Włodzimierz Nowak: ″Trzeba umieć słuchać″ | Niemiecka kultura, polska kultura w Niemczech, wydarzenia | DW | 29.08.2012
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Kultura

Włodzimierz Nowak: "Trzeba umieć słuchać"

W wydanym po niemiecku zbiorze reportaży "Die Nacht von Wildenhagen" (pol. "Obwód głowy") Włodzimierz Nowak* opisuje tragiczne ludzkie losy po polskiej i niemieckiej stronie granicy. Rozmawiała z nim Monika Skarżyńska.

Lesung mit Schriftsteller u. Reporter Wlodzimierz Nowak (rechts); links: Übersetzerin Joanna Manc. *** Düsseldorf, 25.4.2012 Monika Skarzynska, DW

Autor Wlodzimierz Nowak

M.S. Czy były jakieś różnice w odbiorze Pańskiej książki w Polsce i w Niemczech?

W.Ł.: Zarówno niemieccy, jak i polscy czytelnicy bardzo pozytywnie odbierają tę książkę. Trzeba tylko znać jej genezę, ponieważ nie była ona pisana z myślą o czytelniku niemieckim. Jest to zbiór reportaży opublikowanych na łamach „Gazety Wyborczej”. Kiedyś pewna osoba podsunęła mi pomysł, żeby je wydać w formie książkowej. Kiedy je ze sobą zestawiłem, to się okazało, że pewne wątki się łączą i dyskutują ze sobą. Z kolei Martin Pollack, który opowiadał się za przetłumaczeniem książki na język niemiecki, zalecał ją też jako lekturę do szkół niemieckich. Kiedy została ona przetłumaczona i wydana, to się okazało, że czytelnicy niemieccy trochę inaczej ją odbierają, ale też bardzo emocjonalnie, pozytywnie. Książka była takim pierwszym, nietypowym podręcznikiem do historii albo – inaczej rzecz ujmując – dodatkiem do takiego wymyślonego polsko-niemieckiego podręcznika do historii, który nigdy nie powstał. To eksperyment przygraniczny. Lektura miała co najmniej dwa życia. Przekroczenie granicy przez tę książkę było zarówno dla mnie, jak i dla czytelników niesamowitym doświadczeniem. Niektóre reportaże, np. Noc w Wildenhagen, Polacy czytali z wyraźnym zaskoczeniem, niezrozumieniem; były obcością kulturową. Co się właściwie stało? Dlaczego te Niemki podejmują taką decyzję? Popełniają samobójstwo i mordują swoje dzieci. Pierwsza reakcja polskiego czytelnika była tożsama ze zdumieniem. Zresztą tak powstał ten tekst: w wyniku mojego zaskoczenia i zdziwienia. Niemcy czytali ten tekst trochę inaczej, bo znali te fakty. Wiedzieli o fali samobójstw przed Armią Czerwoną. Te niemieckie kobiety niemieckie właściwie o tym nie opowiadały. Reakcją na te reportaże były dyskusje o tym milczeniu ze strony niemieckich rodzin przez kilkadziesiąt lat po wojnie.

M.S.: Opowiada Pan o losach wojennych i powojennych bohaterów żyjących na pograniczu. Czy ono dzieli, czy łączy?

W.Ł.: Pogranicze z 1939 roku? Mieszkałem dwa kilometry od dawnej granicy, po niemieckiej stronie. To są ciekawe miejsca, w których nastąpiły ogromne przemiany. Ludność, którą tam poznałem jako pracownik muzeum, nie znała historii tego regionu. Oni przyjechali ze Wschodu i byli tam zupełnie niezakorzenieni. Jako miejscowy historyk zapoznawałem Łemków, Ukraińców z centralnej Polski, ludzi spod Lwowa oraz wilnian z historią tego miejsca. Zdobywałem informacje od byłych mieszkańców, od Niemców, którzy zaczęli tam przyjeżdżać; od Żyda ocalałego z całej gminy, który opowiadał o tym, co się tam zdarzyło przed 1945 rokiem. Dawne pogranicze to Słubice, Wrocław, Szczecin. To jest pogranicze, które kiedyś było murem, końcem Polski i Niemiec – niezwykle ciekawe dla reportera. Czy to pogranicze teraz łączy? Myślę, że zaczyna łączyć. To są miejsca o dużej aktywności. W ostatnim dziesięcioleciu daje się zauważyć inne nastawienie mieszkańców pogranicza do Niemców. Pojawiają się tam tablice w języku niemieckim. Miasta zaczynają sobie przypominać historię Niemiec, przywołuje się ją czy to we Wrocławiu, czy w Szczecinie czy w Gorzowie.

urist Klaus Schmitz mit dem Buch von Wlodzimierz Nowak Polen auf der Leipziger Messe zweiter Tag Bild:Barbara Cöllen 2010

Książka Włodzimierza Nowaka prezentowana była m. in. na Frankfurckich Targach Książki (2010)

Materiał na dziesięć książek

M.S.: W jaki sposób docierał Pan do swoich bohaterów, którzy mają wiele do powiedzenia? Historia każdego z nich mogłaby być materiałem na osobną książkę.

