Bruksela oskarża Johnsona o łamanie obietnic | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 05.06.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Polityka

Bruksela oskarża Johnsona o łamanie obietnic

"Żadnego postępu w negocjacjach. Nie rozumiem, jakie motywy kierują Brytyjczykami. Tego nie można tak ciągnąć" – tak Michel Barnier podsumował dziś kolejną rundę rozmów o pobrexitowej umowie handlowej UE-Londyn.

Wlk. Brytania pomimo brexitu nadal funkcjonuje w UE, jakby była krajem członkowskim, ale – to jedyna, choć ogromna różnica – bez prawa głosu we wszystkich instytucjach unijnych. Taki pobrexitowy okres przejściowy przewidziano do końca tego roku z możliwością przedłużenia o maksymalnie dwa lata, jeśli – precyzyjnie określa to umowa rozwodowa między Londynem i UE – obie strony uzgodnią to przed końcem czerwca. – My w Unii pozostajemy otwarci na taki wariant, ale Wlk. Brytania  odrzuca możliwość przedłużenia okresu przejściowego. A jeśli w najbliższych miesiącach nie wypracujemy nowej umowy, to Brytyjczycy z końcem grudnia wypadną ze wspólnego rynku i z naszej unii celnej – powiedział dziś Michel Barnier, główny unijny negocjator umowy z Londynem.

Brexit EU-Verhandlungschef Michel Barnier (Reuters/Y. Herman)

Michel Barnier, unijny negocjator umowy z Londynem

Bruksela zastrzega, że umowa handlowa między Unią i Wlk. Brytanią  musi być wynegocjowana w ciągu pięciu miesięcy, by obie strony zdążyły ją zatwierdzić przed końcem roku. UE chce, by przyszłe stosunki gospodarcze były zgodne z priorytetami zawartymi w dołączonej do brexitowej umowy rozwodowej „deklaracji politycznej” przegłosowanej przez Izbę Gmin oraz popartej przez Parlament Europejski. „Deklaracja”, która przygotowuje grunt pod wzajemny handel bez żadnych ceł i bez kwot eksportowych, nie ma wiążącej mocy w prawie międzynarodowym. Ale Barnier podkreśla, że „przecież negocjował ją sam premier Johnson”.

– A teraz Brytyjczycy z rundy na rundę starają się coraz bardziej zdystansować od ustaleń z „deklaracji politycznej”. A my nie możemy i nie zaakceptujemy wycofania się z deklaracji politycznej – powiedział dziś Barnier po zakończeniu czwartej tury rozmów (za pomocą telekonferencji). Wyliczał kilka punktów tego tekstu „wynegocjowanego przez Borisa Johnsona”, na które teraz nie godzi się rząd Wlk. Brytanii. Natomiast David Frost, brytyjski odpowiednik Barniera, odpierał te zarzuty, tłumacząc w Londynie, że wprawdzie nadal trzyma się wizji pobrexitowych relacji z Unią z „deklaracji politycznej”, ale to nie znaczy, że jej wszystkie elementy „muszą być przełożone na prawnie wiążący traktat” z Unią.

Obejrzyj wideo 03:35

Czy w Londynie po brexicie zjemy jeszcze tort Sachera?

Brytyjski dumping?

Najbardziej zapalnym punktem jest postulat UE, by w przyszłej umowie z Londynem zagwarantować – zgodnie z „deklaracją polityczną” – „równe zasady gry” („level playing field”), czyli nieobniżanie przez Londyn kluczowych standardów m.in. w dziedzinie ochrony środowiska, prawa pracy, polityki klimatycznej, rzetelnego opodatkowania. Gdyby Brytyjczycy odeszli bowiem od „równych zasad”, pozwoliłoby im to na obniżanie kosztów produkcji, bo przykładowo brytyjska stalowa rura byłaby z góry tańsza w produkcji od wytwarzanej przy unijnych wyśrubowanych standardach ekologicznych. A to przy handlu bez ceł i bez kwot eksportowych tworzyłoby – jak przekonuje Bruksela - nierzetelną konkurencję dla firm z UE.

– Czasem robi się ze mnie dogmatyka równych zasad gry. Ale ja jestem pragmatykiem, bo tu chodzi o ochronę przed dumpingiem, który dotknąłby setek tysięcy miejsc pracy w UE – powiedział Barnier.

Unia i Wlk. Brytania  podzielają ambicje w sprawie walki z kryzysem klimatycznym, ale nawet w tej – jak tłumaczył dziś urzędnik UE zaangażowany w rozmowy z Londynem – „mało kontrowersyjnej dziedzinie” nie udało się dojść do zgody co do  „równych zasad gry”. A podczas tej rundy nawet nie poruszono - bodaj najtrudniejszej - kwestii „równych zasad” w dziedzinie pomocy publicznej, czyli - mocno regulowanego przez Brukselę - wsparcia państwa dla firm, które może zaburzyć wolną konkurencję rynkową.

Brexit und die Fischerei (picture-alliance/dpa/C. Meyer)

Kutry rybackie w Peterhead, Wlk. Brytania. Dostęp do łowisk do kwestia sporna między UE a Londynem

Czy Johnson chce umowy?

Pomimo dwóch dni rozmów o rybołówstwie podczas tej rundy negocjacyjnej nie udało się też dojść do porozumienia o kwotach połowowych, choć Unia przed paru miesiącami zastrzegała, że w tej sprawie potrzebuje kompromisu do końca czerwca. Rybołówstwo to nie tylko papierek lakmusowy dobrych intencji obu stron, ale też kwestia drażliwa politycznie dla Francji, Belgii czy Holandii, gdzie rybactwo (wraz ze związanym z nim przetwórstwem) jest oparte na - wzajemnym z Brytyjczykami - swobodnym dostępie do łowisk. Barnier sygnalizował dziś gotowość Unii do pewnych ustępstw co do ryb, ale Londyn jeszcze na to nie odpowiedział.

Zakończenie pobrexitowego okresu przejściowego  bez nowej umowy o stosunkach gospodarczych między Unią i Wlk. Brytanią byłoby bardzo kosztowne dla obu stron, ale zdecydowanie dotkliwsze dla Londynu. - Postępy negocjacji są bardzo ograniczone, ale rozmowy były bardzo pozytywne w tonie. Będziemy pracować na rzecz pozytywnego rezultatu – powiedział dziś główny brytyjski negocjator Frost.

London Premierminister Boris Johnson im Unterhaus (AFP/UK Parliament/J. Taylor)

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson

Sęk w tym, że po unijnej stronie wcale nie ma teraz pewności, czy Boris Johnson naprawdę chce porozumienia. Być może premier Wlk. Brytanii liczy, że uda mu się wyrwać od Unii większe ustępstwa podczas planowanego na najbliższe tygodnie spotkania z szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen i przewodniczącym Rady Europejskiej Charlesem Michelem, a potem przeciągając rokowania do ostatniej chwili. Ale niektórzy eksperci – w tym pracujący dla unijnej Brukseli - nie wykluczają, że Johnson dąży do pełnego uwolnienia się od „równych zasad gry” i liczy, że pierwsze uderzenie gospodarcze po okresie przejściowym zostałoby – przynajmniej w oczach brytyjskich wyborców – przyćmione przez koronakryzys.