Macedońska wieś przemytników ludzi czeka na klientów | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 10.02.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Macedońska wieś przemytników ludzi czeka na klientów

Przemytnicy na trasie bałkańskiej przeżywają renesans. Jak funkcjonuje sieć przemytników ludzi, ich pomocników i skorumpowanych policjantów, pokazuje wieś Lojane w Macedonii, gdzie była reporterka DW Nemanja Rujević.

Żaden szyld nie zapowiada wsi Lojane. Wątpliwości, czy to na pewno ta wieś, rozwiewają albańskie flagi powiewające na niemal każdej latarni. Czarne, dwugłowe orły na czerwonym tle – wyblakłe i poszarpane wiatrem – prowadzą do miejsca, które mieszkańcy nazywają pewnie centrum. Na skrzyżowaniu dwóch wyasfaltowanych ulic ulokował się sklep i dwie zadymione kafejki. Nad wszystkim góruje minaret miejscowego meczetu. Panującą we wsi ciszę przerywa tylko pianie koguta.

- Tu i tak nie ma co robić – skarży się dobrze zbudowany mężczyzna. Znudzony zabija czas z kolegami przed kafejką. Właśnie dlatego, że we wsi nic się nie dzieje – tłumaczy – Lojane, położone tuż przy macedońsko-serbskiej granicy, zasłynęło w Europie jako „wieś przemytników ludzi”. Imigranci, którzy nielegalnie chcą przedostać się do Zachodniej Europy, zwożeni są do niej na noc, po czym wysyłani dalej, na Zachód. Nocleg kosztuje 10 euro, połowę tego miejsce do spania w stodole. – Zobacz, wcale nie wygląda u nas tak, jak piszą media. Jest teraz tylko kilku Marokańczyków i to wszystko – mówi mężczyzna. – Noclegi oferują tylko ci, którzy inaczej nie mieliby czego włożyć do garnka. Z powodu suszy ostatnie żniwa były mizerne – dodaje.

„Hallo, wie geht's?“

Wieś jest biedna, zapomniana przez władze w Skopie. Widać to po skromnych budynkach i rozjeżdżonych, błotnistych drogach, przejezdnych właściwie tylko dla traktorów. W Lojane mieszkają tylko Albańczycy, podobnie jak po drugiej stronie granicy, w pobliskich serbskich wsiach. Tu i tam widać wprawdzie BMW i Audi, na wzgórzach kilkupiętrowe, kiczowate wille, ale na miejscu nikt na nie nie zarobił. Pieniądze pochodzą ze Szwajcarii, z Austrii albo Niemiec. Jak na całych Bałkanach, kto pracuje za granicą, inwestuje w dom. Około 40 procent trzytysięcznego Lojane pracuje za granicą.

– Też mój brat, który pracuje w Szwajcarii – mówi sołtys wsi Selami Memeti. Może dlatego na telefony odpowiada po niemiecku: „Hallo, wie geht's?”. Ale na tym kończy się jego znajomość niemieckiego i wraca do albańskiego. – Zapewniam cię, my na Bałkanach jesteśmy mądrzejsi niż ci na Zachodzie. Ale oni są lepiej zorganizowani i lubią pracować. My lubimy machlojki – przyznaje. A „ci tam“ w Skopie okradają naród, dlatego ludzie tu i w okolicy są tacy biedni. Dziesiątki siedziały albo siedzą w więzieniu, bo mieli u siebie imigrantów albo przemycali ich przez zieloną granicę. – Rozumiem, że coś takiego powinno być karalne. Ale tutaj aresztowani są prości ludzie a zorganizowana przestępczość kwitnie dalej – uważa Memeti.

Serbien Das Dorf der Schlepper

Sołtys Selami Memeti

Prawdziwi bossowie band przemytniczych nie są Albańczykami, tylko pochodzą z tych samych krajów, co imigranci i uchodźcy. Obserwację Memetiego potwierdzają uchodźcy i ich pomocnicy na grecko-macedońskiej granicy. Trasy przemytnicze, jak się mówi, prowadzą od Salonik po Skandynawię. Fale uchodźców obserwuje się też w Lojane. Zaczęło się to wszystko, kiedy w drogę wyruszyli z domów pierwsi Afgańczycy a apogeum wieś przeżyła kilka miesięcy temu, kiedy Serbia jeszcze oficjalnie kontrolowała granice i trasa bałkańska nie była jeszcze tak wydeptana, jak dzisiaj. - Mieliśmy u nas ponad tysiąc imigrantów – mówi Memeti. Chodzili po wsi i przesiadywali po kafejkach. – Miejscowi nigdy nie mieli z nimi problemu. Ale w swoim gronie imigranci się zwalczają, konflikty wybuchają zwłaszcza z przemytnikami, którzy ich oszukują. Wówczas pojawiają się też noże, bywają ciężko ranni – opowiada sołtys.

