Komentarz: Trump albo Clinton – sami przegrani | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 07.11.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Komentarz: Trump albo Clinton – sami przegrani

USA były w ostatnich miesiącach świadkami batalii wyborczej, w której na końcu są tylko przegrani. Odpowiedzialność za to ponosi polityczny establishment, a nie Donald Trump - twierdzi Ines Pohl.

Cały świat z napięciem czeka na wtorek, kiedy Amerykanie wybiorą nowego prezydenta. Wciąż jeszcze jest możliwe, że rzeczywiście Donald Trump z małżonką Melanią i innymi członkami swojej rodzinnej firmy wprowadzi się do Białego Domu. Już na samą tę myśl cierpnie skóra. Jak mogło do tego w ogóle dojść? Co się dzieje z Amerykanami, że byliby w stanie na ten wciąż jeszcze najwyższy polityczny urząd w państwie wybrać człowieka bez żadnego politycznego doświadczenia?

Ciężka scheda po Obamie

Zadania, które prezydent Obama pozostawia swojej następczyni czy następcy, są ogromne – i to zarówno na polu polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej. Reforma systemu opieki zdrowotnej jest niedokończona, system oświaty i infrastruktura w ogromnej części USA są w katastrofalnym stanie. Syria jest tylko jednym z przykładów, jak niebezpieczna jest próżnia władzy, powstająca, kiedy wycofuje się światowy policjant USA i nikt - oprócz Rosji - nie jest gotów zająć tego pustego miejsca. I Stany Zjednoczone nie otrzymują od Europy militarnego wsparcia, na którym Obama budował swoją nową strategię powściągliwości.

Wciąż jeszcze jest bardziej prawdopodobne, że koniec końców wygra Hillary Clinton. Jej przewaga jest minimalna, ale jednak jest, i dzięki osobliwej ordynacji wyborczej ma ona przewagę przez pewne głosy swoich elektorów.

Lecz niezależnie od wyniku wyborów, już teraz można stwierdzić, że na końcu tego żałosnego spektaklu będą tylko przegrani. W ubiegłych miesiącach Stany Zjednoczone stały się krajem, na którym piętno wycisnęli propagatorzy teorii spiskowych i demagodzy. Ma to wiele wspólnego z osobą Donalda Trumpa, miliardera, który nie ma pojęcia o polityce. Ma on jednak zdolności krasomówcze, które pozwalają mu przekształcić troski ludzi w nienawiść, strach przed degradacją w ksenofobię, a niepewność w sny o potędze. A przy tym sam kreuje się wciąż na jedynego zbawiciela. Jest to klasyczny przepis na sukces demagogów.

DW Mitarbeiterin Ines Pohl (DW)

Ines Pohl: Na końcu tego żałosnego spektaklu będą tylko przegrani

Biznesmen myślący tylko o własnych korzyściach

Właśnie z tego powodu na całym świecie wielu ludzi dokonuje projekcji swojej frustracji i zwątpienia z powodu sytuacji Stanów Zjednoczonych na Donalda Trumpa. Przez niego kraj ten jawi się jako niemożliwy do sprawowania tam rządów. Ale to nieprawda, a przynajmniej nieprawda w sensie politycznym, bo Trump jak do tej pory nie wyglądał na polityka, który by się z definicji angażował na rzecz dobra ogółu, i którego można by obarczyć winą, jeżeli by tego nie robił. Trump jest biznesmenem i dlatego interesuje go tylko i wyłącznie własna korzyść. W ten sposób dorobił się swojego imperium. Także w ten sposób udało mu się dostać nominację na republikańskiego kandydata na prezydenta. I być może w ten sam sposób uda mu się nawet wprowadzić do Białego Domu.

Brutalny system dwuklasowy

Czy więc to sami Amerykanie są temu winni, bo tak łatwo pozwalają się uwieść i są za głupi, żeby dostrzec rzeczywiste interesy Donalda Trumpa?

Nie, tak nie jest. Kto w ostatnich miesiącach jeździł po Stanach Zjednoczonych z otwartymi oczami i uszami, ten mógł wysłuchać opinii wielu ludzi popierających Trumpa, którzy jak najbardziej mieli rację. Kto wyjedzie z amerykańskich megacities, ten natrafi na wiele biedy w tym kraju nieograniczonych możliwości. Spotka tu ludzi, którzy żyją w ruderach w dzielnicach biedy. Starych i chorych, którzy nie wiedzą, jak przeżyją następny dzień. Dzieci, które od przyjścia na świat nie mają szansy w tym brutalnym, dwuklasowym systemie. Ale to jeszcze nie wszystko.

Publikacja poczty ze złamanych w ostatnich tygodniach kont mailowych pokazuje dokładnie, dzięki czemu outsider Donald Trump tak potrafił przekonać do siebie ludzi. Ukazuje ona, jak skorumpowana jest Partia Demokratyczna i jak uwikłani są w to Clintonowie, którym przy pomocy całej swojej władzy udało się udaremnić kandydaturę człowieka, który byłby szansą rzeczywistej, demokratycznej odnowy.

Oderwani od ziemi

W tym decydującym o losach USA roku mści się arogancja politycznego establishmentu. Republikanie tak podobają się sobie w swojej polityce blokady, że jest im po prostu obojętne, czy podjęte zostaną konieczne decyzje czy nie. Od dawna oderwani od ziemi, przez długi czas w ogóle nie brali na serio Donalda Trumpa i wreszcie musieli nominować kandydata, który być może spowoduje rozłam partii. Nawet jeśli Donald Trump koniec końców przegra, w jednej chwili nie znikną miliony ludzi, którzy go popierali. Będą oni torpedować każdą próbę zawarcia politycznie sensownych kompromisów z rządem Clinton – poza partią, ale także wewnątrz gremiów politycznych. A na horyzoncie nie ma żadnego innego republikańskiego przywódcy, dość silnego, by skanalizować rozczarowanie i wściekłość ludzi. Jest zupełnie otwartą kwestią, jak republikanie chcą utrzymać swoją polityczną zdolność do działania.

Nie inaczej Hillary Clinton, która w przypadku zwycięstwa, pomimo całego politycznego talentu i całego doświadczenia, nie będzie miała wiele możliwości kształtowania polityki. Także z tego względu, że wbrew wcześniejszym opiniom i nadziejom, w obu izbach parlamentu nie uda się demokratom uzyskać większości, które pozwoliłyby im rzeczywiście rządzić. Wszystko to składa się na katastrofę – i dla Amerykanów, i dla całej reszty świata, w którym potrzebna jest dobrze funkcjonująca Ameryka.

Ines Pohl / tł. Małgorzata Matzke



 

 

Reklama