Litwa i Kaliningrad – bliscy i dalecy sąsiedzi | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 25.05.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

Litwa i Kaliningrad – bliscy i dalecy sąsiedzi

Rosjanie i Litwini próbują na nowo odkrywać swoją historię i lokalną tożsamość. Jednak od wejścia Litwy do UE mieszkańcy pogranicza po obu stronach mają ze sobą mało kontaktu. Barierą są wizy i wzajemne uprzedzenia.

Widok na Kaliningrad z litewskiego brzegu

Widok na Kaliningrad z litewskiego brzegu

- Mamy tam na Litwie krewnych, ale widujemy się rzadko. Po co zresztą się spotykać? Mamy zupełnie różne mentalności – mówi około 40-letnia mieszkanka Sowiecka, czyli dawnej Tylży na granicy Kaliningradu i Litwy.

Podobnego zdania jest idący brzegiem Niemna starszy mężczyzna: - Po co tam jeździć? Litwini przecież nie lubią nas, Rosjan. Wszystko przez komunizm, przez Związek Radziecki. Dla nich wciąż jesteśmy okupantami – mówi i podkreśla, że „Rosjanin nie czuje się tam zbyt dobrze”.

Litauen Blick auf Kaliningrad über die Memel (DW/M. Sieradzka)

Niemen

Litwa – kraj tranzytowy

Na przejściu granicznym Sowieck-Poniemuń można spotkać przede wszystkim rosyjskich biznesmenów. Borys chwali w rozmowie z DW litewskie autostrady i tamtejszą kuchnię. Mówi, że na Litwie można znacznie lepiej zjeść niż w Rosji, gdzie wskutek sankcji nakładanych przez UE często brakuje w sklepach dobrych europejskich towarów.

Poza tym z lotniska w Kownie, zaledwie 150 kilometrów od granicy z Kaliningradem, samoloty latają do Norwegii, Wielkiej Brytanii czy Izraela. – Dobrze jest mieszkać w pobliżu granicy. Dwa kroki i już jesteś w Europie – mówi 40-latek. Choć Litwy jako takiej prawie nie zauważa, to dla niego „kraj tranzytowy”.

A Litwa zaczyna się tuż za Niemnem, którego brzegi spina ponad 100-letni most im. Królowej Luizy. Na granicy ruch jest nieduży, w kolejce czeka zazwyczaj zaledwie kilka samochodów, a kontrola pieszego turysty trwa parę minut. Ruch mógłby być większy, gdyby nie wizy wymagane przez oba kraje.

Drogie wizy i strach przed czołgami

- Chętnie pojechałabym na rosyjską stronę, ale wiza kosztuje prawie 100 euro, nie stać mnie – skarży się litewska sprzedawczyni na bazarze w Taurogach, 30 kilometrów od granicy. Jolanta handluje rosyjskimi lekami i preparatami ziołowymi przywożonymi z Rosji, gdzie są dużo tańsze. Żałuje, że granica otwarta była zaledwie przez krótki czas, podczas prezydentury Borysa Jelcyna. Jej zdaniem ludziom po obu stronach przydałby się choćby tzw. „mały ruch graniczny” czyli ułatwienia wizowe dla mieszkańców pogranicza.

- Nienawidzę Rosjan – mówi Gintautas Petrauskas, właściciel hotelu w przygranicznych Pojegach. Zaraz się poprawia: - Nie, nie mogę powiedzieć, że nienawidzę Rosjan jako ludzi, to za mocne słowo. Mam na myśli nie ludzi, ale tę ich imperialną mentalność. Służyłem w radzieckiej armii, znam to bardzo dobrze. Nie chciałbym tu mieć rosyjskich żołnierzy i czołgów. Gintautas cieszy się, że jego kraj jest w NATO, bo „kraju NATO Rosja nie odważy się zaatakować”.

Ilona Meiere kieruje Centrum Turystyki

Ilona Meiere kieruje Centrum Turystyki

Odkłamywanie historii

Ilona Meiere z Centrum Informacji Turystycznej w Pojegach stara się trzymać język za zębami, gdy rozmawia z rosyjskimi turystami. – W telewizji słyszy się tyle wrogich tonów Moskwy wobec sąsiadów, że czasem mam dylemat, gdy stoję przed rosyjską grupą: zachować się jak patriotka i powiedzieć coś krytycznego czy lepiej milczeć? – zastanawia się Ilona.

Jej pasją jest historia, a konkretnie odkrywanie białych plam, o których w czasach sowieckich milczano. – W szkole prawie nie mówiło się o tym, że ten region kiedyś był częścią Prus albo że Niemcy musieli stąd po wojnie uciekać – mówi. Wraz z grupą lokalnych aktywistów wywalczyła nadanie miejscowemu gimnazjum imienia pochodzącego stąd niemieckiego pisarza Johannesa Bobrowskiego.

