z lotu PTAKa: Czy szkoła musi uszczęśliwiać? FELIETON | Niemiecka kultura, polska kultura w Niemczech, wydarzenia | DW | 08.09.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Kultura

z lotu PTAKa: Czy szkoła musi uszczęśliwiać? FELIETON

Rodzice oszukują dzieci i siebie. Chronią je przed konkurencją, zmaganiami, wyścigiem, chcą jak najlepiej, a tymczasem na końcu drogi, która nie pokazuje czym jest rozczarowanie i porażka, czai się depresja.

Każda generacja ma jakieś swoje wychowawcze zaklęcia. Tak i tylko tak ma wyglądać szczęśliwa rodzina i szczęśliwe dziecko, najlepiej jak z katalogu świątecznego Ikei albo telewizyjnej reklamy margaryny. Potem są zdania, które przyklejają się i są powtarzane jak mantra. „Obojętnie co będziesz robił, byle byś był szczęśliwy". Szkoła jako pierwsza instytucja, która socjalizuje dziecko z grupą rówieśniczą, która ocenia postępy w pracy, jest na pierwszej linii frontu. To tutaj trafiają wypieszczone jedynaki i dzieci z rodzin przeciętnych coraz rzadziej spotykają się w jednej klasie. Na prowincji szansa na miks społeczny rośnie proporcjonalnie do odległości do najbliższej szkoły niepublicznej. Tak było i wcześniej. W moim liceum chodziłam do klasy B, bo tam zgrupowano wszystkie dzieci z okolicy. Miejscowe, w tym dzieci elity, chodziły do klasy A.

„jak nie pracujesz, to nie jesz"

Nigdy nie słyszałam w latach 80tych, ani nikt nam nie mówił, że mamy być po pierwsze szczęśliwi. Moja generacja przełomu miała za zadanie znaleźć szybko pracę albo zdać egzamin na studia. Egzaminy były trudne, bo miały odsiać połowę albo i więcej kandydatów. Uczelnie nie zachęcały, nie stwarzały miłej i przyjaznej atmosfery, nie otwierały jeszcze nowych kierunków. Wykształcenie wyższe miało wtedy zaledwie 7 procent społeczeństwa, a dzień, w którym zobaczyłam swoje nazwisko na liście osób przyjętych na studia, jest dla mnie do dziś jednym z najszczęśliwszych dni w życiu. Uwielbiałam się uczyć i wreszcie dostałam na uniwersytecie możliwość uczenia się tego, co lubię. Z mojej klasy w prowincjonalnym liceum niewiele osób poszło na regularne dzienne studia, wielu kończyło edukację lata później w trybach zaocznych, płacąc już wtedy duże pieniądze za dyplomy z podrzędnych uczelni. Atmosfera była inna: to czasy, gdy ludzie jeżdżący po swetry do Turcji i sprzedający je na bazarach kupowali za kilka rund mieszkania, samochody i zachodnie dobra techniki. To czasy, gdy w Polsce została zrealizowana biblijna zasada „jak nie pracujesz, to nie jesz". Zupka kuroniówka, upadłe PGRy, zamykane fabryki, huty, restrukturyzacja jako synonim masowych zwolnień. Nie wiem, czy ktokolwiek myślał wtedy, jak być szczęśliwym, każdy chciał być bogaty. Jeszcze przez chwilę nie było wstyd nic nie mieć.

„ojciec i matka harują, by ci niczego nie brakowało"

 Autorka felietonu Urszula Ptak Nikolai Sperling )

