Fabryki psów. Nielegalny handel szczeniętami z Polski | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 24.04.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Fabryki psów. Nielegalny handel szczeniętami z Polski

Nielegalni handlarze szczeniąt z Polski zarabiają w Berlinie do 25 tys. euro tygodniowo. Na przygranicznych targowiskach można kupić psa każdej rasy. Także w Internecie roi się od ogłoszeń polskich pseudohodowli.

Najczęściej są nieszczepione, słabe czy wręcz chore, bo zbyt wcześnie zostały odłączone od matki. Szczenięta z polskich „fabryk psów” mają zwykle sfałszowane papiery.

W Niemczech można je kupić w Internecie lub z ogłoszeń w prasie. Kosz ze szczeniętami na przygranicznym bazarze np. w Słubicach to codzienny widok. Zainteresowanie Niemców szczeniętami z Polski jest ogromne, tym bardziej, że ich cena jest kilkakrotnie niższa od cen na niemieckim rynku. Polski buldożek z ogłoszenia kosztuje do 350 euro. Oficjalna cena w Niemczech to około 1500 euro.

Na nic zdają się apele i kampanie w mediach prowadzone przez niemieckie organizacje ochrony zwierząt m.in. „Vier Pfoten” czy Europejskie Stowarzyszenie Ochrony Zwierząt i Przyrody (ETN). Wstrząsające reportaże emitowane w niemieckiej telewizji o losie psów z polskich pseudohodowli na krótko poruszają sumienia niemieckich nabywców, hamując apetyt na zakup szczenięcia z Polski.

„Jesteśmy bezradni”

Od 1 stycznia 2012 roku obowiązuje w Polsce ustawa zabraniająca nielegalnej hodowli psów. Ustawa sobie, a życie sobie. - Rynek nielegalnych hodowców działa prężnie i skala tego zjawiska jest ogromna - twierdzi Grzegorz Bielawski, który od 10 lat prowadzi Pogotowie i Straż dla Zwierząt w Trzciance w województwie wielkopolskim. - Po wprowadzeniu przepisów tak naprawdę nic się nie zmieniło. Nikt ich nie przestrzega. My składamy doniesienia o znęcaniu się nad zwierzętami, ale policja odmawia wszczęcia dochodzenia. To jest patologia! – oburza się polski działacz.

Na potwierdzenie podaje przykład Duńczyka, który w kujawsko-pomorskim gospodarstwie trzyma blisko 700 psów. - Psy są bardzo zaniedbane, ponieważ wielokrotnie rodziły i cierpią na ropomacicze, choroby oczu, skóry, niektóre nie mają sierści. Pomimo tego, że kilku weterynarzy potwierdziło straszne warunki, w jakich przetrzymuje się zwierzęta, prokuratura umorzyła postępowanie i sąd utrzymał to postanowienie w mocy – opowiada Bielawski. - Jesteśmy bezradni, bo organizacji ochrony zwierząt nie traktuje się w Polsce serio - skarży się.

Niemieccy partnerzy na wagę złota

Posłuchaj audio 03:22
Teraz
03:22 min

Grzegorz Bielawski o pomocy z Niemiec dla Pogotowia Zwierząt - MP3-Stereo

Pogotowie dla Zwierząt w Trzciance od wielu lat współpracuje z niemieckimi organizacjami prozwierzęcymi. – Gdyby nie ich pomoc, a zwłaszcza Birgitt Thiesmann z organizacji „Vier Pfoten” z Monachium to bylibyśmy zupełnie bezsilni – podkreśla Grzegorz Bielawski.

Współpraca z „Vierpfoten” zaczęła się w 2011 roku. Organizacja pomogła Bielawskiemu w likwidacji m.in. pseudohodowli w Wąbrzeźnie i w gminie Kikół w województwie kujawsko-pomorskim oraz koło Wołomina. Wtedy obu organizacjom udało się odebrać blisko 200 psów. Była przy tym telewizja ZDF.

– Nie dalibyśmy rady sami społecznie bez zaangażowania niemieckich środków, bez transportu i opłacenia weterynarzy, którzy leczyli potem te psy – przyznaje Bielawski. Na interwencję z lekarzami i transportem, leczenie i zapewnienie psom godziwych warunków utrzymania potrzeba jednorazowo 20-30 tys. złotych. Podczas gdy miesięczne wpływy na konto Pogotowia i Straży dla Zwierząt to 2 tys. złotych, a rocznie trafia do Pogotowia około tysiąc zwierząt.

Niemiecka organizacja „Vier Pfoten” brała też udział w likwidacji schroniska w Korabiewicach w lubelskim, gdzie 800 psów umierało z głodu. W 2014 r. polskim działaczom wspólnie z kolegami z Niemiec udało się zamknąć jeszcze kilka nielegalnych hodowli m. in. w Konstantynowie Łódzkim. Ale sprawę przegrali, bo właściciel hodowli był wcześniej policjantem.

Działaczka Birgitt Thiesmann potwierdziła te informacje, ale nie chciała udzielić wywiadu z obawy przed nielegalnymi hodowcami. Stosunek do niemieckich organizacji prozwierzęcych jest wrogi. – Przedstawicieli z Niemiec brano za handlarzy, którzy przyjechali do Polski po to, byśmy mogli im sprzedać psy. Mimo naszych tłumaczeń podobnie traktowali ich policjanci. To jest dramat! – uważa Grzegorz Bielawski, bo do takich sytuacji dochodziło już wielokrotnie.

Czytaj dalej na stronie 2

Redakcja poleca

Audio i wideo na ten temat