Trasa „kruchych demokracji“

Władze Macedonii manifestują bezradność i zazwyczaj zostawiają w spokoju i przemytników ludzi, i „nielegalnych“, jeżeli zdołali przedostać się w głąb kraju. – Co ludzie są jak duchy, jak niewidzialni. Władze wiedzą co prawda, że oni egzystują, ale nie chcą przyznać się do tego oficjalnie – napisał niedawno wysokonakładowy, macedoński dziennik „Večer”.

Griechenland Das Motel Hara

Jeden z przystanków na trasie uchodźców i imigrantów

Także wysokiej rangi urzędnik państwowy potwierdza, że wiodący w kraju politycy i wysoko postawieni funkcjonariusze policji korzystają na przemytniczym interesie. – Obławy we wsiach takich jak Lojane zdarzają się rzadko i są przeprowadzane zazwyczaj po doniesieniach w zachodnich mediach. Wtedy władze, ze względu na UE, robią tak, jakby poważnie zwalczały przemytnicze bandy – mówi w rozmowie z Deutsche Welle urzędnik, który chce jednak zachować anonimowość. Jest tajemnicą poliszynela, że miejscowi pomocnicy przemytników dostają pieniądze przelewem, ale nikt nie kiwa palcem, by skończyć ten proceder. To samo dzieje się w Grecji albo w Serbii, trasy przemytnicze w ogóle są możliwe tylko dzięki tym „krajom o kruchej demokracji”.

Ten brudny interes przeżywa właśnie swój renesans. Od listopada ubiegłego roku do Macedonii i pozostałych krajów leżących na trasie bałkańskiej, wpuszczani są jeszcze tylko Syryjczycy, Irakijczycy i Afgańczycy, wszyscy inni uważani są za imigrantów ekonomicznych. Przybyszom na przykład z państw Maghrebu czy z Pakistanu pozostają dwie możliwości: albo już w Atenach zaopatrzyć się w sfałszowane dokumenty, albo próbować przedostać się przez zieloną granicę, na własną rękę lub z pomocą przemytników. Jak potwierdzają pomocnicy przemytników, ci werbują klientów w obozach dla uchodźców albo na stacjach benzynowych. Przemytniczy interes nakręcają też legendy krążące wśród imigrantów. Już w Grecji słyszą o szczególnej brutalności macedońskiej policji, która rzekomo nie cofa się nawet przed strzelaniem do ludzi, jeżeli przyłapie ich na próbie przedostania się do kraju polami i lasami.

Miejsce spotkań

– Policjanci są właściwie w porządku. Jeżeli nas zauważą, mówią tylko: Stop police, no problem. I wyrzucają nas z Macedonii – opowiada młody Algierczyk. Jest w drodze z większą grupą swoich rodaków i leży właśnie na tarasie motelu „Hara”. Wieści o greckich motelach leżących zaledwie kilkaset metrów od granicy z Macedonią, szybko rozeszły się wśród imigrantów z północy Afryki. Można tanio przenocować i raz po raz próbować szczęścia, licząc na nieuwagę macedońskich pograniczników. – Nas złapali już trzy razy – mówi Algierczyk. Przemytnicy wielokrotnie oferowali mu już pomoc, za 800 euro obiecują bezproblemowy przejazd przez Macedonię. Ale młody Algierczyk chce jeszcze kilka razy spróbować na własną rękę, dopiero, jeżeli mu się nie uda, skorzysta może z oferty jakiegoś przemytnika.

Strach o dziewczęta

Głos muezina wzywającego do modlitwy niesie się nad Lojane. W kafejce nikt się jednak nie rusza, religia nie jest traktowana poważnie. Sołtys Selami Memeti zapala kolejnego papierosa i rzuca na stół pustą paczkę. Po pożółkłych wąsach widać, że jest nałogowym palaczem. – Imigranci zostają tu dzień, tydzień, czasami dłużej, ale w końcu każdemu się udaje przedostać dalej. Policjanci chętnie biorą łapówki. U nas i w Serbii to normalne – mówi sołtys.

Memeti słyszał też o podarowanym przez Węgrów drucie kolczastym, który macedońscy policjanci pilnie wznoszą teraz na granicy z Grecją. Najpierw ogrodzone mają zostać „odcinki krytyczne”, jak się oficjalnie mówi. Sołtys obawia się jednak, że Macedonia może spełnić wskazówki z Brukseli i kompletnie się odgrodzi zatrzymując potok nielegalnie przekraczających granice. Wówczas będzie ich jeszcze więcej. – To zrobi się u nas pełno – konstatuje. Mieszkańcy Lojane będą musieli zorganizować jeszcze więcej materaców. Memetiego perspektywa ta jednak nie cieszy. – Bóg wie, jak długo ci ludzie się nie myli i czy nie wloką z sobą jakiś chorób. Poza tym boimy się o nasze dziewczęta – dodaje. Oczywiście czytał o sylwestrowej nocy w Kolonii.

Nemanja Rujević / Elżbieta Stasik