Moje indywidualne pojednanie z Polską | Nieopowiedzian historie POLENHILFE | DW | 08.12.2011
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

30. rocznica stanu wojennego

Moje indywidualne pojednanie z Polską

Walter Matt jeździł z ponad 40 transportami z Marburga-Bauerbach do Polski. Jego żona pomagała mu w ich organizacji. "Koordynaty naszego życia przez 30 lat wyznaczała pomoc dla Polski", mówi Monika Matt.

Walter i Monika Matt z córką Stephanie

Walter i Monika Matt z córką Stephanie

Dla Matta, komisarza policji kryminalnej takie zaangażowanie było indywidualnym aktem zadośćuczynienia za to, co nazistowskie Niemcy uczyniły Polakom, ale również możliwością pokazania, „że były w tamtym czasie także inne Niemcy”. Za to zaangażowanie nadano mu honorowe obywatelstwo miasta Łodzi. Jednak jego zaangażowanie pociągało także wyrzeczenia w życiu rodzinnym. Walter Matt pomaga do dziś ludziom, którzy w Polsce potrzebują pomocy zaopatrując szpitale, domy opieki zdrowotnej w sprzęt rehabilitacyjny

Barbara Cöllen: Pani Moniko, dostała Pani wraz z mężem Medal Wdzięczności nadany przez Europejskie Centrum Solidarności. Co to oznacza dla Państwa?

Monika Matt: To jest wyraz uznania za te rzeczy, które robiliśmy dla Polski.

BC: Pani mąż do dziś pomaga ludziom w Polsce, dostarczając sprzęt rehabilitacyjny. Powiedziała Pani: „nasze życie jest od 30 lat kształtowane przez pomoc Polsce”. Jak żyje się z tym Państwu jako rodzinie?

MM: Trzeba z tym żyć. Mój mąż był ciągle w drodze. Cierpiały przez to dzieci i cała rodzina. Dla domu nie pozostawało wiele czasu. Ja sama musiałam pomagać, organizować transporty, ponieważ mąż chodził jeszcze do pracy. (...)

BC: Panie Walterze, co oznacza dla Pana Medal Wdzięczności Europejskiego Centrum Solidarności?

Walter Matt: Dla mnie oznacza on bardzo dużo, ponieważ, patrząc z perspektywy lat, Polacy uznali, że pomoc, której udzielaliśmy, także dla nich wiele znaczyła. A jeśli weźmiemy dziś pod uwagę rozwój historii oraz to, że Polska należy obecnie do Unii Europejskiej, można powiedzieć, mój Boże, jeszcze raz, że w tak krótkim czasie zmieniło się tak wiele w sposób wręcz rewolucyjny. Jestem ogromnie dumny z tego medalu.(...)

Walter Matt

Maszyna do szycia dla polskiej rodziny z Niemiec w ramach akcji patronatu rodziny nad rodziną

BC: Były różne powody, powodujące, że ludzie przed 30 laty tak intensywnie angażowali się w pomoc dla Polski. U Pana było to między innymi pojednanie z Polską?

WM: Tak. To był dla mnie powód najważniejszy. Wybuch wojny i utworzone przez naród, do którego należę, obozy koncentracyjne; to, że zginęło w tej wojnie 60 milionów ludzi, jest dla mnie tak niepojęte i niezrozumiałe, że musiałem się przed tym bronić. (...)

BC: Transporty organizował Pan do 1996 roku. Co Pan woził i komu Pan pomógł?

WM: Zorganizowaliśmy ponad 40 transportów. Do takich miasta, jak: Warszawa, Lubawa, Brodnica, Wrocław i przede wszystkim Łódź. Przywoziliśmy artykuły żywnościowe, przedmioty codziennego użytku, odzież, leki, pomoc dla klinik, a na koniec technikę komunikacyjną – aparaty telefoniczne, ponieważ w Niemczech łączność ewoluowała właśnie w kierunku digitalizacji i złomowaliśmy urządzenia, które doskonale działały. Wzięliśmy je do Polski i były one nawet instalowane przez naszych pracowników, przez fachowców z Telekomu.

BC: Są jeszcze te piękne zdjęcia z akcji: rodzina pomaga rodzinie.

Walter Matt

Pamiątkowe zdjęcie z transportu z pomocą dla Polski zrobione zimą 1983 r.

WM: To, co chciałem spowodować, to poruszenie wyobraźni. Rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa. Każdy, kto ma rodzinę, wie, jak trudno żyć, kiedy czasy nie są najlepsze. A kiedy się słyszy, że w polskich rodzinach panuje wielka bieda, wtedy właśnie inna rodzina zrozumie to najlepiej, gdy sobie powie: „Mój Boże, nam powodzi się względnie dobrze tu, w Niemczech Zachodnich, a więc powinniśmy coś zrobić dla polskich rodzin, które mają dzieci, żyją podobnie do nas, mają podobne problemy do naszych”. To powoduje utożsamianie się z losem innych. To było ważne dla mnie przy tej akcji: „Niemieccy rodzice pomagają polskim”.(...).

BC: Pani Moniko, do domu przychodziło wiele listów, podobnie jak i gości, a Pani mąż powracał z wieloma wrażeniami z Polski. Jaki obraz Polski powstał u Pani?

MM: Obraz taki miałam już przedtem, ponieważ wcześniej byliśmy już w Polsce. To były rzeczy dla mnie normalne. Był to rok, w którym co weekend mieliśmy polskich gości. I to był – muszę to powiedzieć – najgorszy rok. Wtedy powiedziałam sobie: „Nigdy więcej”. Siedziałam z małym dzieckiem na rękach, musiałam chodzić do pracy, a potem jeszcze opiekować się Polakami. To było dla mnie po prostu za dużo. W innej sytuacji nie miałoby to dla mnie znaczenia, ale to był rok, kiedy było tego po prostu za dużo.

