Niemiecki historyk: „Putin nie ma Wschodniej Europie nic do zaoferowania” | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 05.04.2015
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Niemiecki historyk: „Putin nie ma Wschodniej Europie nic do zaoferowania”

Władimir Putin chce uczynić z Rosji kraj wewnętrznie spójny i robiący na zewnątrz wrażenie silnego. Jednocześnie postrzega były Związek Radziecki jako naturalne ramy imperialne, twierdzi Gerd Koenen*.[WYWIAD]

Historiker Gerd Koenen

Gerd Koenen

Deutsche Welle: Raz po raz słyszy się opinie, że prezydent Rosji usiłuje odtworzyć ZSRR. Równocześnie narasta w tym kraju zjawisko nowego rosyjskiego nacjonalizmu. Tymczasem Związek Radziecki był, co prawda, państwem wielonarodowościowym, ale wiernym zasadzie „Międzynarodówki Socjalistycznej”. Jak można to ze sobą pogodzić?

Gerd Koenen: Wcale nie chodzi o to, że Putin zamierza odtworzyć ZSSR . Nie wylał on łez ani z powodu utraconego socjalizmu, ani z powodu Socjalistycznej Międzynarodówki. Mówiąc, że „największą geopolityczną katastrofą XX wieku był rozpad ZSSR” miał na myśli osłabienie Rosji. A Związek Radziecki postrzegał raczej jako naturalne rozszerzenie terytorium, naturalną imperialną przestrzeń i ramy dla „tysiącletniej Rosji”. Chcąc powstrzymać jej rozpad ogłoszono w Chasawjurt w Dagestanie wstrzymanie działań wojennych z Czeczenami i w zamian obrano ponownie drogę „jednoczenia rosyjskiego terytorium” – to był centralny, jasno wytyczony program Putina, przedstawiony w jego prezydenckim wystąpieniu inauguracyjnym w 2005 roku.

Pisze Pan na temat kompilacji dwóch nowych rosyjskich systemów wartości (cara i Stalina). Odnosi się jednak wrażenie, że większość Rosjan w ogóle tej eklektyki nie dostrzega, a może ją po prostu ignoruje?

Wielu naturalnie ją zauważa i odczuwa na początku ulgę. Istnieje bowiem, w historycznej pamięci wielka potrzeba ponownego połączenia tego, co w realnej historii sowieckiej Rosji było radykalnie i absolutnie rozdzielane: Stalin i car, białogwardziści i czerwonogwardziści, oprawcy i ofiary, ateiści i popi, etc. Jest to nie tylko zrozumiałe, lecz z wiadomego powodu niezbędne i rozsądne. Sprawa ta staje się jednak fatalna w skutkach, jeśli państwowe urzędy, a dzisiaj w najgorszym wypadku sam Putin jako nauczyciel narodu, usiłują wszystko zrelatywizować. W tej sytuacji cała potworna, tragiczna historia Rosji XX wieku zamienia się w jakąś ojczyźnianą, kiczowato-bohaterską historię, zamiast konfrontacji z bezwzględnością tego wewnętrznego szarpania się, a przede wszystkim z badaniami nad ich przyczyną. Dopiero wtedy powstaje podłoże dla bezgranicznego schlebiania sobie, podczas gdy Rosja kroczy jakoby od zwycięstwa do zwycięstwa, otoczona przez świat wrogów, którym wciąż heroicznie stawia opór.

Wielu Rosjan odczuwa upokorzenie i jest przekonanych, że Zachód ich oszukał. Czy to nastawienie jest bez znaczenia?

Oczywiście, że nie, ale w gruncie rzeczy jest ono bezpodstawne, albo inaczej jest produktem rozkręconej maszyny rosyjskiej propagandy, która działa jednostronnie i w kulcie jednostki. Takie przekonania mają przede wszystkim charakter kompensacyjny. Ponieważ Rosji nie udało się, abstrahując od tłustych lat koniunktury na ropę i gaz, w ciągu ostatnich 15 lat ery Putina stanąć pewnie na własnych nogach, winę za to zrzuca się, jak zawsze, na złą wolę i nieżyczliwość wrogów z zewnątrz. A przecież Rosję przyjęto, jako równoprawnego partnera do wszystkich gremiów politycznych i gospodarczych świata (także zachodnich). Z grupy G7 powstała G8. Przed Putinem rozwinięto wiele czerwonych dywanów. Problem polega na tym, że jest on nadal nastawiony na zrównanie w polityce światowej z USA, na czym połamał już sobie zęby dawny Związek Radziecki, lepiej przecież ustawiony socjalnie i ekonomicznie. Można zrozumieć, że to, iż Europejczycy oraz Amerykanie są nadal zjednoczeni w Sojuszu Północnoatlantyckim, kiedy Układ Warszawski dawno się rozpadł, wywołuje u wielu Rosjan nerwowość. Jeśli jednak ktoś opowiada o przesuwaniu się NATO na Wschód, powinien spojrzeć na mapę, by dostrzec, że scenariusze rzekomego otaczania Rosji są czystym wymysłem. Jeśli Kreml rozpowszechnia teraz opinie, że we Wschodniej Ukrainie stoi się twarzą w twarz z oddziałami NATO, to jest to przykład na wyszydzanie oraz podjudzanie własnych obywateli.

