FELIETON z lotu PTAKa: Gdzie jest moja Polska? | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 03.11.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

FELIETON z lotu PTAKa: Gdzie jest moja Polska?

W podręcznikach mamy historię opowiedzianą z perspektywy szlachty polskiej, w mediach codzienność widzianą oczyma warszawskiej inteligencji. Dlaczego nikt nie jest ciekawy tego, jak żyje większość mieszkańców kraju?

Kobiety czyszczące zakopcowane ziemniaki

Takie obrazy znają tylko ludzie, którym bliskie było życie na wsi

Mam osiemnaście lat i kupuję pierwszy numer "Gazety Wyborczej" w kiosku Ruchu na rynku w małym miasteczku. Rozumiem, że upada stare i przychodzi nowe i to nowe będzie lepsze. Mój nauczyciel wiedzy o społeczeństwie, sekretarz miejscowej PZPR, który zimą opowiada nam o partii jako przewodniej sile narodu, z dnia na dzień zostaje organistą w kościele. Budzi to we mnie szczery śmiech. Organistą? Jak to, jeszcze wczoraj nie wszedł do kościoła nawet na mszę pogrzebową własnej matki, a teraz siedzi w pierwszej ławce i księdza proboszcza ma za kolegę? Takich wolt będzie mnóstwo. Ci, którzy siedzieli na zebraniach gminnych w tak zwanych organach władzy, teraz siedzą pierwsi w kościelnych ławach i przepraszają za dziesięciolecia służenia socjalistycznej ojczyźnie. „- Oni nie robili tego z przekonania, ale wie pani, jakie jest życie. - Wie pani, o dzieciach muszę myśleć, im przyszłość zagwarantować. - Człowiek widzi, że trzeba brać sprawy w swoje ręce, za chlebem trzeba iść. - Ten pan, co jeść daje". Przemeblowanie w polskim domu zajęło mało czasu, był to po 1945 roku przecież dom tymczasowy. Żarliwa wiara w ideologie w Polsce się zawsze słabo przyjmuje. Gdy ma się osiemnaście lat, takie rzeczy budzą niesmak. Wtedy postanawia się wyjechać i odciąć od tej ciemnoty, która rękę każdego pana i plebana całować nawykła. Wtedy ma się przekonanie, że w środowisku miejskim jest inaczej. Zapomnieć, wyrzucić z pamięci. I wypracować sobie nową tożsamość, to jest najważniejsze

Autorka felietonu Urszula Ptak

Autorka felietonu Urszula Ptak

.

czas przełomu

Polska roku 1990 na prowincji była brutalna. Inflacja na poziomie powyżej pięciuset procent i panika prawdziwych lęków egzystencjalnych, by starczyło na rachunki i na jedzenie. Z perspektywy Warszawy to wybuch wolności. Powstawanie nowych spółek, mnóstwo ofert pracy dla tych, którzy znają języki i mają jako takie pojęcie o gospodarce, to dostęp do stypendiów i szanse rozwojowe na niebywałą skalę. Zmieniające się władze, nowe media, debaty o wejściu do NATO i Unii Europejskiej. Awans cywilizacyjny, pierwszy tak duży od czasów Jagiellonów. A ja tymczasem studiuję na uniwersytecie i nie mam często na obiad. Nigdy w tym czasie nie myślę, że państwo powinno się mną jakoś zaopiekować, w ogóle mi to do głowy nie przychodzi. Jestem wdzięczna, że mogę studiować na państwowym uniwersytecie. To jedno jest pewne, gdyby nie było takich uczelni, nigdy nie miałabym szansy na zdobycie jakiegokolwiek wykształcenia. Ludzie z prowincji mają, jak wiadomo, mniejsze aspiracje, nie startują w konkursach, a często nawet nie wiedzą, że są jakieś programy pomocowe. Około roku 1994 wpadłam jednak na pomysł, że przy moich zainteresowaniach naukowych przydałby mi się wyjazd do Izraela. Przeczytałam, że jest taki program dla polskich studentów. Na moim wydziale powiedziano mi, że jest jedno miejsce na cały uniwersytet. W rektoracie  pani nie umiała mi znaleźć odpowiednich formularzy, tak długo szukała, aż minął termin składania podań. Dostaję też miejsce na studiach doktoranckich, ale nie dostaję stypendium. Po dwóch latach stwierdzam, że nauka polska może się beze mnie obyć, bo ja muszę zarobić na wynajmowane mieszkanie.

