Ocalały z katastrofy w Andach: „Byliśmy więźniami gór”
14 października 2022
To jest historia, na kanwie której powstają hollywoodzkie filmy, nic więc dziwnego, że ta tragedia została już kilkukrotnie pokazana na dużym ekranie. 13 października 1972 roku na zboczu góry w Andach, na wysokości 4000 metrów, rozbił się lecący do Chile samolot FAU 571 należący do Urugwajskich Sił Powietrznych (Fuerza Aérea Uruguaya, FAU). Na pokładzie znajdowali się członkowie lecącej na mecz towarzyski drużyny rugby, ich trenerzy i krewni. Wielu z 45 pasażerów przeżyło katastrofę. Jednym z nich był student medycyny i zawodnik rugby Roberto Canessa. Ale władze nie mogły znaleźć samolotu i po dziesięciu dniach wstrzymały poszukiwania. Ocaleni pozostali uwięzieni powyżej górnej granicy lasu, bez ciepłej odzieży i jedzenia. Żywili się mięsem z ciał zmarłych. 62 dni po wypadku Canessa postanowił ruszyć na poszukiwanie pomocy wraz z innym ocalałym. Przez dziesięć dni przemierzali górskie bezdroża, aż w końcu spotkali człowieka. W ten sposób udało się uratować 16 osób.
Dziś prawie 70-letni kardiolog Roberto Canessa wydał sześć lat temu książkę „Musiałem przeżyć”, w której opisał swoje przejścia. Pięćdziesiąt lat po katastrofie rozmawiał z DW o tych tygodniach, które wpłynęły na całe jego życie.
Deutsche Welle: Jak ten wypadek zmienił pańskie życie?
Roberto Canessa: – Bez wątpienia dostałem szansę na drugie. Myślałem, że zginę, bo z reguły się ginie w samolocie, który uderza w górę. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym się uratować, dlatego to motto „72 dni. Dopóki jest życie i nadzieja, może też być dzień jutrzejszy” stało się motorem napędowym mojego życia.
Jak to wtedy było być samemu w Andach?
– Byliśmy więźniami gór. Mieliśmy małe radio, które nam uprzytamniało, że świat wciąż istnieje. Słuchaliśmy chilijskiej stacji i słyszeliśmy, że ludzie cieszą się wiosną, podczas gdy my umieraliśmy, gdy wszystko wskazywało na to, że jesteśmy skazani na śmierć. To było bardzo trudne.
Skąd wzięliście radio?
– To był jeden z tych odbiorników na baterie, których się wtedy używało. Należał do jednej z dziewczyn. Staraliśmy się je sobie dozować. Wiedzieliśmy, że o siódmej rano jest dobry odbiór i wtedy usłyszeliśmy, że świat wie, że w Andach rozbił się samolot. Gdy zobaczyliśmy nad głowami przelatujący samolot, wiedzieliśmy, że nas szukają. Ale niestety nas nie spostrzegli. Przy takich metodach poszukiwań nie mieli szans, by nas znaleźć. Zdaliśmy sobie sprawę, że uratować siebie możemy tylko my sami.
Co pana trzymało przy życiu?
– Najgorsza była dla mnie ta wielka niepewność: być tak blisko, a zarazem tak daleko od śmierci. Bo kilka metrów ode mnie leżało wielu martwych przyjaciół, ale ja żyłem. Świat gdzieś w oddali wciąż istniał. W końcu zrozumieliśmy, że mamy szansę przeżyć, jeśli wystarczająco uparcie będziemy walczyć. Nie wolno nam było się poddać.
Pan walczył także z lawiną śnieżną....
– Tak, po 19 dniach zmarło jeszcze osiem osób, a ja zobaczyłem, że w życiu zawsze może być gorzej. Myślałem, że już nic gorszego nam się nie może przydarzyć, niż to, co się stało, a tego dnia zostaliśmy zasypani przez lawinę.
W pewnym momencie skończyło się jedzenie. Próbowaliście zaspokajać głód skórzanymi paskami i pić wodę kolońską. Ale zdaliście sobie sprawę, że to nie wystarczy. Postanowiliście więc sięgnąć po tych, którzy zmarli. Jak to jest, pogodzić się z taką sytuacją?
– To myśl, która narasta powoli i jest skutkiem głodu. Straszne jest sobie uświadomić, że nasi przyjaciele to tłuszcz i mięso. To jest coś w rodzaju procesu myślowego, podczas którego tracą swoją ważność podręczniki cywilizowanego życia i trzeba iść za zwierzęcym instynktem, zracjonalizować go i przyjąć za swój. Czułem wielkie upokorzenie i wiedziałem, że jest to wielkie naruszenie cywilizowanych zasad. Ale zaakceptowałem też fakt, że nie zrobiłem niczego, co miałbym za złe, gdyby zrobiono to ze mną w takiej sytuacji.
To był 62 dzień, kiedy zdecydował się pan ruszyć na poszukiwanie pomocy. Pokonał pan ponad 70 kilometrów w śniegu. Czy było coś, co skłoniło pana do podjęcia tego wyzwania?
– Kiedy zmarł kolejny przyjaciel, Nando Parrado powiedział mi, że w ciągu najbliższych dni prawdopodobnie umrą też inni, a on i ja będziemy tak osłabieni, że wkrótce nie będziemy w stanie nic zrobić. Postanowiliśmy więc ruszyć po pomoc. Droga była trudna. Tam gdzie myśleliśmy, że to już szczyt, znajdowała się kolejna, jeszcze wyższa góra. Ale przynajmniej wiedzieliśmy, że każdy krok zbliża nas do celu. W którymś momencie, gdy wreszcie udało się nam przejść poza ten górski łańcuch, zobaczyliśmy rzekę, rośliny, a nawet jaszczurkę. Gdy to zobaczyłem, wiedziałem już, że jestem uratowany, że nie umrę w śniegu jak moi przyjaciele. Ruszyliśmy dalej w drogę, aż w końcu spotkaliśmy poganiacza mułów Sergio Catalána.
Co pan wtedy poczuł?
– Powiedziałem sobie: „Udało nam się”. Od tej chwili świat już wiedział, że w górach są ocalali, że popełnili błąd, uznając nas za zmarłych. I co najważniejsze, że ratunek wreszcie dotrze do naszych przyjaciół.
Od tego wypadku minęło pół wieku. Czego nauczył pana ten czas?
– Że nie można siedzieć i po prostu czekać na helikoptery, lecz trzeba samemu iść i szukać, w razie potrzeby na piechotę. A tym, którzy przeżywają trudne chwile, chciałbym powiedzieć: Wiem, jak to jest, wspiąć się na szczyt i stracić odwagę. Ale nie róbcie tego. Uświadomcie sobie, co już osiągnęliście w życiu i że możecie osiągnąć znacznie więcej. Ludzie nie mają problemów. Mają trudności. Problem jest wtedy, gdy człowiek się dowiaduje, że zostały mu tylko trzy miesiące życia. Uderzenie w łańcuch górski jest problemem. Reszta to trudności, które nadają życiu smak.
Czy utrzymuje pan kontakt z innymi ocalałymi?
– Tak, jesteśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi. Jesteśmy wspólnotą nie tylko ocalałych, ale także i rodzin tych, którzy nie powrócili.
Żałuje pan czegoś?
– Oczywiście! Nie powinienem był wsiadać do tego samolotu.