Magiczna ćwiartka | Felieton | DW | 31.05.2013
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Felieton

Magiczna ćwiartka

Borussia Dortmund uległa Bayernowi Monachium 1:2 i nie wygrała Ligi Mistrzów w sezonie 2012/13. Ale ileż sprawiła wszystkim radości! W tym również naszemu felietoniście...

ARCHIV - Polens Torschütze Robert Lewandowski (M) jubelt mit seinen Mitspielern Jakub Blaszczykowski (r) und Lukasz Piszczek am 17.11.2010 über seinen Treffer zum 1:0 während eines Freundschaftsspiels Polen gegen Elfenbeinbküste in Posen, Polen. Polens Nationaltrainer Smuda setzt auf Legionäre - vor allem aus Deutschland. Nur fünf der für das Länderspiel gegen Portugal (29. Februar) nominierten Profis spielen in heimischen Clubs. Stars der Mannschaft sind die Dortmunder Robert Lewandowski, Jakub Blaszczykowski und Lukasz Piszczek. Foto: Adam Ciereszko (zu dpa-Themenpaket vom 23.02.2012) +++(c) dpa - Bildfunk+++

Magiczna ćwiartka

Bycie fanem futbolu w pierwszym rzędzie w Niemczech i Hiszpanii, ale też we Włoszech, Francji, Anglii, Holandii, Portugalii (o Argentynie czy Brazylii już nie wspominając) to w zasadzie czysta, niezakłócona przyjemność. Reprezentacja narodowa w światowej czołówce, liga krajowa na doskonałym poziomie, kluby w ramach międzynarodowych rozgrywek zawsze wysoko, nierzadko zaś najwyżej. Owszem, zdarzają się porażki, ba, sromotne klęski, lecz mają one zazwyczaj charakter epizodyczny. Za chwilę (jeśli trwa ona parę lat, jakież ma to znaczenie w perspektywie historycznej) znów przychodzi sukces, znów następuje efektowne zwycięstwo w wykonaniu któregoś z klubów bądź reprezentacji. I wszystko powraca do optymistycznej normy.

Czy muszę zatem mówić, czym jest bycie kibicem piłkarskim w Polsce? Chyba nie muszę. Wiadomo, o co chodzi. Ale powiem, żeby sobie odrobinę ulżyć. To zajęcie nieskończenie frustrujące, bolesne, jak się z przeszywającą dreszczem trafnością wyraził Jerzy Pilch - absolutnie zarazem wyniszczające. Klęska goni klęskę, porażka porażkę, kompromitacja kompromitację. I dotyczy to niestety tzw. całokształtu: zarówno klubów, jak i reprezentacyjnej jedenastki. Apogeum tej katastrofalnej permanencji, tego nieustającego pasma niepowodzeń miało miejsce - jak wciąż zapewne pamiętamy - niemal dokładnie przed rokiem, na Euro: ostatnie miejsce biało-czerwonych w najsłabszej grupie, czyli bezdyskusyjnie ostatnie w całym turnieju! Gdy się było na dodatek jego współgospodarzem! Niesłychane! A kluby? Tu jeszcze gorzej, o wiele gorzej. Od prawie dwóch dekad żaden nie zdołał awansować do Ligi Mistrzów, czego dokonać potrafiły, niechby i sporadycznie, np. zespoły z Czech, Węgier, Słowacji, a nawet z Białorusi. W głowie się nie mieści!

Co robi polski kibic po kolejnej przygnębiającej klapie? Jeszcze zaśpiewać spróbuje łamiącym się głosem: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało...“; jeszcze słowem grubym rzuci albo czynem brzydkim się wykaże, na czym ucierpi nieco infrastruktura. Rychło jednak „gaśnie“, markotnieje, zapada się w sobie. I tak do kolejnego meczu-katastrofy. Bo polskiej piłki nożnej praktycznie nie ma. Formalnie niby istnieje: jakiś jej żałosny cień, jakieś widmo-straszydło. Ale piłki nie ma. Ona odeszła w chwale, tanecznym krokiem z tego świata w 1982 r. ubiegłego stulecia (trzecie miejsce na hiszpańskim Mundialu) i od tej pory spoczywa (czy już nieodwołalnie, na wieki wieków? - oto jest pytanie) w ciemnym, wilgotnym grobie. Dlatego rację miał Krzysztof Materna, gdy takim oto, zainspirowanym niewątpliwie przez klasyka, Jana Kochanowskiego, gorzkim żegnał ją trenem (kochana korekto, niczego - proszę - nie poprawiaj: występuje tu mianowicie specyficzna, rozpaczliwa forma wołacza):

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu mojem,

polsko piłko nożno, tem zniknieniem swojem.

Jednak zdarzył się wreszcie cud! A na imię mu oczywiście Borussia Dortmund. Tak, wiem: Błaszczykowski, Lewandowski i Piszczek to tylko, z grubsza licząc, jedna czwarta drużyny. Ale za to jaka! Prawdziwie magiczna. Magiczna polska ćwiartka w niemieckim arcydziele (druga to, ma się rozumieć, Ludwig Kaźmierczak, dziadek Angeli Merkel; za jego to bowiem sprawą najbardziej jakby nie było wpływowa kobieta planety okazała się być w jednej czwartej Polką). Dzięki niej - tzn. Borussii, nie Angeli - my, polscy kibice, przez trzy przynajmniej ostanie lata przeżywaliśmy piękny sen na jawie. Przepiękny, wytęskniony sen o sukcesie. A ponieważ najwyraźniej zdaje się on dobiegać końca („Lewy“ idzie rzekomo do Bayernu, a Piszczek na operację kontuzjowanego biodra), tym serdeczniej dziękujemy wam, panowie! Dziękujemy ci, niesamowity trenerze Klopp! Dziękujemy ci, cudowna Borussio!

Piotr Piaszczyński

red.odp.: Małgorzata Matzke