Polskie kłopoty niemieckiej prezydencji w UE | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 03.09.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Polityka

Polskie kłopoty niemieckiej prezydencji w UE

Praworządność w Polsce ma być tematem wrześniowego posiedzenia Rady UE kierowanej przez Niemcy. Ale znów zaczyna się trudna batalia o szczegóły reguły „pieniądze za praworządność”. I co Bruksela zrobi z Sądem Najwyższym?

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen (picture-alliance/dpa/F. Seco)

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen

Niemiecki rząd przedstawił w tym tygodniu Parlamentowi Europejskiemu priorytety swego półrocznego przewodnictwa w Radzie UE. Minister ds. UE Michael Roth zapewniał europosłów o kontynuowaniu postępowań w ramach art. 7 wobec Polski i Węgier, a stan praworządności w obu krajach – jak dowiadujemy się nieoficjalnie w Brukseli – ma być już 22 września tematem dyskusji (bez formalnego „wysłuchania”) unijnych ministrów w Radzie UE.

– Podczas październikowego posiedzenia Rady UE chcemy rozmawiać o pakiecie raportów o państwie prawa we wszystkich krajach UE, który we wrześniu po raz pierwszy przedstawi Komisja Europejska. W listopadzie przejdziemy do raportów o pięciu pierwszych krajach – dziś zapowiedziała minister sprawiedliwości Christine Lambrecht.

Procedura z art. 7 (teoretycznie przewidująca sankcje, ale w zaporowym systemie głosowania) czy też nowy doroczny przegląd praworządności we wszystkich krajach Unii to „miękkie” narzędzia perswazji politycznej i nacisku na trzymanie się wartości podstawowych UE. Natomiast lipcowy szczyt UE zgodził się na – powiązaną z unijnym budżetem – zasadę „pieniądze za praworządność” pozwalającą na obcinanie funduszów dla krajów łamiących reguły państwa prawa. Jednak zapisy końcowe ze szczytu są – to był zabieg celowy – dość ogólnikowe i nawet minister Roth przyznał w Parlamencie Europejskim, że „pozostawiają pewną swobodę w kwestii potencjalnych interpretacji”.

Polska i Węgry miałyby prawo weta

Premierzy Mateusz Morawiecki i Viktor Orban już zaraz po szczycie przekonywali, że decyzje co do ostatecznego kształtu mechanizmu praworządnościowego pozostawiono do zatwierdzenia przez Radę Europejską. A skoro ta decyduje przez konsensus, to Polska czy Węgry miałyby prawo weta. Ale szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz szef Rady Europejskiej Charles Michel tłumaczyli, że decyzje będą podejmowane większością głosów krajów Unii.

Na szczycie ustalono, że do zatwierdzenia wniosków Komisji Europejskiej o wstrzymanie funduszy trzeba by większości kwalifikowanej w Radzie UE (ministrowie krajów Unii), czyli 15 z 27 krajów UE obejmujących co najmniej 65 proc. ludności Unii. To byłoby – już mocno skrytykowane przez Parlament Europejski – osłabienie pierwotnego projektu, który zakładał niemal automatyczne wdrażanie wniosków o zawieszenie wypłat, bo do ich zablokowania trzeba by większości kwalifikowanej.

Komisja Europejska powinna w najbliższych tygodniach przedłożyć zmodyfikowany projekt w tej sprawie, który w głosowaniach większościowych powinna zatwierdzić Rada UE i Parlament Europejski. Już pod koniec sierpnia szefowie czterech frakcji obejmujących łącznie ok. 70 proc. europosłów przypomnieli we wspólnym piśmie do Angeli Merkel i Ursuli von der Leyen swe postulaty mocnego uwarunkowania praworządnościowego (w tym z pierwotnym systemem głosowania). I ostrzegli, że bez sfinalizowanego rozporządzenia w tej sprawie nie będzie zgody PE na budżet UE.

Węgierski szantaż

Szkopuł w tym, że ustalenia szczytu UE są zobowiązaniem politycznym 27 krajów Unii, ale nie mają wiążącej mocy prawnej. Decyzja co do – ustalonych na lipcowym szczycie – finansów z budżetu UE oraz Funduszu Odbudowy nadal wymaga sformalizowania przez jednomyślną zgodę ministrów w Radzie UE (oraz zgody europarlamentu), a także przegłosowania – w zakresie składek oraz gwarancji finansowych dla Funduszu Odbudowy – ratyfikacji przez wszystkie 27 krajów Unii, które w swej większości potrzebują do tego zgody swych parlamentów krajowych (tak jest m.in. w Polsce i na Węgrzech).

Niemiecka prezydencja już poinformowała na zamkniętym spotkaniu z negocjatorami Parlamentu Europejskiego, że Węgry zamierzają czekać zatwierdzeniem gwarancji dla Funduszu Odbudowy do czasu sfinalizowania rozporządzenia praworządnościowego. To oznacza, że Budapeszt chciałby wymusić rozwodnienie zasady „pieniądze za praworządność” szantażem, że brakiem swej ratyfikacji zablokuje Fundusz Odbudowy. Polska – jak wynika z naszych informacji – nie posłużyła się dotąd w Brukseli podobnym straszakiem.

– Nie można wykluczyć, że zostawiają Orbanowi tę brudną robotę. W każdym razie nie spodziewałbym się, by stanowisko Warszawy bardzo odbiegało od węgierskiego – tłumaczy jeden z naszych rozmówców w Brukseli.

W rezultacie w Unii szykuje się przeciąganie liny między Parlamentem Europejskim żądającym wzmocnienia zasady „pieniądze za praworządność” oraz Radą UE znów skazaną na poszukiwanie konsensusu między krajami Unii, czyli zapewne dążącą do osłabienia rozporządzenia m.in. przez ograniczenie go do naruszeń praworządności z bardzo bezpośrednim wpływem na zarządzanie pieniędzmi unijnymi. Kto wygra?

Europosłowie są na razie bardzo kategoryczni, ale im bliżej końca roku, tym bardziej będą czuć presję swych macierzystych rządów i wyborców czekających na wsparcie z Funduszu Odbudowy, którego start jest uzależniony m.in. od zgody polskiego Sejmu.

Polskie testowanie von der Leyen

Minister Roth podczas dyskusji w europarlamencie namawiał Komisję Europejską do korzystania z postępowań przeciwnaruszeniowych (ich finałem jest skarga do TSUE) w kontekście praworządności. Tyle, że rząd Mateusza Morawieckiego w czerwcu odrzucił zastrzeżenia Komisji Europejskiej co do „ustawy kagańcowej”, a jej prawnicy również już przed wakacjami stwierdzili, że Polska nie w pełni wykonuje decyzję TSUE co do zamrożenia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

– Wygląda na to, że Warszawa wciąż testuje von der Leyen. Dlatego we wrześniu należałoby dać jasny sygnał, że są granice – przekonywał nas już przed miesiącem wysoki urzędnik UE. Ale o ile wrześniowa decyzja o przejściu do II etapu postępowania przeciwnaruszeniowego w sprawie „ustawy kagańcowej” wydaje się teraz dość prawdopodobna, to znak zapytania wisi nad decyzją o wniosku do TSUE o nałożenie – zwiększającej się każdego dnia – kary finansowej za niekompletne zamrożenie Izby Dyscyplinarnej. Niewykluczone, że von der Leyen zdecyduje się na unik, czyli kolejne pismo do Warszawy z prośbą o wyjaśnienia co do SN.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na Facebooku! >>