Niemiecka prasa: ″Saksonia nie jest rezerwatem neonazistów″ | Niemiecka prasa o Polsce i po polsku – komentarze i omówienia | DW | 29.08.2018
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Prasa

Niemiecka prasa: "Saksonia nie jest rezerwatem neonazistów"

Środowe (29.08.2018) wydania dzienników komentują zamieszki na ulicach Chemnitz.

Scena z demonstracji skrajnej prawicy w Chemnitz

Scena z demonstracji skrajnej prawicy w Chemnitz

Jak zauważa dziennik ekonomiczny "Handelsblatt": "Saksonia nie jest żadnym państwem upadłym, ani żadnym rezerwatem neonazistów. Ale wydaje się, że sympatie dla poglądów i postaw części jej obywateli przeniknęły także do aparatu władzy, a to nie wróży nic dobrego. Wrażenie, że w Saksonii dzieje się coś niedobrego, stało się tymczasem zagrożeniem dla jej przyszłości. Jak bowiem saksońskie firmy chcą wygrać wyścig w zabiegach o fachowców, w jaki sposób saksońskie miasta i gminy mogą zachować dla siebie najtęższe umysły? Nikt nie zechce przecież żyć tam, gdzie na ulicach wiedzie prym rozwrzeszczana tłuszcza. Niestety, przy pomocy apeli o zachowanie rozsądku i uwzględnienie własnych interesów gospodarczych, nie sposób dziś dotrzeć do części społeczeństwa tego landu. Ci ludzie czują się osamotnieni, ignorowani i zapomniani. To, co obecnie dzieje się w Saksonii, jest swoistym przeniesieniem sposobu myślenia prezydenta Trumpa na niemiecki grunt".

Podobnie widzi to "Muenchner Merkur": "Prześcigając się w wyrażaniu potępienia dla wydarzeń w Chemnitz nie da się obecnie wiele osiągnąć. Niemieccy politycy, nie po raz pierwszy zresztą, muszą zrozumieć, że skrajnej prawicy w coraz większym stopniu udaje się zaprząc do swego rydwanu część obywateli o postawie centrowej. Wśród nich żywa jest obawa przed przyszłością, ubóstwem na starość, problemymi z opieką pielęgnacyjną, globalizacją, bezrobociem i zalaniem kraju przez obcych. Obawy te łączą się z uczuciem, że niemieckie państwo prawa, zwłaszcza w polityce azylowej, utraciło kontrolę nad biegiem wydarzeń i nie jest w stanie skutecznie chronić swoich obywateli. Jeśli politycy chcą zapobiec dalszej radykalizacji części społeczeństwa, muszą przezwyciężyć powstały kryzys zaufania i rozwiązać narosłe problemy. Polityka azylowa jest tylko jednym z nich, ale to właśnie ona stała się najsilniejszą bronią w ręku skrajnej prawicy, a takie przypadki jak odwołane tymczasem wydalenie z Niemiec Samiego A. (b. ochroniarza Bin Ladena - red.) są wodą na jej młyn".

Myśl tę rozwija "Stuttgarter Zeitung": "Państwo prawa musi stawić czoło zaślepieniu, które dało o sobie znać na ulicach Chemnitz. Najwyższy czas, żeby minister spraw wewnętrznych zaoferował pomoc najwyraźniej przeciążonym pracą kolegom z Drezna. Na niemieckich ulicach awanturujący się i skandujący rasistowskie hasła motłoch nigdy już nie może odnieść wrażenia, że ma rację twierdząc, że to on jest narodem".

Podobnie uważa "Mannheimer Morgen": "Wydarzenia w Chemnitz ujawniły to, czego część społeczeństwa oczekuje od polityków. Nie chodzi jej o zawiłości polityki finansowej, jednolite postępowanie wobec ludzi w różnym wieku, ani sprawiedliwy podział dochodów i dobrobytu, tylko o tożsamość narodową, o poczucie, że żyjemy wśród swoich. To żądanie wysuwa się na czoło wśród wszystkich innych. Część ludności Saksonii czuje się zagrożona przez obecność wśród nich uchodźców i migrantów i jest gotowa dać posłuch neonazistom, ponieważ inni najwyraźniej nie okazują zrozumienia dla ich obaw. Jest to w najwyższym stopniu niepokojące".

Kropkę nad i stawia "Neue Ruhr/Neue Rhein Zeitung" z Essen: "Skrajna prawica na ulicach uważa się za oddział szturmowy uczuć i postaw szeregowych obywateli. Tak było już w latach 90., kiedy Hoyerswerda aspirowała do miana strefy wolnej od cudzoziemców, a w Rostocku-Lichtenhagen niemieckie państwo prawa skapitulowało przejściowo przed motłochem. (...) Ważna różnica pomiędzy tamtymi czasami i obecnymi polega na tym, że dziś w landtagach i w Bundestagu zasiadają przedstawiciele partii (AfD, red.), której przedstawiciele nie boją się eskalacji tego, co sami zainicjowali, tylko bagatelizują zaistniałą sytuację, a nawet przyłączają się do awanturującej tłuszczy". 

Redakcja poleca