Autorka felietonu Urszula Ptak

W rzeczywistości byliśmy wtedy przerażeni, pamiętam jaką rozpaczą dotknęło mnie zakończenie studiów. Wyjście z kokonu badań literackich, interpretacji tekstu w tak zwane zwyczajne życie było strasznym doświadczeniem. Byliśmy w panice, czy dostaniemy pracę, jakąkolwiek pracę. Firmy zachodnie, które weszły w latach 90tych na polski rynek, były drapieżne, zachowywały się tak jak nigdy nie pozwoliłyby sobie na to w swoich krajach. Polskie firmy rodzinne były barbarzyńskie, nastawione na maksymalizację zysku w krótkim czasie, kosztem głodowych pensji dla pracowników niewolników, czysty feudalizm. Szczęściem było znaleźć w miarę przyzwoitą i stabilną pracę. Dzieci, które się wtedy urodziły, widziały zazwyczaj zmęczonych i zestresowanych rodziców, rodziców pracujących non stop, w dwóch lub trzech miejscach. Za zarobione pieniądze kupowano na wieloletnie kredyty mieszkania i nowe meble, nowe talerze, nowe telewizory, dla dzieci nowe telefony, nowe komputery, markowe ubrania i buty. „Ojciec i matka harują, by ci niczego nie brakowało". To była polska mantra początku XXI wieku. Nieobecny, zmęczony rodzic i dziecko, któremu ma nic nie brakować. Po zakupieniu tego, co trzeba mieć, przyszedł etap zmiany celów. Już nie rzeczy, które wszyscy mają, a poczucie szczęścia weszło w orbitę aspiracji nowej klasy średniej. 

"matka nie była nigdy w orbicie spraw ważnych"

Dzisiejsza osiemnastolatka wyrosła z przekonaniem, że ona jest w centrum uwagi, że jej potrzeby są nadrzędne w rodzinie, że ona decyduje, gdzie rodzina jadzie na urlop i jak spędza tam czas. Ciekawe, czy za kolejne 30 lat wpadnie na pomysł zapytania, w czym pomóc starej matce, bo ta matka nie była nigdy w orbicie spraw ważnych. „Urlop? Byle się dziecko nie nudziło!" To dla niej mama rzuca wszelkie zajęcia, bo ona musi oddać jakąś pracę domową do szkoły, to po nią ojciec przyjeżdża samochodem, by nie musiała jechać autobusem dwa przystanki od koleżanki. Ona stoi w centrum i ma tylko jedno zadanie: być szczęśliwą! Cała rodzina jest tylko na tym skupiona, rodzice, dziadkowie i pies, rasowy rzecz jasna. 

"wiedza przecież kosztuje!"

Szkoła w tym poczuciu szczęścia przeszkadza. Tutaj może nasza gwiazda nie być ulubienicą wszystkich nauczycieli, co gorsze, jakiś może powiedzieć, że dziewczyna jest słaba i powinna się wreszcie wziąć do roboty. Zezłoszczona matka może wtedy zabrać dziecko z tej opresyjnej szkoły albo poszukać korepetycji. - W szkole niczego przecież nie uczą, na testach są zadania, których nie było na lekcji! - Taka to szkoła, zamiast wspierać, utrudnia, ale co się dziwić, stara generacja nauczycieli, powinni ich powyrzucać i wziąć takich, co dzieci zainspirują! Znudzona panna chodzi tymczasem na korepetycje po 80 zł za godzinę, korepetycji udziela nauczyciel z innej szkoły, którego uczniowie chodzą na korepetycje do nauczycieli ze szkoły naszej bohaterki. Nauczyciel z taką stawką na godzinę jest traktowany poważnie, wiedza przecież kosztuje!

„nieważne kim będziesz, byle byś był szczęśliwy!"

Czasem zdarza się tak, że panna jednak nie przejawia zainteresowania przedmiotem, a maturę trzeba jednak zdać. Dramacik. Rodzice pocieszają pociechy: „nieważne, jak zdasz i tak się to nie liczy, nie wiem po co się stresuje dzieci takimi egzaminami!" Kryteria już są tak obniżone, że niedługo nie będzie szansy, by nie zdać.
W Niemczech, które przerabiają ten sam problem znacznie dłużej, słychać głosy, by w ogóle szkoły już nie wystawiały ocen, po co dzieci stresować? Te słabe już nie będą robiły nic, a te dobre, pozbawione jakiegokolwiek miernika, zostaną pozbawione orientacji, co jest istotne, a co nie. Nieważne, ważne by się uczyć przez zabawę! Oceny to czyste zło. Ambicja jest moralnie podejrzana, lepiej nie mieć ambicji. „Nieważne kim będziesz, byle byś był szczęśliwy!". - Piekarz to też piękny zawód - mówi berlińska nauczycielka do dziecka robotnika lub migranta. Do dziecka rodziców wykształconych kieruje inne komunikaty, bezrefleksyjnie utrwala podział na klasy społeczne.

