Polacy na pograniczu: „Jesteśmy dyskryminowani” | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 07.02.2021
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

Polacy na pograniczu: „Jesteśmy dyskryminowani”

Polacy mieszkający przy granicy w Meklemburgii-Pomorzu Przednim czują się dyskryminowani i alarmują, że obostrzenia pandemiczne zagrażają ich egzystencji – mówi Deutsche Welle radna z Loeknitz Katarzyna Werth.

Jedna piąta mieszkańców trzytysięcznego Loecknitz to Polacy

Jedna piąta mieszkańców trzytysięcznego Loecknitz to Polacy

Trzytysięczne miasteczko Loecknitz w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, leżące 25 kilometrów od Szczecina, uchodziło w minionych latach za wzór integracji europejskiej i dobrego sąsiedztwa polsko-niemieckiego. Jedna piąta jego mieszkańców, około 600 osób, to Polacy, którzy przenieśli się na drugą stronę granicy po rozszerzeniu UE. Mówiono nawet o „cudzie z Loecknitz”, bo dzięki Polakom miasto nie wyludniało się, jak wiele innych miejscowości na wschodnich rubieżach Niemiec.

Jednak od kilku miesięcy wśród Polaków z Loecknitz i innych miejscach na pograniczu wrze. Zarzucają oni władzom niemieckiego landu dyskryminację. Głównym powodem są obostrzenia pandemiczne, które zobowiązują pracowników transgranicznych do wykonywania kosztownych testów na COVID-19 co cztery dni. O przyczynach tego wzburzenia mówi w rozmowie z Deutsche Welle radna z Loecknitz, pochodząca z Polski Katarzyna Werth.

Deutsche Welle: Nastroje wśród Polaków żyjących na niemieckim pograniczu w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie są ostatnio najlepsze. Czy pandemia zweryfikowała opowieści o „cudzie z Loecknitz”?

Katarzyna Werth: Byliśmy wzorem integracji, a teraz jesteśmy przykładem, którego nie należy naśladować. Zaczęło się już od tego, że w czerwcu ubiegłego roku Meklemburgia-Pomorze Przednie nie zniosła obostrzeń pandemicznych, wprowadzonych kilka miesięcy wcześniej. Mieszkańcy pogranicza nie mogli się swobodnie przemieszczać, bo utrzymano zakaz wjazdu dla turystów jednodniowych. Tymczasem w Brandenburgii czy Saksonii nie było z tym żadnego problemu. Oburzyło mnie to i pisałam w tej sprawie do pani premier Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Dopiero we wrześniu, gdy dzieci wróciły do szkół, land otworzył się na turystów jednodniowych. To pokazało, że jedna strona chyba nie bardzo rozumie drugą i jednak nie do końca wiemy, jak funkcjonujemy.

Druga fala pandemii jeszcze bardziej skomplikowała sytuację?

- Tak, bo 23 października 2020 r. weszły w życie nowe obostrzenia. Co siedem dni pracownicy transgraniczni, a także dorośli uczniowie, maturzyści, dojeżdżający do szkoły przez granicę musieli robić testy na koronawirusa. Przed świętami jeszcze bardziej zaciśnięto pasa. Test trzeba robić co cztery dni, na własny koszt.

Radna z gminy Loecknitz Katarzyna Werth

Radna z gminy Loecknitz Katarzyna Werth

Trochę nas posegregowano. Polakom mieszkającym tutaj, po stronie niemieckiej, a dojeżdżającym do Polski do pracy nikt nie finansuje  testów. Z kolei w przypadku polskich pracowników dojeżdżających do pracy w Niemczech najczęściej koszty testów pokrywają niemieccy pracodawcy. Dodatkowo, dla pracowników transgranicznych, ważnych dla niemieckiego systemu ochrony zdrowia czy krytycznych sektorów, władze landu przewidziały różne udogodnienia. Oferują im m.in. ryczałt w wysokości 65 euro dziennie (na koszty zakwaterowania i utrzymania, jeśli zdecydują się pozostać po niemieckiej stronie granicy na czas obowiązywania obostrzeń – red.).

Ile kosztują testy?

- W Pasewalku test PCR kosztuje 150 euro, a w Torgelow pracownicy transgraniczni płacą 60-70 euro. W Polsce cena testu molekularnego, także uznawanego w Niemczech, to 120-150 złotych.

Niedawno w Loecknitz odbył się „milczący protest” polskich mieszkańców i pracowników transgranicznych. Czy problem został w ogóle zauważony przez władze Meklemburgii?

- Ja akurat nie należałam do organizatorów tego protestu. Była to akcja innej grupy (Wolne Granice – red.). Z mojej strony od miesięcy kontaktowałam się z miejscowymi politykami. W styczniu rozmawiałam z ministrem spraw wewnętrznych landu. Alarmowałam, że wcześniej czy później problem się zaostrzy, bo jesteśmy nierówno traktowani jako obywatele UE i ingeruje się w nasze prawo do swobodnego przemieszczania się. To tak, jakby istniały dwie klasy społeczeństwa europejskiego. Można wręcz powiedzieć, że obecna sytuacja to przejaw jawnej dyskryminacji. Niektórzy mieszkający tu Polacy alarmują mnie, że przez te obostrzenia zagrożony jest ich byt i rozważają przeprowadzkę, choćby do Brandenburgii.

A czy może strona polska zaoferowała wsparcie? Przecież chodzi o polskich obywateli, pracowników polskich firm.

- Marszałek województwa zachodniopomorskiego występował do rządu Meklemburgii-Pomorza Przedniego o to, by stworzyć wspólne ciało zarządzania kryzysowego i przyjrzeć się tym tematom. To byłby pierwszy krok. Nie sądzę, by w obecnej sytuacji realne było to, by całkowicie znieść obowiązek testów dla pracowników transgranicznych. Pandemia jest i jeszcze potrwa. Moim zdaniem kompromisem byłoby sfinansowanie nam testów.

Są na to jakieś szanse?

- Rozmawiałam już z sekretarzem stanu ds. Pomorza Przedniego Patrickiem Dahlemannem, który prowadzi biuro metropolitalne Szczecina w Anklam. Pierwszy raz mam nadzieję, że może coś w naszej sprawie zrobić, ale on też musi szukać politycznego wsparcia dla naszych postulatów. Najpóźniej do połowy lutego powinniśmy mieć jakieś decyzje. Nie może pozostać tak, jak jest. Euroregion nie powstał z dnia na dzień. Powstawał latami. Umowy obowiązują, tak jak zasady Schengen i swoboda przepływu osób i usług.