pochodzenie jako kategoria wstydu

Dopiero niedawno przyszło mi na myśl, że tej mojej Polski nigdzie nie ma. Nie ma bohaterów literackich, idących ze wsi do miasta, takich, gdzie nie ich „wrodzony prymitywny alkoholizm marki jabol" opowiada historię przemian gospodarczych, ale takich, którzy przebili kilka klas społecznych i żyją życiem, o jakim nawet nie marzyli, że będzie ich udziałem. To nie jest temat, to się nie sprzeda, bo co to za historia - słyszę. Ten, który wyśmiewa takie pytania, pod skórą czuje bat karbowego na plecach swojego pradziadka. Ten, który doszedł tam, gdzie chciał dojść, czuje, że nie wypada opowiadać o swoich chłopskich przodkach, rodzicach z małych miasteczek z kiepsko płatną pracą, że to jego nowe towarzystwo jakoś urazi, znudzi, że zapachnie jakąś nieprzyjemną „perfumą". Po co komu opowiadać o wiązaniu snopków zboża, odurzającym zapachu świeżego siana? To nie są tematy do rozmowy. Tematem są myśli Lacana, polityka kolonialna czy postkolonialna mocarstw zachodnich, prześladowania czarnoskórych lub rodowitych mieszkańców Kanady i USA i jak mało o tym mówimy, a jak bardzo determinuje to naszą europejską tożsamość, psychoanalityczne aspekty niewolnictwa i zrozumienie ich wpływu na przestępczość w Stanach i jej odbicie w literaturze. Nasi rodzimi niewolnicy nie istnieją. Także ich potomkowie chcą, by ich przodkowie zniknęli, rozpłynęli się w niebycie.

wyparta historia rodzinna

Pańszczyznę znieśli nam zaborcy pod koniec XIX wieku. Moja prababcia urodziła się w rodzinie, która była własnością pana dziedzica, raczej na pewno nie umiała pisać ani czytać. Ta kobieta zmarła, kiedy ja byłam malutka, historia bliska, ale nieobecna. Z jedynego zdjęcia zrobionego w czasie emigracji moich pradziadków za chlebem do Ameryki, patrzą na mnie polscy chłopi. W domu mojej ciotki nie było podłogi, a moi kuzyni jeszcze piętnaście lat temu nie mieli podłączonej łazienki. Mieli kupioną umywalkę, toaletę i wannę, ale nie mieli wody. Sprzęty stały jak dekoracja na wystawie sklepowej. Nie ma tej Polski nigdzie, nikt nie opowiada losów społeczeństwa, które w 90 procentach pochodzi z pańszczyźnianego chłopstwa. Nie chcemy wiedzieć nic o sobie. Nie chcemy czytać takich książek ani oglądać takich filmów. Łapiemy się jednego przodka co był kolejarzem albo aptekarzem albo choć zegarmistrzem z duszą i warsztatem. To ten przodek mówi o tym, skąd jesteśmy, a nie setka rodzinnej biedoty z jedną parą butów od święta.

dzisiejsze kompleksy 

Nie ma także i dlatego, że my sami dokonaliśmy amputacji tej części swojego życia. Na profilach facebookowych wielu chwali się swoim szlacheckim pochodzeniem lub chociaż pochodzeniem mieszczańskim z dziada pradziada, warszawskim to już szczególne, tak jakby w Warszawie nie było nędzy dwie generacje temu. Absolwenci stołecznych, renomowanych liceów Batorego tudzież innej Żmichowskiej, mama w kapeluszu, ojciec w garniturze na niedzielnym spacerze w Łazienkach. Na prowincji mama z trwałą ondulacją w bluzce kupionej na targu, z babcią w fartuchu z poliestru nie nadają się do postowania. To dziesiątki artykułów o "słoikach", jak nazwa się tych, co przyjechali dopiero co do Warszawy, pisanych pewnie często przez tych, co do stolicy dotarli jedną generację temu. Obcy, ze wsi, w naszym wspaniałym świecie zasługują tylko na kpinę albo reportaż z zapijaczonej popegieerowskiej wsi. A jeśli już ktoś wpadnie na ten temat, to pochyla się z głębokim zrozumieniem inteligenta od pokoleń nad zjawiskiem niby rodzimym, ale tak obcym jak kultura Inuitów. Z tym, że kultura obcych plemion to ciekawy temat, nie to co życie chłopa ze świętokrzyskiego.

nic nowego

Ta porzucona prowincjonalna Polska niedawno zrozumiała, że nie chce już aspirować do lepszego towarzystwa. Znalazła swoich reprezentantów w środowisku skupionym wokół pewnego żoliborskiego inteligenta, absolwenta Uniwersytetu Warszawskiego, z ojcem z AK i matką z Powstania. Jarosław Kaczyński egzaminy doktorskie zdał z teorii państwa i prawa oraz filozofii marksistowskiej, a w stanie wojennym nie był bohaterem. Ta biografia to coś swojskiego, trzeba tylko wiedzieć, skąd wieje wiatr i tak się obrócić, by się nie przewrócić. I tak polska prowincja została po raz kolejny zinstrumentalizowana i realizuje interesy, które jej samej szkodzą. Nie ma pracy nad pochodzeniem, nie ma świadomości, to i nie ma zmiany.

 

 

Reklama