Komentarz: osobliwa wojna z samochodem | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 25.10.2018
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Polityka

Komentarz: osobliwa wojna z samochodem

Zakazy wjazdu dla diesli, coraz ostrzejsze dopuszczalne wartości emisji spalin. Histeryczna dyskusja nt. diesla ma szanse rozwalić kluczowy, niemiecki przemysł. Czy Niemcy naprawdę tego chcą? Nie - uważa Henrik Böhme.

Czy straż pożarna przyjedzie w najbliżej przyszłości tramwajem? Bo jej napędzanym dieslem pojazdom nie wolno wjeżdżać do miast? Czy może chcemy stosunków takich, jak swego czasu w NRD? Tam o tym, jak ma się poruszać lud, zadecydowało biuro polityczne. Komunistyczny współobywatel nie potrzebuje indywidualnej mobilności – autobusy i pociągi muszą wystarczyć. Tak przyhamowano bogaty w tradycję przemysł motoryzacyjny w Zwickau i Eisenach.

Do tego może dojść dzisiaj w Republice Zakazów, Niemczech. Przeciwnicy indywidualnej komunikacji mobilizują się. Ich wrogiem jest samochód. Histeryczna dyskusja o pyle drobnym jest nie do przebicia. Sto tysięcy śmiertelnych ofiar diesla! Zasmrodzone śródmieścia! Auto masowym mordercą! Kampania nie mija się z celem. Sądy jeden po drugim wydają wyroki zakazujące ruchu pojazdów, bo przekraczają dopuszczalne wartości emisji spalin. Bruksela tymczasem ustała ciągle nowe, coraz niższe limity. Przynajmniej dla samochodów. Ale to dopiero początek.

Rzecz z tym pyłem

Toczona w Niemczech dyskusja kompletnie oderwała się od rzeczywistości. Nikt już nie pyta, czy stacje pomiaru powietrza umieszczone są w ogóle na właściwej wysokości i czy mierzą we właściwym miejscu. W każdym mieście ustawione są inaczej. Raz na pasie zieleni, raz na ścianie budynku, raz są wystawione na słońce, innym razem nie. Zbija to z tropu nawet kanclerz, która bywała już – do wyboru: raz klimatyczną kanclerz, raz motoryzacyjną, a teraz nabiera ludzi, tak jak producenci samochodów. Zapowiada, że przepisy zostaną tak zmienione, że nie będą potrzebne zakazy wjazdu. A dzień później oznajmia, że nie majstruje się przecież przy normach emisji, bo to w końcu sprawa UE.

Henrik Boehme z redakcji ekonomicznej DW jest zapalonym rowerzystą

Henrik Boehme z redakcji ekonomicznej DW jest zapalonym rowerzystą

To – mówiąc delikatnie – nieporozumienie pokazuje aż nadto, że w sumie nikt już nie wie, dokąd ma prowadzić ta podróż. Żyjemy wprawdzie w epoce post-faktów, ale być może wniesie nieco światła parę faktów. Z tym na przykład pyłem – niewłaściwą materią na niewłaściwym miejscu – sprawa ma się tak: codziennie spada go na ziemię od 5 do 300 ton. Wzbijają go wiatr i słońce, przez co pomiary robią się tak cholernie skomplikowane. Teraz w grę wchodzą samochody. Emisja pyłu drobnego w ruchu drogowym tylko w niewielkim stopniu pochodzi z rur wydechowych. W 85 procentach powodem jest ścieranie się opon i hamulców. (Dlatego: także rowery wytwarzają pył drobny).

I samochody (także z powodu ostrzejszych norm emisji spalin, słusznie) wypluwają w powietrze coraz mniej odgazów. Powietrze w miastach jeszcze nigdy nie było tak czyste, jak dzisiaj! Czy usprawiedliwia to prowadzenie dalej niepohamowanej kampanii przeciwko samochodom – lepiej: przeciwko indywidualnej mobilności? Bo z jednego musimy sobie zdać sprawę: zakaz wjazdu diesli to dopiero początek. Zostanie pokonany diesel, przyjdzie kolej na silniki spalinowe. A potem na palaczy i to definitywnie. Kiedyś tam będzie czas na właścicieli kominków. Taki piec opalany drewnem – przeważnie można go znaleźć w szykownych mieszkaniach pokolenia dobrobytu – produkuje mnóstwo pyłu drobnego, zwłaszcza, jeżeli spalane jest niewłaściwe drewno. I co zrobimy, kiedy następny raz powieje nam w oczy piach z Sahary przygnany wiatrami przez Morze Śródziemne? Drobnopyłowy alarm do dziesiątej potęgi! Ekolodzy z Deutsche Umwelthilfe postawią na granicy kraju tablice z zakazem wjazdu? Pył z Sahary zabroniony?

„Czyste” rozwiązanie

Ale o co tu chodzi: od dawna mamy rozwiązanie problemu – samochód elektryczny! Cichy, czysty, ekologiczny. Tylko co prawda dla lepiej zarabiających, ale nieważne. Głupio tylko, że te elektryczne cuda natury mają taki skromny bilans ekologiczny. Weźmy najnowsze, przedstawione właśnie przez koncern Daimlera auto elektryczne EQC. Pierwszy, całkowicie elektryczny model Mercedesa, do kupienia za przystępną cenę 70 tys. euro (wersja podstawowa) od początku przyszłego roku. Pakiet akumulatorów waży bajeczne 650 kg. Głupio tylko, że podczas produkcji każdego z ich monstrualnych ogniw powstaje 12 do 16 ton CO2. Plus te okrągłe siedem ton CO2 wytwarzanych przy produkcji każdego samochodu. Kierowca każdego pojazdu napędzanego paliwem kopalnianym może się śmiać do rozpuku: z takim bilansem emisji spalin swobodnie przejedzie 200 tys. km!

Żeby postawić sprawę jasno: swoimi gierkami koncerny motoryzacyjne same wpędziły się w położenie, w którym znalazły się dzisiaj. Tak z pupilków polityki robią się chłopcy do bicia. Ale: jeżeli nie chodzi już tylko o samochód, tylko o to, co kolejnego można zabronić, zaczyna chodzić o istotę rzeczy. O wolność każdego indywiduum. O jedną z podstawowych zasad demokratycznego porządku. Powinien sobie z tego zdawać sprawę każdy, kto uważa, że zakazy jazdy są dobrym pomysłem.

 

Redakcja poleca