30 kilometrów dalej, pod Taurogami, jest kolejne miejsce przypominające o niemieckich śladach. To pomnik przyjętej w 1812 r. tzw. „konwencji tauroskiej”, która wstrzymywała ówczesne walki między wojskami Rosji i Prus. Dawny pomnik zburzono zaraz po wojnie, a 7 lat temu, w 200-setną rocznicę konwencji, grupa lokalnych biznesmenów postawiła nowy. Kto zna lokalną historię, ten dużo łatwiej zidentyfikuje się ze swoim regionem – taka myśl przyświecała miejscowym przedsiębiorcom.

Pomnik upamiętniający „konwencję tauroską”,

Pomnik upamiętniający „konwencję tauroską”,

Bolesny problem: emigracja zarobkowa

Szczególnie dziś na Litwie to ważne, by przywiązywać ludzi do miejsca zamieszkania – tak uważa tauroski przedsiębiorca i były burmistrz Taurogów Sigitas Miciulis. Wraz z obecnym burmistrzem Dovydasem Kaminskasem prowadzą program „Globalne Taurogi”, którego celem jest ściąganie z powrotem do ojczyzny tych, którzy opuścili Litwę w poszukiwaniu lepszego zarobku.

– W czasie kryzysu 2008 roku wielu ludzi straciło pracę i to zrozumiałe, że wielu wyjechało za granicę, chcąc jak najlepiej dla swoich rodzin. Ale teraz nasza gospodarka już dobrze funkcjonuje i ci ludzie powinni wracać – mówi Kaminskas. Jego poprzednik Miciulis ubolewa, że z ponad 3 mln mieszkańców Litwy zostało już tylko niespełna 3 miliony, ale ma nadzieję, że nawet jeśli nie wrócą ci, co wyjechali, to może przynajmniej ich dzieci.

Reporterka DW w rozmowie z Dovydasem Kaminskasem

Reporterka DW w rozmowie z Dovydasem Kaminskasem

UE jako codzienność

– Moskwa by chciała unicestwienia Litwy, ale my do tego nie dopuścimy – mówi z lekkim przymrużeniem oka. Podkreśla, że pracy tu nie brakuje. Za unijne pieniądze wyrósł pokaźny „Tauroski Park Przemysłowy”, gdzie zarobki są na poziomie 1300 Euro, czyli nieco powyżej średniej krajowej. 20 kilometrów dalej na zachód rozwija się park wiatrowy.

Korzyści z unijnego członkostwa to naturalny temat kampanii przed wyborami europejskimi, choć na pograniczu tej kampanii zbytnio nie widać. Nikt nie świętuje też 15. rocznicy wejścia Litwy do UE, Unia stała się najwyraźniej czymś oczywistym, wręcz powszednim. Dla Miciulisa wejście do UE „to najlepsze, co się Litwie przydarzyło w nowożytnej historii”.

Wspólne cele, mało kontaktów

Podobne cele i marzenia ma po drugiej stronie Niemna rosyjski aktywista Rif Mukitow. Także on chciałby zatrzymać w swoim mieście Sowiecku jak najwięcej młodych ludzi. I chciałby, aby jego krajanie czuli się tu dobrze. – U nas nie brakuje ludzi z pieniędzmi, a mimo to miasto podupada. Ja się tu urodziłem i mnie to boli. Ludzie, którzy dochodzą do władzy, zapominają o swoich korzeniach – mówi w rozmowie z DW.

Litauen Kaliningrad Sigitas Miciulis (DW/M. Sieradzka)

Sigitas Miciulis

60-latek działa w ramach inicjatywy obywatelskiej, której celem jest odnowienie starego nabrzeża i spichlerzy. Budynki na nabrzeżu w pobliżu mostu im. Królowej Luizy są w większości nieużywane, okna zabito deskami lub zamurowano. Aktywiści tacy jak Mukitow żądają od władz miasta konkretnych planów rewitalizacji. – Pieniędzy nie brakuje, ale brakuje świadomości. Ludzie wychowani w Związku Radzieckim nie wiedzą, co to jest ojczyzna, to jest problem – mówi Mukitow.

O tożsamości, odkłamywaniu historii i lokalnym patriotyzmie chętnie porozmawiałby z Litwinami zza Niemna, którym bliskie są te same tematy. Jednak reżim wizowy po obu stronach granicy i wzajemne uprzedzenia nie ułatwiają kontaktów między Litwinami a Rosjanami. 

Redakcja poleca

Reklama