A borykająca się z własnymi problemami Unia Europejska, która wciąż jakoś potrafi się z nimi uporać, tym bardziej nie stanowi dla Rosji zagrożenia.

Jeżeli rzeczywiście chodzi o przezwyciężenie, „największej geopolitycznej katastrofy XX wieku”, co można powiedzieć o państwach bałtyckich? Przecież odgrywały one w geopolitycznej strategii ZSSR bardzo ważną rolę, a dzisiaj są członkami NATO.

Obecna polityka rosyjskiego przywództwa jest kontynuacją fatalnej polityki zamykania się i globalnego podsycania napięcia, które doprowadziły w istocie do załamania się dawnego Związku Radzieckiego. Te odgrzane gierki geostrategiczne, w których małe bałtyckie republiki mają być czymś strategicznie ważnym dla Rosji lub jej przeciwników, zamiast przyznać, że są one małymi i potencjalnie przyjaznymi i otwartymi na świat krajami sąsiedzkimi, są przykładem kompletnego wykrzywienia perspektywy. Państewka te, zaanektowane przez Stalina w 1940 roku (w taki sam sposób, jak obecnie Krym), stały się po odzyskaniu niepodległości w 1991r. członkami NATO, ale nie było w nich ani baz NATO, ani nie stacjonowały tam jego oddziały. Dziś, w obliczu zagrożenia scenariuszem wojny hybrydowej w stylu tej z Donbasu, powstają w nich NATO-wskie instytucje, ale mają one czysto symboliczny charakter.

Z jakiego powodu jednak nad przynależnością do NATO zastanawiają się Finlandia oraz Szwecja? To pytanie daje do myślenia i Rosja musi sama sobie na nie odpowiedzieć. Dlaczego wzbudza ona wciąż w najbliższych sąsiadach zamiast przyjaźni i sympatii tyle obaw i nieufności, i to nawet u swych najbliższych sojuszników jak Białoruś czy Kazachstan? Zadając sobie to pytanie, trzeba na nie odpowiedzieć: albowiem to, co spotkało obecnie Ukrainę, może spotkać jutro również i te kraje.

A jak ocenia Pan zagrożenie państw byłego bloku wschodniego? Jakie możliwe oraz zapewne różne strategie mogliby doradcy Putina rozwinąć w przypadku Rumunii, Bułgarii, Polski lub innych krajów Południowo-Wschodniej i Wschodniej Europy?

Nie będąc wielkim ekspertem nie dostrzegam tu jednak żadnej wielkiej, w jakimś stopniu koherentnej strategii Kremla. Ponawia się raczej stale próby podkopania fundamentu i przyciągnięcia do siebie kilku grup interesów, partii oraz nostalgików lub frustratów. Nie wiem, co Rosja mogłaby tym państwom w wielkim stylu zaproponować. Na pewno można spróbować zwabić część elit politycznych, można zagrać na lutni starego ortodoksyjnego przymierza, jak usiłuje się to uczynić z Mołdawią, Bułgarią, Serbią lub Grecją. Jednak Rosja nie może uratować Grecji przed bankructwem i wciągnąć ją na dłużej w orbitę swoich wpływów.

Istnieją intensywne próby stworzenia czegoś na kształt siatki kontaktów składających się z dawnych lewicujących i nowych prawicowych ugrupowań, platform, mediów i temu podobnych oraz lansowania euroazjatyckiego projektu, jako przeciwwagi wobec transatlantyckich powiązań Europy. Jednak politycznie jest to destruktywne. Poza tym, biorąc pod uwagę euroazjatycką orientację Rosji oraz jej uwikłanie w wojnę ukraińską, już dzisiaj można by skonstatować: The winner is – China!

Alexander Andreew / opr. Alexandra Jarecka

*Gerd Koenen jest niemieckim publicystą i historykiem, zajmujący się głównie niemiecko-rosyjskimi stosunkami w XX wieku oraz historią komunizmu.