Epidemia koronawirusa w Polsce. Jak to widzą Niemcy? | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 31.03.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

Epidemia koronawirusa w Polsce. Jak to widzą Niemcy?

Polska zamknęła swoje granice dla cudzoziemców, również Niemców. Nad Wisłą mieszka ich ponad 11 tys. Wielu na czas pandemii pozostało w Polsce. Jak w obecnej sytuacji wygląda ich życie?

Polska zamknęła swoje granice dla cudzoziemców, również Niemców

Polska zamknęła swoje granice dla cudzoziemców, również Niemców

Martin Hanf jeździ codziennie z domu w Szczecinie do biura Euroregionu w Schwedt, gdzie pracuje. Tam i z powrotem. I tak od dwóch lat – do niedawna. Ostatni raz był w Schwedt 12 marca, na dzień przed ogłoszeniem stanu epidemicznego. – W Polsce koronawirus to był temat numer jeden – mówi.

Inne podejście do ograniczeń

– A w Schwedt jak mówiłem, że w Polsce zamykane są szkoły, przedszkola, ludzie pracują z domu, to wszyscy patrzyli na mnie, jakbym był ufoludkiem – przypomina sobie Martin, który w Szczecinie mieszka od 20 lat. – Po jednej stronie granicy widzę, że ludzie się boją, kupują  na zapas. Po drugiej – idą do parku, spotykają się. To było schizofreniczne, kompletny surrealizm, dwa światy.

Jemu udzielił się nastrój z Polski. Uważał, że Niemcy nazbyt lekceważą sytuację. Na ten temat Martin ma swoją teorię: Niemcy najbardziej boją się ograniczania swojej wolności, rząd bał się narzucać ograniczenia – w Polsce ta kwestia jest mniej ważna. 

Martin Hanf

Martin Hanf w Szczecinie

Czego bał się w ostatnim dniu w pracy? Tego, że w końcu granicę zamkną i on zostanie po niemieckiej stronie, a żona z dziećmi po polskiej. Granice faktycznie uszczelniono, ale Martin Hanf jest razem z rodziną. Wolał zastosować się do zalecenia „zostań w domu”, podobnie jak inni koledzy z Polski. Martin pracuje teraz z domu, przez internet. Dla jego projektu wyzwaniem jest, jak na pracę zdalną przestawić wszystkie procedury biurowe, ale na razie wszystko funkcjonuje.

I tak ma lepiej niż jego syn – dwójka dzieci Martina uczy się w domu, poprzez internetowe platformy, grupy i mailowo. Niby się udaje, ale starszy syn miał za miesiąc zdawać egzamin ósmoklasisty. Tego przez Internet załatwić się już nie da. Rząd uspokajał, co prawda, jeszcze na wtorkowej konferencji, że egzaminy i matury powinny odbyć się w wyznaczonych terminach, ale dziś trudno cokolwiek przewidzieć, mówi Martin.

Kochali jeść chleb

To, czego najbardziej im brakuje, to chleb. Bo z jednej strony starają się jak najrzadziej wychodzić, nawet na zakupy, raz w tygodniu, z drugiej – zawsze kochali jeść chleb. Myśleli o pieczeniu własnego, ale drożdże to towar deficytowy. Więc żeby nie wychodzić, muszą się ograniczać. Ale „trochę makaronu mamy w garażu” – śmieje się Martin. – Na początku poszliśmy za falą i też zaczęliśmy gromadzić jedzenie.

Annemarie Franke do czasu epidemii i tak przeważnie pracowała zdalnie w swoim domu pod Świdnicą i jeździła tylko na posiedzenia zespołu w Warszawie czy w innych miastach Polski. Teraz podróże służbowe odpadły, zamiast tego odbywają się telekonferencje. Żadne trzęsienie ziemi. Fakt, że jest w komfortowej sytuacji, ocenia sama: – Mieszkam w Polsce od 20 lat, mam polski dowód, nie mam dzieci, którymi musiałabym się teraz opiekować w domu, na wsi nie muszę korzystać z komunikacji publicznej.