BC: Czy jest jakaś historia z czasu tych 40 transportów do Polski, która szczególnie wryła się w Pańską pamięć, panie Walterze?

Walter Matt

Walter Matt organizował pomoc dla wielu wielodzietnych rodzin

WM: Jest wiele historii, które były do siebie podobne. Po pierwsze – tragedie w rodzinach, w których dzieci były chore, a nie było żadnych lekarstw i zaopatrzenie w jedzenie nie było odpowiednie, aby dziecko mogło wyzdrowieć. To przeżywałem bardzo często i wracałem do domu z bardzo mieszanymi uczuciami. My mogliśmy łatwo, powiedzmy, zapomnieć o problemie, bo odjeżdżaliśmy, ale te rodziny z nim pozostawały. Przeżycia ogólnie były ogromnie poruszające, ponieważ to nie było życie z konserwy. To było życie w czystej postaci i to codzienne, ponieważ trzeba było zajmować się rzeczami dnia codziennego. My w Niemczech nie musieliśmy się troszczyć o jedzenie, pracę i wszystkie te rzeczy; także opieka lekarska była w porządku – wszystko to w Polsce było bardzo trudne i każdego dnia trzeba było przeżywać to na nowo. Było również wiele wesołych przeżyć. W tym czasie dziwiliśmy się, że Polacy zachowali poczucie humoru – przy tych wszystkich tragediach, które nam jawiły się jak największe nieszczęście. To, co rzuciło mi się szczególnie w oczy, to ubrane szykownie kobiety. Na zewnątrz było często szaro i brudno, ale ludzie stanowili kolorowe plamy – starali się dobrze wyglądać, czesali się starannie, ubierali się starannie, starali się utrzymywać dobry nastrój. To było super. Przy naszych spotkaniach nie mówiono jedynie o złych czasach; było wiele zabawnych anegdot, chociaż wiedzieliśmy wszyscy, że są one związane z tragediami.

BC: Był Pan komisarzem policji kryminalnej i jednocześnie przemytnikiem dla Polski. Był Pan również proszony przez dziennikarza z Frankfurtu, Floriana Schwinna, o przemyt radia w częściach i wielu innych rzeczy dla Radia „Solidarność”.

MW: To było dla mnie oczywiste, również jako komisarza policji. Z pewnością jest etyka, moralność, i zawsze pojawia się pytanie: Po co? Czy cel uświęca środki? Komunistyczny, wrogi ludziom system nie ma statusu państwa prawa, w którym jestem związany pewnymi regułami. Wspieranie podziemia w Polsce uważałem za etycznie i moralnie usprawiedliwione, ponieważ dążyło ono do właściwego porządku gospodarczego i chciało dać narodowi nowy porządek społeczny. To było dążeniem „Solidarności” – wolne, otwarte społeczeństwo.

BC: Czy bał się Pan przemycając?

WM: Byłem pod wpływem stresu, ale próbowałem – być może też profesjonalnie, bo to mój zawód – ten stres wypierać. Z drugiej strony mówiłem: kiedy coś przygotowujecie, nie chcę wiedzieć gdzie; nie chcę wiedzieć, w jakich zakamarkach i strefach samochodu; nie chciałem wiedzieć, w jakich paczkach i co to jest. (...) to były elektroniczne podzespoły, ukryte w konserwie warzywnej. Polacy budowali swoje nadajniki także sami. To przecież potrafili. A ja wtedy po raz pierwszy zobaczyłem na zdjęciu w gazecie, jak te urządzenia wyglądały.

MATT-Spotkanie-polskich-dzieci-z-czarownikiem-z-Niemiec.jpg

Walter Matt przywoził z Niemiec małym pacjentom w klinice dziecięcej lekarstwa, sprzęt medyczny, ale i czarodzieja

BC: Jaka była cena, którą zapłacił Pan za zaangażowanie dla Polski? Bo istnieje wiele wyrzeczeń w tych 30 latach Pańskiego życia, które, jak powiedziała Pana żona, kręciło się wokół pomocy dla Polski.

WM: Powiedziałem kiedyś „Przeglądowi Tygodniowemu”, że jestem egoistą. Wtedy jego redaktor popatrzył na mnie i zapytał, dlaczego tak mówię, przecież robię tak dużo. Odpowiedziałem: „To, co robię, dostarcza mi tylu emocji, tak potężnych, że w gruncie rzeczy rekompensuje wszystkie moje wysiłki”. (...) Polska jest ogromnie ważną częścią mojego życia. Ale wszystko ma swoją cenę. Ceną jest, powiedziała to już moja żona, że rodzina jest ze sobą zbyt krótko, że więzi rodzinne z córkami nie są takie silne, jak jest wtedy, gdy ojciec codziennie jest w domu, gdy ma dla nich czas w weekend, gdy spędza z nimi urlop i robi wspólnie z nimi wiele innych rzeczy – ten czas był w przeważającej mierze przewidziany na te 40 transportów. A więc wszystko w życiu ma swą cenę. Czy jest ona za wysoka? Mam nadzieję, że nie. Miałem wtedy dobre przeczucie, że moja rodzina poradzi sobie beze mnie, bo moja żona jest silna,. A ja myślałem: „Mój Boże, oni nie potrzebują cię tak bardzo (śmiech) jak Polacy!”

rozmawiała Barbara Cöllen

red. odp. Agnieszka Rycicka

Reklama