Kilka słuf o ortografii | Felieton | DW | 22.03.2013
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Felieton

Kilka słuf o ortografii

Ortografia, nie tylko polska, to prawdziwy gąszcz pułapek. Problemy mają z nią więc nie tylko zwykli śmiertelnicy, lecz również osoby ze świecznika, np. politycy...

Blick in die neue Ausgabe des Duden, aufgenommen am Freitag, 9. August 1996. In der Auflage des Standardwoerterbuches sind die Aenderungen durch die Rechtschreibreform rot markiert. In einer muendlichen Verhandlung wird am Dienstag, 12.Mai 1998, vor dem Bundesverfassungsgericht geklaert, ob die Kultusminister der Laender eine neue Rechtschreibung per Erlass einfuehren duerfen. (AP Photo/Bernd Thissen)

Notowałem pilnie na karteczce, ponieważ zawsze o czymś niezmiernie istotnym zapominam, listę drobiazgów do kupienia na dzisiaj. Znajdował się na niej m.in. płyn do płukania (prania), a ja zupełnie nie miałem pojęcia, jak to „płukanie“ zapisać: przez „u“ czy może przez „ó“? Wybrałem to pierwsze, co na szczęście okazało się poprawne, ale chyba bardziej intuicyjnie niż świadomie. Zdaję sobie sprawę, że przyznanie się do tego rodzaju dylematów to okropny wstyd; jak mawia teraz młodzież: pełen obciach i żenada. Cóż jednak poradzić: dramatyczne problemy z ortografią miewają nie tylko zwykli śmiertelnicy, lecz nawet magistrowie filologii polskiej, w poczet których (niewykluczone, iż mocno na wyrost) się zaliczam. Mało tego: rzecz dotyczy - jak się swego czasu spektakularnie okazało i na co rzuciły się ochoczo spragnione prominenckich wpadek media - również znanego powszechnie polityka.

Własna daleko (stanowczo zbyt daleko!) posunięta na owym polu niedoskonałość powstrzymuje mnie zatem przed jakąkolwiek krytyką czy złośliwością pod adresem Bronisława Komorowskiego. Tym bardziej, iż pamiętnego wpisu do księgi kondolencyjnej w ambasadzie Japonii dokonywać musiał w stanie silnego wzruszenia, spowodowanego przez tragiczne trzęsienie ziemi i falę tsunami, jakie dotknęły wówczas ten kraj. Raczej mu więc współczuję, bo znam ten ból („bul“ w wersji prezydenckiej). Z drugiej wszakże strony, w wymiarze ogólnym, trudno nad tym zdarzeniem ot tak, lekkim krokiem przejść do porządku dziennego, spychając je w sferę anegdoty. Każdemu uczniowi szkoły podstawowej wbijano przecież do głowy, że gdy „ó“ wymienia się na „o“, to „ó“ mamy pewne jak w banku. Ból, bo boli, i sprawa jasna. Niestety nie dla wszystkich. Co się natomiast tyczy „nadzieji“, to ten akurat błąd byłbym skłonny wybaczyć. Nie każdy bowiem wie, iż rzeczowniki z końcówką w mianowniku -yja, -eja, -ea, zapisujemy w celowniku i miejscowniku z końcówką -yi bądź -ei. Szyja-szyi, nadzieja-nadziei, idea-idei, etc. Widocznie przyszły prezydent nie uważał na lekcjach polskiego, a już szczególnie - czemu zresztą się nie dziwię, bo to są potworne nudy - gdy omawiana była ortografia...

Kiedy już o „bulu i nadzieji“ stało się głośno, prezydenckie środowisko nie omieszkało oczywiście skwapliwie wytknąć podobnej klęski poniesionej w bojach z ojczystą ortografią swemu przeciwnikowi politycznemu nr 1, czyli prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tenże mianowicie, wpisując się do książki gości w jakiejś restauracji, uprzejmie podziękował za „smaczny obiat“. Prezes, dopytywany w tej sprawie przez dociekliwych dziennikarzy, zareagował dowcipną i zarazem dyplomatyczną sentencją, że politykom wszelkich opcji potrzebne są regularne dyktanda. Po raz pierwszy (i oby nie ostatni) w całej rozciągłości musiałem zgodzić się z prezesem.

Pomny własnych porażek i kompromitacji nie zająłbym się w ogóle rzeczoną kwestią, gdyby nie lektura pewnej znanej książki. A konkretnie „Samuela Zborowskiego“ Jarosława Marka Rymkiewicza. Autor - znakomity poeta (namaszczany od niejakiego czasu na nowego narodowego wieszcza), wybitny prozaik i eseista, któremu wszystko co z Polską i polskością związane ani na moment nie schodzi z ust. Wydawca - renomowana warszawska oficyna Sic! I co? I oto czytam, oczom nie wierząc, na str. 282 w rozdziale pt. „Synowie Beliala“, o terenach między Rygą a Połockiem, które król Stefan Batory zamierzał „spolonizować lub shungaryzować“ „Shungaryzować“? Toć w tej formie gramatycznej przed spółgłoskami dźwięcznymi, a za taką do niedawna przynajmniej uchodziło "h", piszemy dźwięczne "z". „S“ jedynie przed bezdźwięcznymi. „Spolonizować“ jest więc poprawne, zaś „shungaryzować“ to ortograficzny byk! Powinno być „zhungaryzować“. „Schamieć“, ale „zharmonizować“. Taki autor, taki wydawca („Redakcja i korekta: Zespół“), taki temat i taki błąd!?

Ku pokrzepieniu: kłopoty z rodzimą ortografią nie stanowią specjalności wyłącznie polskich polityków. W USA za kadencji Busha seniora wyiceprezydentem był niejaki Dan Quayle, cel szyderstw liberalnych mediów. Razu pewnego, w obecności telewizyjnych kamer, wizytował był szkołę i w którymś momencie postanowił napisać kredą na tablicy wyraz „potato“ (ziemniak). I - jakżeby inaczej - zrobił w nim ortograficzny błąd, co się natychmiast (wszystkie telewizje to pokazały) lotem błyskawicy rozniosło po szerokim świecie.

Kulawa ortografia polityków - problem najwyraźniej o zasięgu globalnym...

Piotr Piaszczyński

red.odp.: Małgorzata Matzke