Trochę strachu jest

Annemarie pochodzi z Nadrenii Północnej-Westfalii. Kiedy jej polski szef już odwoływał podróże służbowe pracowników, jej niemiecka rodzina w Niemczech w ogóle nie rozumiała problemu. Dopiero ostatnio i oni zobaczyli wagę zagrożenia – mówi Annemarie – choć nadal Polacy wydają jej się bardziej rozsądni. – Osobiście nie słyszałam w Polsce o „korona-imprezach”, w sklepie w Świdnicy stoją środki dezynfekcyjne dla klientów, są obowiązkowe rękawiczki – mówi z wyraźnym uznaniem. Rodzina w Nadrenii była zaskoczona. Panika? – Nie wiem. Wśród moich polskich znajomych to raczej ostrożność, ale jednak spokój, choć taki podprawiony czarnym humorem – uśmiecha się. Choć chyba jednak trochę strachu jest. Kiedy Annemarie wróciła z Niemiec, jeszcze przed uszczelnieniem granic, szefowa jej męża powiedziała, żeby przez dwa tygodnie nie przychodził do pracy.

Sami z problemem korków

Koleżanka, która oprowadzała ponad dwa tygodnie temu wycieczkę z Niemiec po Wrocławiu, do dziś boi się, czy jej nie zarazili. – Bo z Niemiec przychodzi koronawirus…

Dziwne uczucie, ale Annemarie to szanuje: – Ludzie różnie radzą sobie ze strachem w takiej sytuacji – mówi. W zasadzie decyzję polskiego rządu o specjalnych środkach ostrożności uznaje za właściwą. – W tym przypadku jednak system federalny jest o krok do tyłu – stwierdza. – Bo rząd musi wszystko ustalić z landami, a to może trwać długo.

Choć z drugiej strony nie rozumie, jak można było zdecydować o zamknięciu granic bez konsultacji z przygranicznymi samorządami. – W takim Zgorzelcu, gdzie jest przejście graniczne, nagle gmina została pozostawiona z problemem korków.

Christoph Fuss mieszka w Warszawie, ale kiedy wygląda przez okno, czuje się jak Annemarie Franke na wsi: za oknem na przelotowej ulicy pustki. – Przez 2,5 roku w Polsce nie przeżyłem takiej sytuacji – śmieje się. Od dwóch tygodni jego miejscem pracy jest pokój dzienny we własnym mieszkaniu. W pokoju pracuje, w pokoju rozmawia z przyjaciółmi – przez telefon czy skype‘a. Jest tu sam, cała rodzina jest w Niemczech. Najbardziej brakuje mu bezpośredniego kontaktu z ludźmi, wyjścia do baru, do kina, na mecz. Czasami wychodzi do sklepiku na parterze swojego bloku albo krótko na spacer. Oczywiście sam. Trzyma się sztywno zasad, aż sam się dziwi.

Christoph Fuss

Christoph Fuss

„Muszą sami o siebie zadbać”

– Kiedy wprowadzone zostały pierwsze ograniczenia, pomyślałem, że to przesada. Że przecież to tak jak grypa – przyznaje. Ale potem w mediach zaczęło pojawiać się coraz więcej zdjęć z Włoch, i wtedy Christoph doszedł do wniosku, że to więcej niż grypa. – Sadzę, że to, że w Niemczech ludzie długo mniej się przejmowali niż tu, ma związek z tym, że Polacy nie wierzą w polski system opieki zdrowotnej – mówi. – Uważają, że muszą sami o siebie zadbać.

