Zamrożony front. ″Żołnierze cieszą się z ciepłych kalesonów, jedzenia i gazet″ [REPORTAŻ] | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 09.03.2015
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Zamrożony front. "Żołnierze cieszą się z ciepłych kalesonów, jedzenia i gazet" [REPORTAŻ]

Reporter DW samochodem pojechał aż na linię frontu na wschodzie Ukrainy. Sceneria przypomniała mu obrazy z roku 1914. Zamrożony front, znudzeni żołnierze.

Porucznik Igor i jego kamrat Artem stoją na peronie w Dniepropietrowsku, cierpliwie czekając na fotoreportera. Jedno spojrzenie na nich wystarcza, żeby zorientować się w stanie ukraińskiej armii. Mają mundury jak z lumpeksu - jeden ze składu brytyjskiej armii, drugi ma typowy deseń panterki Bundeswehry. Koło brytyjskiej i niemieckiej flagi na ramieniu doszyta jest żółto-niebieska flaga Ukrainy.

Ukraine eingefrorener Konflikt

Kto tylko mógł, uciekł

- Dopiero wczoraj dostaliśmy ten samochód - wyjaśnia Igor, siadając za kierownicą passata, którym pojedziemy razem na linię frontu. - To prezent od Holendrów. Ale broni nie chcieli nam przysłać - dodaje. Rocznik passata: połowa lat 90. Żołnierze nalepili na karoserię oznaczenia ukraińskiej armii i nieco go dozbroili. To znaczy na siedzeniu obok kierowcy leży granatnik.

Igor i Artem dowożą tym samochodem jedzenie i materiały opatrunkowe, zaopatrując ukraińską armię. Codziennie jeżdżą na front, spotykają bezdomnych uchodźców i wycieńczonych żołnierzy. Wszyscy są całkowicie zdani na dostawy pomocy, w większości od prywatnych sponsorów.

W drodze na linię frontu surowy krajobraz stepowy staje się jeszcze surowszy. Ziemia jest poszarpana pociskami artyleryjskimi, rozjeżdżona do błota gąsienicami czołgów albo poryta, kiedy budowano okopy. Do tego bunkry, potęgujące tylko wrażenie beznadziei. Cała sceneria przypomina obrazy z I wojny światowej: żołnierze, gotujący coś nad ogniskiem, wyzierający peryskopami z okopów zabezpieczonych workami z piaskiem.

Ukraine eingefrorener Konflikt

Kawa, telefon, gazeta - to pomaga zabić czas

Snajperzy z oddziałów separatystów sieją bezustanny strach. Oficerowie wskazują na dachy fabryk i cerkwi i otwarcie mówią: "Jak ci powiemy: Biegnij! Szybko!, to musisz pędem lecieć. Nie chcemy żeby nas odstrzelili tylko z powodu jakiegoś fotografa".

Ale jak szybko biec mając na sobie 12-kilową kamizelkę ochronną, hełm, trzy aparaty i torbę pełną obiektywów?

Dla żołnierzy 28. Zmotoryzowanego oddziału piechoty w Marince przyjazd fotografa jest prawdziwą atrakcją po dniach przesiedzianych bezczynnie w bunkrze. Po ostatnich miesiącach walk z miasteczka pozostały tylko ruiny. Spokój jest pozorny w sytuacji tymczasowego, nie zawsze przestrzeganego zawieszenia broni.

- Ta przerwa nie będzie długa, dlatego musimy przygotować się do dalszych walk - mówią dwaj młodzi żołnierze targając skrzynie z amunicją. Mają na sobie stare polskie mundury. Stanowisko separatystów jest oddalone o raptem 400 metrów.

Ukraine eingefrorener Konflikt

Wypatrując wroga

Jedziemy passatem dalej wzdłuż linii frontu. Żołnierze przyjaźnie machają widząc samochód - wiedzą, że coś wiezie. Cieszą się nie tylko z ciepłych kalesonów i jedzenia, które dziś dostali. Wyczekują gazet, bo czytając można choć trochę zabić czas względnego spokoju.

Żołnierze 6. kompanii już od trzech miesięcy żyją w okopach dziewiątego odcinka. Dwa transportery opancerzone stoją głęboko zakopane na posterunku, tylko karabiny maszynowe wystają z błota. - Ostatni raz w piątek, 13 lutego był ostrzał artyleryjski. Bardzo trafiona data. Ale nic się nie stało. Rosjanie kiepsko celują - wspomina dowódca, którzy każe się tytułować pseudonimem "Burza".

Gdzieś w dali widać dym idący prosto w niebo, prawdopodobnie gdzieś trafił jakiś pocisk. Nie wygląda, żeby wystrzelono go do określonego celu, raczej chyba miał tylko postraszyć. Żołnierze siedzący za workami z piaskiem ignorują wybuch, zagłębieni w lekturę gazet. Czas na śniadanie: dostali od kogoś boczek i domowej roboty dżem. Tu widać jak cementuje się aktualny status quo: armia utrzymuje front, zastygła w zimnie, w regionie nienadającym się już do zamieszkania i który ciągle jeszcze jest sporny.

Później, wieczorem, przy kawie w zimnym bunkrze o stalowych ścianach, żołnierze na swoich telefonach pokazują zdjęcia poległych towarzyszy broni. Inni rozmawiają przez telefon z rodzinami. Błogosławieństwo nowoczesnej techniki: tata może z frontu powiedzieć dziecku wieczorem dobranoc. Żołnierze w bunkrze przypominają trochę urzędników z biura, robiących nadgodziny, którzy informują rodzinę, że muszą trochę dłużej zostać w pracy. Pełny surrealizm.

Surrealistyczny jest także powrót w kierunku Kijowa. Zanim Igor i Artem nie odstawią mnie na dworzec w Dniepropietrowsku, najpierw, jak twierdzą, muszą zjeść coś przyzwoitego. Czyli McDonald. Koło północy podjeżdżają pod McDrive'a, odbierają z okienka podwójne cheeseburgery.

Potem w pociągu przywiązuję sobie torbę ze sprzętem fotograficznym do nogi, bo boję się, że ktoś mi ją ukradnie, kiedy będę spał. Mężczyzna jeżący na leżance pode mną chrapie, w przedziale snuje się zapach frytek od McDonalda.

Igor i Artem są teraz znów w drodze na front. Ich passat podskakuje na wybojach, rozpryskuje błoto.

Christopher Bobyn, Donieck / Małgorzata Matzke

Redakcja poleca