Czechy: Bez atomu ani rusz | Niemiecka gospodarka, fakty, analizy, dane, prognozy | DW | 17.12.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Gospodarka

Czechy: Bez atomu ani rusz

Czechy chcą zbudować reaktor, który ma zastąpić kończące żywot bloki elektrowni atomowej w Dukovanach. Opozycja, kontrwywiad i Senat ostrzegają przed korzystaniem przy tym z usług firm z Rosji i Chin.

Nowy reaktor o mocy 1200 MW, jeśli rzeczywiście zostanie uruchomiony, pokryje około jedną dziesiątą zapotrzebowania kraju na prąd. Zbuduje go koncern CEZ, do którego należą obie czeskie elektrownie jądrowe, zarówno Dukovany (2040 MW) na Wyżynie Czesko-Morawskiej, jak i Temelin (2110 MW) w Czechach Południowych. Pod koniec lipca odpowiedzialny za energetykę wicepremier Karel Havlíczek i szef CEZ Daniel Benesz podpisali pierwsze dwie umowy otwierające ku temu drogę.

Kilka dni wcześniej rząd uchwalił wyjątkowo dogodne finansowanie budowy w wysokości 70 procent spodziewanych kosztów i zobowiązał się do kupowania produkowanego przez reaktor prądu po z góry ustalonych cenach. Zapowiedział też, że gdyby realizacja inwestycji okazała się niemożliwa lub nieopłacalna, przejmie ją i zrekompensuje koncernowi poniesione koszty.

Atomowy pat

Pierwsze cztery czeskie reaktory zostały uruchomione w Dukovanach  w latach 1985-87, kolejne miały ruszyć niedługo później w Temelinie. Budowa tej elektrowni rozpoczęła się w 1987 roku. Upadek komunizmu umożliwił zastąpienie technologii sowieckiej zachodnią, co wymusiło opóźnienie inwestycji. Dlatego pierwszy blok w Temelinie ruszył dopiero w 2000 roku, a drugi dwa lata później. CEZ planował jeszcze dwa reaktory, ale wobec ryzyka ich nieopłacalności wstrzymał w 2014 roku już rozpisany przetarg.

Rok później rząd zapowiedział budowę jednego do dwóch bloków w każdej z obu elektrowni. Kolejne lata zajęły przepychanki o to, co ma być budowane i kto za to zapłaci.

Elektrownia jądrowa w Temelinie

Elektrownia jądrowa w Temelinie

A tymczasem na horyzoncie pojawiła się groźba, że w kraju zabraknie prądu i trzeba będzie kupować go za granicą. Na lata 2035-37 przypada bowiem planowe zakończenie pracy wszystkich reaktorów w Dukovanach, a do 2050 roku powinny zostać wyłączone wszystkie elektrownie węglowe. (16 grudnia ten termin został przesunięty na 2038 rok, jak w Niemczech.)

Na wiosnę 2020 roku stało się jasne, że Czechy chcą na razie budować tylko jeden reaktor. Wybór padł na Dukovany, by utrzymać tę elektrownię przy życiu. Jej przetrwanie ma bowiem zasadnicze znaczenie dla regionu, w którym się znajduje.

Czechy to nie Niemcy

Rządzący od grudnia 2017 roku Andrej Babisz długo naciskał, aby kontrolowany przez państwo CEZ budował reaktor za własne pieniądze. Koncern jednak odmawiał w obawie, że ewentualna klapa obciążyłaby mniejszościowych udziałowców, do których należy 30 procent firmy.

Przez dłuższy czas wydawało się, że żadna ze stron nie jest gotowa do ustępstw. W końcu rząd uznał jednak, że na rezygnację z atomu nie może sobie pozwolić. 

– Rezygnując z węgla, w zasadzie nie mamy innego wyjścia – tłumaczy w rozmowie z DW wicepremier do spraw gospodarczych Karel Havlíczek, który kieruje też resortami przemysłu i handlu oraz transportu. – Warunki panujące w Czechach nie pozwalają nam ograniczyć się do źródeł odnawialnych. Skoro zmierzamy ku bezemisyjnej energetyce, musimy ją oprzeć także na atomie.

– Niemcy stawiają na wiatr, słońce i gaz – mówi polityk odpowiedzialny za czeską energetykę. – Umacniamy się na tych obszarach i do 2030 roku osiągniemy około 22 procent ich udziału w miksie energetycznym. Jednak przekroczenie tego poziomu będzie trudne, bo warunki dla elektrowni wiatrowych w Czechach są nieporównywalnie gorsze niż w Niemczech. Nie mówiąc już nawet o tym, że niemiecka droga jest bardzo kosztowna.

Również następne dekady nie przyniosą radykalnych zmian. Nie przewiduje ich koncepcja energetyczna sprzed pięciu lat. – Tam się mówi, że w 2050 roku połowę naszego miksu będzie tworzyć energia jądrowa, nieco mniej niż połowę odnawialna, a resztę zapewni kilka elektrowni gazowych – wyjaśnia w rozmowie z DW prezes zarządu i dyrektor generalny CEZ Daniel Benesz.