I sami się organizują. Jeden z kolegów Christopha szyje w domu z żoną maseczki ochronne dla pracowników szpitala, inny robi zakupy seniorom. Sam Christoph za bardzo nie wie, jak się do tego wziąć, trochę niepewnie czuje się ze swoim polskim, ale jego niemiecki przyjaciel, który mieszka w Polsce od lat, dołączył do jednej z grup samopomocy. Własną sytuację i tak ocenia jako luksusową. Nie musi się zajmować dziećmi, nie jest w grupie ryzyka, pracę ma zdalną, ale ma. Przynajmniej na razie. Christoph Fuss pracuje w dużej firmie doradczej, zajmującej się głównie handlem między Polską a Niemcami. – A jaki handel odbywa się teraz na tej linii? – pyta retorycznie. Odwołane zostały targi międzynarodowe, duże i małe projekty zostały zawieszone. Do czasu ustabilizowania się sytuacji. – Na krótką metę da się przeżyć, na dłuższą musimy się liczyć z redukcjami – przyznaje. Stara się o przyszłości nie myśleć, ale w Warszawie ma zamiar zostać, nawet w scenariuszu negatywnym: – Przecież ktoś ze znajomością niemieckiego i trochę polskiego zawsze znajdzie tu jakąś pracę – mówi. Tylko nie wie, kiedy zobaczy bliskich. Bilet do domu ma kupiony na Wielki Piątek. Powoli przekonuje się, że to jednak będzie jego pierwsza Wielkanoc w Polsce.

„Polskie środki są prawidłowe”

Nie będzie to pierwsza Wielkanoc w Polsce dla Gabriele Lesser, korespondentki gazet niemieckich. Jej system pracy mało się zmienił – choć zbieranie materiałów stało się trudniejsze w związku z ograniczeniem kontaktów i przemieszczania się, a i zainteresowanie tematami z Polski ustąpiło informacjom o koronawirusie we własnym kraju.

Gabriele Lesser

Gabriele Lesser

Wyjście do kiosku po gazety (rytuału przeglądu prasowego epidemia nie przerwie) i po zakupy, wyjście na krótki spacer, konieczny, by nie zwariować od siedzenia w domu. I tyle. Gabriele Lesser trzyma się ściśle nakazów i zaleceń, więc wystraszyła się prawie, kiedy rozeszła się wieść, że rząd zabrania też spacerów. Na szczęście wiadomość okazała się być nieprawdziwa. Ale w zasadzie Gabriele uważa, że środki są prawidłowe – choć cały katalog restrykcji i wysokość kar ją jednak zaskoczyły. – 30 tysięcy złotych za złamanie nakazu kwarantanny to naprawdę dużo. Tylko jak to jest, że z jednej strony politycy ustalają takie gigantyczne kary, a z drugiej narażanie milionów Polaków, żeby tylko zostać przy władzy i nie przesunąć wyborów? – pyta Lesser.

W ciągu dwóch dni zobaczyła dwa światy

Agnieszka Łada nie jest Niemką, ale Niemcami zajmuje się od lat, jako socjolożka, a od niedawna współkierując Niemieckim Instytutem Spraw Polskich w Darmstadt. Sama wróciła z Niemiec na dzień przed zamknięciem granic i na bieżąco porównuje zachowanie społeczeństw w obu krajach. W ciągu dwóch dni zobaczyła jakby dwa światy, opowiada. – Między piątkiem w Niemczech, a niedzielą w Polsce była przepaść. W Niemczech toczyło się normalne życie, w Polsce pustki na ulicach.

Jej ocena przyczyn różnicy zachowania Niemców i Polaków potwierdza przypuszczenia naszych niemieckich rozmówców: – W Niemczech zaufanie do instytucji publicznych jest dużo większe niż w Polsce. Niemcy uważają, że instytucje podejmą odpowiednie działania w odpowiednim czasie i zdają się na nie. W Polsce panuje raczej wrodzona nieufność do instytucji, czy w ogóle zadziałają. Więc lepiej zdać się na siebie i reagować jak najwcześniej i restrykcyjnie – przyznaje Łada. Zwłaszcza, że do tej pory w Polsce brak sensownych rozwiązań, jak pomóc w obecnej sytuacji osobom na umowach śmieciowych, pracującym rodzicom małych dzieci czy kredytobiorcom. Inaczej niż w Niemczech – ocenia.

Chcesz skomentować ten artykuł? Dołącz do nas na facebooku! >>

 

Reklama