W.Ł.: Teraz na pewno napisałbym dziesięć książek (z uśmiechem), a nie jedną pozycję złożoną z dwunastu reportaży. Trudno jest odpowiedzieć jednym zdaniem. Trzeba wspomnieć o listach do redakcji, o krótkich notkach w Internecie, o historii kobiet z Wildenhagen. Co do ostatniego: główna bohaterka miała silną potrzebę opowiedzenia komukolwiek swojej „historii niechcianej”. Właściwie nie zabiegałem specjalnie o tę rozmowę. Spotkaliśmy się w Lubinie (dawnym Wildenhagen), w którym – bez zadawania szczególnych pytań – poznałem historię jej dzieciństwa. Dla Rosjan była to wstydliwa sprawa, a wśród wypędzonych Niemców nie zaczęła się jeszcze fala wspomnień o tamtych wydarzeniach. Właściwie nie było jasne, czy należy o tym pisać. Polacy też nie byli zainteresowani tą opowieścią, bo twierdzili, że sprawa samobójstw Niemców przed Armią Czerwoną nie jest ich sprawą.

M.S.: Mowa o bohaterce jednego z reportaży, Adelheid Nagel, która za pomocą hipnozy chciała przypomnieć sobie to, o czym bała się mówić na jawie…

W.Ł.: Nie bała się mówić. Zapytaliśmy ją o liczbę osób, które powiesiły się w Wildenhagen. I ona wtedy powiedziała, że policzyłaby te kobiety, gdyby ktoś wprowadził ją w stan hipnozy. Znów znalazłaby się w tamtych czasach i spróbowałaby jeszcze raz zobaczyć to wszystko. Bardzo chciała wyrzucić z siebie tę historię.

Polenfeldzug/Kaempfe an d. Westerplatte. 2. Weltkrieg, Beginn des Polenfeldzuges. - Das deutsche Linienschiff Schleswig- Holstein beschiesst am Morgen des 1.9. 1939 die Westerplatte bei Danzig. - Foto, 1939.

Tragedia II wojny światowej nadal kładzie się cieniem na stosunkach polsko-niemieckich

M.S.: Dotyka Pan tragicznych wydarzeń z kart historii obydwu krajów, w których przyszło żyć Pana bohaterom. Jak rozmawiać z takimi ludźmi o traumatycznych wydarzeniach, trudnych chwilach? Jakich wskazówek udzieliłby Pan adeptom sztuki dziennikarskiej?

W.Ł.: To temat na długą rozmowę. Są dwie główne zasady. Trzeba umieć słuchać i to tak intensywnie, że w zasadzie człowiek wchodzi w świat bohatera, daje mu się w nim prowadzić. Trzeba być też dobrze przygotowanym do rozmowy. Kiedyś pisałem o rodzie Jerzego Buzka, gdy był jeszcze premierem. Dość długo przygotowywałem się do rozmowy. Przedtem rozmawiałem z jego kuzynem, matką, jeździłem po Zaolziu, na którym mieszkał. W willi premiera zadałem mu pytanie: „Panie premierze, gdy był Pan chłopcem, dziadek często odbierał Pana ze szkoły. Zanim dochodziliście do domu, to na mostku skręcaliście w lewo czy w prawo?”. I wiedziałem, że nie musiałem namawiać Buzka do rozmowy. Byliśmy razem w tym miasteczku. Reporter wykonuje krok w stronę historii, uważnie słucha. Druga bardzo ważna sprawa to dobrze przemyślany powód rozmowy. Dlaczego kogoś niepokoję i namawiam do bardzo osobistych zwierzeń? Jeżeli nie ma motywu, to często kończy się na roli hieny dziennikarskiej, która w tabloidzie opowiada tanie sensacje – właściwie nie wiadomo, po co. Aby epatować okrucieństwem albo jakimiś tanimi chwytami? Jeżeli ma się ten ważny powód, to, po pierwsze, można w dramatycznych momentach rozmowy przekonać rozmówcę do ujawnienia znaczących informacji. Ponadto, sam wiem, dlaczego zajmuję się tą sprawą. Nie trzeba wymyślać powodu, lecz znaleźć go w tej historii.

M.S.: W pierwszym reportażu czytamy: „Jak świat światem, Polak i Niemiec nigdy nie będą sobie bratem”. Jaka jest Pana opinia na ten temat?

W.Ł.: Tak mówiono kiedyś, także i dziś niektórzy tak uważają. Tu o braterstwo nie chodzi, lecz o zrozumienie, współistnienie i dobre sąsiedztwo. To zdanie zaczerpnięte z miłosnej historii.

rozmawiała Monika Skarżyńska

red. odp. Bartosz Dudek

*Włodzimierz Nowak (ur. 1958), dziennikarz, reporter "Gazety Wyborczej", laureat m. in. Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej (2008). Jego książka "Obwód głowy" ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Czarne, w Niemczech w Eichhorn Verlag.

Reklama