Cameron to praktyczna czarna owca | Felieton | DW | 24.11.2012
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Felieton

Cameron to praktyczna czarna owca

Po fiasku brukselskiego szczytu budżetowego ostrza krytyki zwróciły się przede wszystkim przeciwko brytyjskiemu premierowi Cameronowi. Ale to zbytnie uproszczenie, twierdzi komentator DW.

Britain's Prime Minister David Cameron arrives at the EU council headquarters for a European Union leaders summit discussing the European Union's long-term budget in Brussels November 22, 2012. EU heads of state and governments will need to agree on a first-ever cut in the bloc's long-term spending plans if they are to clinch a deal at the summit starting on Thursday, with the drive for austerity likely to trump all other concerns. REUTERS/Yves Herman (BELGIUM - Tags: POLITICS BUSINESS)

David Cameron

Komplet świeżych koszul pozostał nietknięty. Przewodniczący Rady UE Herman Van Rompoy zwołując na spotkanie na szczycie szefów państw i rządów UE, radził im, by zabrali do walizki przynajmniej trzy świeże koszule - trzy dni miało bowiem trwać posiedzenie w Brukseli. Kanclerz Austrii Werner Faymann przyjeżdżając na szczyt zdradził nawet, że zabrał pięć koszul - chciał być przygotowany na ewentualny maraton negocjacyjny do poniedziałku. Ale wszystko na nic się nie zdało. Czołowi europejscy politycy mają wolny weekend. Ciekawe, że już na wstępie szczytu przejawiali niespotykane dotąd, luźne podejście, jak gdyby wiedzieli,że szczyt może spalić na panewce. "Nie dramatyzujmy, jeśli teraz nie będzie porozumienia; przecież jest jeszcze przyszły rok", powtarzali.

Jeżeli chodzi o moment, w którym nastąpiło fiasko szczytu, to faktycznie, tragedii nie ma. UE ma jeszcze cały rok na budżetowe debaty, bo budżet, czy jak się go nazywa w unijnym żargonie "wieloletnie ramy finansowe", ma obowiązywać dopiero od 2014 r. Ale kto w tej chwili ze stoickim spokojem zakłada ręce i z zadowoleniem oddaje się bezczynności, ten nie bardzo zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. Niewiele bowiem wskazuje na to, by do przyszłego roku zasadniczo zmieniła się konstelacja polityczna w debacie budżetowej. Odwrotnie: podczas dwóch dni obrad szczytu stanowiska antagonistów jeszcze bardziej się usztywniły. Już na samym początku kilka państw wręcz groziło mniej lub bardziej otwarcie zawetowaniem uchwał, co podgrzało nastroje. Pogróżki rozlegały się ze wszystkich stron: jedne adresowane były przeciwko cięciom budżetowym, inne przeciwko zwiększeniu budżetu. Jak znaleźć w takiej sytuacji wspólny mianownik? Nawet przewodniczący Europarlamentu Martin Schulz już na wstępie przestrzegał: im bardziej kompromis będzie oddalł od propozycji Komisji Europejskiej, tym mniej jest prawdopodobne,że otrzyma poparcie Parlamentu Europejskiego.

Z tak mało elastycznych stanowisk trudno jest potem wypracować jedno wspólne. Ale teraz jest już chociaż wiadomo, kto ponosi winę za to, że nie osiągnięto porozumienia: premier Wielkiej Brytanii David Cameron. To prawda, że jego propozycje ciąć budżetowych są bardziej radykalne od tego, co proponują inni uczestnicy szczytu; Cameron napsuł też krwi swym upartym żądaniem utrzymania wysokich brytyjskich rabatów. Nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że państwa, unijny płatnicy netto chętnie kryłysię za jego plecami, ciesząc się skrycie, że chociaż jeden przywódców unijnych odważył się, ryzykując utratę sympatii, głośno powiedzieć to, co oni sami myślą. Cameron znalazł się obecnie w jeszcze większej izolacji. Ale jest wszystkim potrzebny, bo budżet musi być zatwierdzony jednogłośnie. Jeżeli przy następnym podejściu inni nie wyjdą Wielkiej Brytanii choć nieco naprzeciw, Cameron będzie musiał faktycznie postawić weto - inaczej grozi mu utrata twarzy we własnym kraju.

Jeżeli do końca przyszłego roku nic się nie zmieni - a wiele za tym przemawia, że tak się może stać - wtedy UE będzie musiała sobie radzić z prowizorycznymi rocznymi budżetami. Konsekwencje tego byłyby cięższe niż się to niektórym dotąd wydawało. Zamiast jednego, poważnego przetargu na siedem lat, trzeba będzie co roku od nowa negocjować budżet. Wykluczyłoby się w ten sposób możliwość długoplanowych działań. Który z inwestorów podjąłby się poważniejszych projektów infrastrukturalnych, ciągnących się latami, gdyby nie był pewien, że w następnym roku otrzyma dofinansowania z Unii Europejskiej? Poza tym brytyjska opinia publiczna skłaniałaby się pod wpływem takiego fiaska jeszcze bardziej do opuszczenia UE. Niemcy podzielają dużo częściej, niż się wydaje, stanowisko Brytyjczyków, domagających się oszczedzania, pragmatyzmu, wolnego handlu i otwarcia UE na świat. Przeciwwaga południowców spod flagi Hollande'a, Montiego, Rajoya i innych powoduje, że Europa skłania się w zupełnie innym kierunku. Dlatego pozycja Wielkiej Brytanii nie jest szkodliwa.

Christoph Hasselbach / tłum. Małgorzata Matzke

red.odp.: Barbara Cöllen