Elektrownia jądrowa w Temelinie

Elektrownia jądrowa w Temelinie

Rządowe koncesje

W końcu rząd nie tylko ustąpił, ale i zgodził się na daleko idące koncesje. Wcześniej premier domagał się od koncernu sfinansowania całej inwestycji, teraz CEZ ma pokryć jedynie 30 procent jej kosztów. Na resztę dostanie bardzo korzystny kredyt w wysokości 175 miliardów koron. Razem z udziałem własnym będzie to zatem ćwierć biliona koron. Ta kwota odpowiada spodziewanym kosztom wycenianym dziś na sześć miliardów euro (160 miliardów koron), powiększonym o trzyprocentową inflację przez 16 lat budowy. Do chwili uruchomienia bloku kredyt będzie nieoprocentowany, potem ma kosztować dwa procent rocznie.

Kolejnym ustępstwem rządu Czech  ma być umowa o wykupywaniu prądu po stałej cenie, przed czym premier Babisz długo się wzdragał. Na jakim poziomie zostanie ustalona, nie wiadomo. Jeśli między 50 a 70 euro za megawatogodzinę, koncern może liczyć na godziwy zysk, uważają czeskie media.

Jeśli potwierdzi się rządowa prognoza, że za 16 lat prąd będzie kosztować 90 euro za megawatogodzinę, zarobi także rząd i będzie mógł swój zysk przekazać konsumentom. Nie wiadomo jednak, co się stanie, gdy cena rynkowa spadnie poniżej gwarantowanej. Nawet, jeśli różnica nie zostanie doliczona do rachunków za prąd, trzeba będzie uwzględnić ją w budżecie państwa.

Wreszcie rząd się zobowiązuje przejąć inwestycję, jeśli w wyniku zasadniczych zmian regulacyjnych lub prawnych jej dokończenie miałoby się okazać niemożliwe.

Oczywiście tak daleko idące, potrójne wsparcie publiczne (państwowy kredyt, gwarantowana cena prądu i opcja przejęcia) będzie możliwe jedynie, jeśli się zgodzi na nie Komisja Europejska. Gdy zaś je uzna za niedozwoloną pomoc, projekt upadnie, a koszty przygotowań będzie musiał pokryć CEZ.

Tschechien I Andrej Babis

Zdaniem komentatorów premier Babisz obawia się, że dopuszczenie do przetargu firm z Chin i Rosji mogłoby mu zaszkodzić w przyszłorocznych wyborach.

On time, on budget

Daniel Benesz nie wierzy, żeby w Dukovanach mogło dojść do tak drastycznego wzrostu kosztów, jak to się stało francuskiej firmie Areva, której wciąż jeszcze realizowane projekty Olkiluoto w Finlandii i Flamanville we Francji podrożały kilkukrotnie w stosunku do pierwotnej wyceny. Szef czeskiego koncernu nie godzi się nawet, by inwestycję nazywać ryzykowną.

– Na świecie jest wiele projektów zbudowanych on time, on budget [na czas, w ramach budżetu]. Spodziewam się, że ukończymy tę inwestycję w zaplanowanym terminie i zmieścimy się w ustalonym budżecie – mówi w rozmowie z DW.

CEZ planuje uruchomienie próbnej eksploatacji nowego reaktora na rok 2036. – Ta faza powinna potrwać dwa lata, do kolaudacji w 2038 roku. A to się nam pięknie łączy z terminem, kiedy w Republice Czeskiej  będą zamykane elektrownie węglowe – wyjaśnia Benesz.

Ryzykowni kandydaci

Zainteresowanie budową czeskiego reaktora wyraziło sześć firm. Kandydatury czterech z nich – amerykańskiego Westinghouse’a, KHNP z Południowej Korei i EDF z Francji, oraz utworzonego przez tenże EDF i Mitsubishi z Japonii konsorcjum Atmea – nie wzbudziły emocji.

Jednak udziałowi w przetargu kolejnych dwóch – forowanych przez prezydenta Milosza Zemana państwowych koncernów CGN z Chin i Rosatom z Rosji – od dawna sprzeciwia się prawicowa opozycja. Widzi w nim bowiem zagrożenie uzależnienia się od jednego z tych państw. Podobnego zdania jest także kontrwywiad BIS, który określił go w ostatnim raporcie rocznym jako „niepożądany”.

Tschechien Vizepremier, Industrie- und Handelminister, sowie Verkehrsminister Tschechiens Karel Havlíček

Wicepremier Karel Havlíček podpisał umowy torujące drogę do budowy reaktora

Zaskakujący zwrot

Przed końcem tego roku miał być rozpisany przetarg na dostawcę technologii dla nowego reaktora w Dukovanach. Jednak tydzień przed końcem listopada premier Babisz zaskoczył wszystkich deklaracją, że jego zdaniem „o tak ważnym przetargu rząd nie powinien rozstrzygać na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi”. Co go do tego skłoniło, nie wiadomo. Zdaniem gazety „Deník N” jedną z przyczyn była obawa, że przetarg, do którego zostaliby dopuszczeni Chińczycy i Rosjanie, dostarczyłby opozycji amunicji na czas nadchodzącej kampanii wyborczej.

9 grudnia wicepremier Havlíczek potwierdził, że przetarg rzeczywiście nie zostanie rozpisany do końca roku. 17 grudnia zaś zdominowany przez opozycję Senat zaapelował do rządu o niezapraszanie do konkursu „kandydatów z Federacji Rosyjskiej i Chińskiej Republiki Ludowej, czyli z krajów, których samą obecność w przetargu można w świetle strategicznych dokumentów państwa nazwać ryzykowną”.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>