Merkel i Turcja. ″Wyścig prowokacji″ | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 14.03.2017
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Merkel i Turcja. "Wyścig prowokacji"

"Jawnie niedorzeczne", tak rząd w Berlinie ocenił werbalne ataki prezydenta Turcji na Niemcy i samą kanclerz Merkel. Także partnerzy Niemiec z UE są zdania, że Turcja za wiele sobie pozwala.

Bildkombo Angela Merkel Recep Tayyip Erdogan (picture-alliance/dpa/Sagolj/Zivulovic/Kombo)

Drogi kanclerz Merkel (po prawej) i prezydenta Erdogana rozchodzą się coraz bardziej

- Kanclerz Merkel nie zamierza uczestniczyć w wyścigu prowokacji. Nie przyłączy się do niego - oświadczył rzecznik rządu w Berlinie Steffen Seibert.

Była to reakcja na najnowsze tyrady i ataki prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana w sporze wokół prowadzenia przez tureckich ministrów kampanii politycznej w Niemczech przed kwietniowym referendum konstytucyjnym w Turcji. Przekonują oni turecką społeczność w RFN, żeby głosowała za wprowadzeniem w ich rodzinnym kraju systemu prezydenckiego. Spór o prowadzoną przez nich agitację wciąż się zaostrza, a strona niemiecka jest coraz silniej atakowana.

Spór się zaognia

Ostatnio, w wywiadzie dla prorządowej stacji telewizyjnej "A Haber", prezydent Erdogan zarzucił kanclerz Merkel, że wspiera zakazaną w Turcji jako organizacja terrorystyczna Partię Pracujących Kurdystanu (PKK). "Szanowna Merkel, popierasz terrorystów", stwierdził dosłownie Erdogan. Turecki prezydent zadał także dwa pytania: "Dlaczego ukrywa Pani terrorystów w swoim kraju?" i "Dlaczego nie podejmuje Pani żadnych działań przeciwko nim?".

W pierwszych dniach marca Erdogan oskarżył władze niemieckie o "wspieranie terroryzmu" w Turcji. Wysunął ten zarzut w związku z aresztowaniem tureckiego korespondenta dziennika "Die Welt" Deniza Yücela.  Erdogan zarzucił mu szpiegostwo na rzecz Niemiec i określił go mianem "przedstawiciela PKK". Yücel ma podwójne obywatelstwo: tureckie i niemieckie, a w Turcji jest traktowany jako obywatel turecki, co oznacza, że w najgorszym przypadku może być przetrzymywany do pięciu lat w areszcie śledczym, w którym teraz przebywa.

W związku z zaognieniem się stosunków niemiecko-tureckich niemiecki MSZ zalecił obywatelom RFN udającym się do Turcji, żeby trzymali się z dala od wieców i wszystkich większych zgromadzeń publicznych związanych z referendum konstytucyjnym w połowie kwietnia.

To sprawa całej UE

Z podobnymi problemami borykają się także partnerzy Niemiec w Europie z Holandią na czele, która nie zezwoliła tureckiemu ministrowi spraw zagranicznych i minister ds. rodziny i polityki społecznej do wzięcia udziału w wiecu w Rotterdamie z udziałem zamieszkałych w Holandii Turków.

Niederlande Demonstrationen für Erdogan in Rotterdam (Reuters/Y. Herman)

Turcy demonstrują w Rotterdamie...

Zdaniem kanclerza Austrii Christiana Kerna spór Niemiec i Holandii z Turcją jest sprawą całej Unii Europejskiej. W wywiadzie dla "Welt am Sonntag" Kern stwierdził, że "Celowe byłoby wprowadzenie wspólnej metody postępowania, obejmującej całą UE, żeby uniemożliwić takie występy tureckich polityków". Są one nowym zjawiskiem politycznym, a że Turcja jest dużym i silnym państwem liczącym 80 mln mieszkańców, wydaje się oczywiste, że UE musi zająć wobec niej jednolite stanowisko. W przeciwnym razie niektóre kraje, na przykład Niemcy, mogą stać się przedmiotem nacisków ze strony Turcji.

Türkei Demonstration vor der niederländischen Konsulat in Istanbul (picture alliance/AA/A. Coskun)

...i w Stambule przeciwko rządowi Holandii

W tym samym duchu wypowiedział się w wywiadzie dla dziennika "Die Welt" wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.  Alexander Graf Lambsdorff: "Unia Europejska powinna uzgodnić wspólną linię postępowania i zabronić tureckim ministrom prowadzenia kampanii wyborczej w jej państwach członkowskich".

Wsparł go przewodniczący partii Zielonych Cem Özdemir, który zaapelował o prowadzenie skoordynowanej polityki europejskiej w tej sprawie, żeby, jak się wyraził, "dyktator z Ankary nie mógł nas rozgrywać przeciwko sobie".

DW, afp, dpa / Andrzej Pawlak