"rodzice oszukują i dzieci i siebie"

Kolejnym etapem tej ewolucji będzie, by każdy wykonywał zawód, jaki czuje. Czuję w tym tygodniu, że mogłabym być lekarzem ratownikiem, to jestem i pracuję, potem nudzi mi się widok osób z wypadków samochodowych i w ogóle nie jest tak fajnie jak w serialu, to będę policjantką śledczą, potem będę kucharką w show telewizyjnym, potem dziennikarką o nogach złożonych na ukos, potem będę aktorką albo projektantką mody. To wszystko potem, bo teraz siedzę na fotelu i wrzucam zdjęcia na Snapchata.
Rodzice oszukują i dzieci, i siebie. Chronią je przed konkurencją, przed zmaganiami, przed wyścigiem. Każda uwaga, każdy brak zachwytu jest przestępstwem, a dziecko spada wtedy w czarną otchłań rozpaczy. Rodzice od razu dezawuują ocenę z zewnątrz, to nauczyciel jest niekompetentny, to uczelnia słaba i zatrudnia durniów, to świat jest zły i nie docenia naszej znudzonej pociechy. - Czym się interesujesz? - Nie wiem, mam jeszcze czas - mówi nastolatka już po terminie składania podań na uczelnię. W pierwszej pracy na odmowę udzielenia urlopu w takim terminie, w jakim młoda pracownik sobie już zabukowała bilet, dziewczyna płacze. Chłopak, który podpisał umowę o pracę, nie przychodzi i nie dzwoni. Po trzech dniach ktoś dowiaduje się, że nie wrócił jeszcze z wakacji, ale tak w ogóle to nie ma zamiaru iść do pracy, nie przysyła nawet wypowiedzenia umowy, po prostu nic. „Narcystyczne dorosłe dzieci w roli pracowników"- na takie szkolenia dla pracodawców już jest zapotrzebowanie.

"najbardziej samotni są najlepsi uczniowie"

Na najlepsze kierunki uniwersyteckie trzeba mieć wiedzę. Świat najlepszych uniwersytetów jest globalny i nie kończy się na Polsce ani nawet Europie. Ci, którzy mają w sobie pasję, są pracowici i odważni, konkurują o stypendia z najlepszymi nastolatkami na świecie. W niemieckich szkołach już teraz najbardziej samotni są najlepsi uczniowie, cała uwaga skupiona jest na tych, którzy stwarzają problemy. Kto będzie rządził koncernami, rynkiem pracy i dochodów za 20 lat? Ci, którym rodzice mówili „nieważne, jakie masz oceny, ważne byś był szczęśliwy" czy ci, którym mówiono: ucz się z pasją, pracuj, rozwijaj swoje talenty i nie bój się ryzyka?
Obserwuję, pisząc ten tekst, dwa dzikie koty, które w czasie wakacji dokarmiam. Matka i maleństwo. Czarna kuleczka naśladuje mamusię we wszystkim, ta wchodzi na murek, on skacze na murek, mama leży na słońcu, on oblatuje ją wkoło i kładzie się obok, mama pije wodę, on też. Chcecie mieć szczęśliwe dzieci, sami żyjcie szczęśliwie, a szczęście to poczucie sensu i sprawczości, a nie lenistwo lub strach przed wyzwaniami. Najlepsza szkoła w życiu to ta, która uczy pracy nad sobą. Czy góry, skały i urwiska znikną tylko dlatego, że nie oderwiemy oczu od laptopa? Po co wmawiać dziecku, że będzie szczęśliwe, jak będzie się bało bólu i porównania z innymi? Po co żyć w podróbce reklamy o idealnej rodzinie, jak można żyć w pasjonującej rzeczywistości?

Reklama