 1935 roku, nie wiedząc, co go spotka w 2020. Niektórzy gorliwie uzupełniają, że komuniści wsadzili nam tę historię do elementarza i zatruli umysły. Młodzież w USA, gdyby w ogóle coś z Polski usłyszała, to krzyknęłaby - komuniści, jak wspaniale, w USA nigdy nie rządzili komuniści, walczmy o to, by wreszcie przełamać tę tragiczną konstelację demokraci kontra republikanie.

Autorka felietonu Urszula Ptak

Autorka felietonu Urszula Ptak

W Berlinie jak w soczewce

Na Rosa-Luxemburg-Platz w Berlinie, gdzie mieszkam, przez cały czas koronawirusa spotykały się różne grupy na tak zwane „Hygiene-Demo“, młode długowłose dziewczyny i szczupli chłopcy siadali na skrzyżowaniu ulic lub przed teatrem Volksbühne i oddawali się medytacji, obok pani w wieku późnohippisowskim schodzi z roweru, by mówić wszem wokół, że noszenie maseczek to zniewolenie i odbieranie jej praw obywatelskich, w tym czasie podejrzanie duża liczba wysportowanych mężczyzn obserwuje całe wydarzenie, kolejni rozdają gazetkę informującą o wprowadzeniu w Niemczech dyktatury. Ludzie włączają się spontanicznie do rozmów w tłumie. Tak, media nas okłamują, nie ma żadnej epidemii albo przeciwnie, nie mówią nam, ile osób naprawdę umiera, pani obok na to: ja chcę umrzeć, ziemi będzie lżej, jest nas za dużo.  Kolejna pani mówi, że ona ogląda już tylko Russia Today, bo niemieckie media są poniżej krytyki, młoda dziewczyna siada ze skrzyżowanymi nogami na trawniku obok i zaczyna mruczeć mantrę, muzyka dobiega z zaparkowanego samochodu, jakaś pieśń rewolucyjna. O godzinie 17 na placu największą grupę stanowi policja, reszta poszła do domu albo na zakupy, na murku przed supermarketem młodzież w czarnych koszulkach pije piwo Tyskie i po niemiecku omawia, czym jest rewolucja, mijam ich wracając do domu.

Dysonans poznawczy

Nauczyliśmy się dobrze żyć ze swoimi kłamstwami. Teoria dysonansu poznawczego mówi, że gdy nasze czyny przeczą słowom, nasz mózg szybko znajduje uzasadnienie i usprawiedliwienie, jest niezwykle plastyczny i dla właściciela łaskawy. Dzisiejsi obrońcy prawa jutro mogą z równym zapałem dążyć do jego obalenia. Ci, którzy potępili w jedną sobotę młodzieżową imprezę w Berlinie w czasie korony, poszli na kilkutysięczna demonstrację w kolejny weekend, przeciwko dyskryminacji i wydarzeniom w USA. Ci sami ludzie, w tym samym mieście, w ciągu paru dni podjęli wzajemnie wykluczające się decyzje, jedyna różnica to ich moralna ocena, tak jakby wirus interesował się czyimiś poglądami. Najbardziej znany niemiecki hippis, twórca komuny i wyznawca wolnego seksu popiera Donalda Trumpa, podobają mu się te emocje, czarnoskóry Amerykanin głosuje też na Trumpa, bo to mniejsze zło, w pamięci ma przede wszystkim wyższościowych Clintonów, to pamięć niemożliwości awansu społecznego, więc niech się chociaż coś dzieje. Na jednym z filmików krążących w sieci, biała dziewczyna poucza czarną, czym jest rasizm i mówi o niej jako o ofierze polityki, ta ją wyśmiewa i odrzuca rolę ofiary. Przy takich emocjach porozumienie jest niemożliwe, nikt nikogo nie słucha, ważna jest tylko nasza własna opowieść, nasze własne emocje, nasz gniew, nasze pretensje i nasze przekonanie o wyższości moralnej, obojętnie, czy chodzi o obóz prawicy czy lewicy. Teoria podkowy mówi, że radykalizmy się spotykają, są jak lustrzane odbicie. Ludzie środka nie przebijają się przez ten chaos, dopiero jak opadnie rewolucyjny pył, wyjadą sprzątać i porządkować, są zawodnikami drugiego etapu. Etapu, którego nie widać na razie na horyzoncie.