Szukam tego Niemca, żeby mu podziękować! | Nieopowiedzian historie POLENHILFE | DW | 08.12.2011
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

30. rocznica stanu wojennego

Szukam tego Niemca, żeby mu podziękować!

Chris Niedenthal, brytyjski fotograf polskiego pochodzenia, wręczył 15 grudnia 1981 roku na warszawskim dworcu, tuż przed godziną policyjną, nieznajomemu studentowi cenny film z prośbą o przekazanie do „Newsweeka” w Bonn

Chris Niedenthal ze swoim zdjęciem zrobionym przed dawnym kinem Moskwa

Chris Niedenthal ze swoim zdjęciem zrobionym przed dawnym kinem Moskwa

13 grudnia 1981 roku nasz świat stanął na głowie. Tego ranka obudziłem się w kraju pogrążonym w stanie wojennym. Fotografowanie na ulicach było surowo zabronione. Pokazanie się na dworze z aparatem fotograficznym w ręku groziło ostrymi sankcjami. Jakimi, dokładnie nie wiedzieliśmy, ale prawdę mówiąc – nie chcieliśmy się dowiedzieć.

Odcięty od kontaktu ze światem

Pracowałem wtedy dla amerykańskiego tygodnika „Newsweek” i zdawałem sobie sprawę, że w Nowym Jorku czekają na moje zdjęcia; nie mając zresztą pojęcia, co się ze mną dzieje, i czy w ogóle jestem w stanie cokolwiek fotografować. Telefony w całym kraju zostały wyłączone. Loty odwołane. Kontakt ze światem zerwany. Niezbyt miłe to uczucie.

A więc – do roboty. Żeby móc cokolwiek fotografować, trzeba było ukrywać się po klatkach schodowych z oknami na ulice lub w mieszkaniach przyjaciół czy nawet tylko znajomych. Nie była to komfortowa sytuacja, ale co robić? Na szczęście nie zdarzyło mi się, bym musiał pukać do obcych mieszkań, bo nie wiem, z jaką „gościnnością” bym się wtedy spotkał.

Chris Niedenthal Leipziger Messe Literatur Polen

Chris Niedenthal na Targach Książki w Lipsku w 2011 r. z Albumem zdjęć pt "In your face"

Fotografię „Czas Apokalipsy” zrobiłem niestety nie z ciepłego, zaprzyjaźnionego mieszkania, lecz z nieprzyjaznej klatki schodowej, prawie naprzeciwko kina „Moskwa”. Tę scenę zauważyłem już z ulicy – „Moskwa”, żołnierze, transporter opancerzony i nazwa filmu na wielkim plakacie: „Czas Apokalipsy”… Samograj jak rzadko! Z ulicy nie dałoby się oczywiście zrobić tego zdjęcia – za ryzykowne. Zresztą ujęcie lekko z góry dawało znacznie lepszy widok na ten dość szeroki plan. Zrobiłem więc to zdjęcie przez uchylone okno, w wielkich nerwach, spocony ze strachu pomimo trzaskającego mrozu.

Stan wojenny rozpoczął się w nocy z soboty na niedzielę. Było więc – teoretycznie – sporo czasu na fotografowanie i potem wysłanie filmów. Ale bez samolotów miałem zamkniętą drogę oficjalną, wysyłanie frachtem. Mógłbym sam wsiąść w samochód i pojechać do Berlina czy Bonn, gdzie wtedy mieściło się biuro „Newsweeka”. Tyle że wyjechać – może bym wyjechał. Ale wrócić potem do Warszawy? Czy wpuściliby mnie z powrotem?

W poszukiwaniu kuriera

We wtorek zdecydowałem, że czas działać. Jeśli moje filmy mają znaleźć się w Nowym Jorku w piątek, to w tych warunkach już czas najwyższy. Wybrałem jedyną, jak sądziłem, sensowną drogę (choć ryzykowną) – koleją. Ale nie ze mną w roli kuriera. Chciałem znaleźć kogoś, kto wziąłby moje filmy.

Pociąg do Berlina wyjeżdżał z Dworca Gdańskiego krótko przed 22.00. Już to było problemem, bo o 22.00 zaczynała się godzina milicyjna, po której nikt nie mógł się znajdować na ulicy bez specjalnej przepustki.

Polenhilfe

Wybrane karty akredytacyjne Chrisa Niedenthala z ostatnich 30 lat

Na dworcu nie było dużego ruchu – przecież mało kto mógł wtedy wyjechać z kraju czy w ogóle podróżować poza miejsce stałego zameldowania. Nie miałem więc zbyt dużego wyboru. Ani za dużo czasu. W dodatku bałem się, że na dworcu mogą kręcić się tajniacy, czyhający na takich jak ja, i że mógłbym niechcący trafić na takiego właśnie „życzliwego”. Zauważyłem jednego mężczyznę, który wyglądał na wiarygodnego i spytałem, czy nie zechciałby wziąć mojej małej paczki filmów dla „Newsweeka”. Nie ukrywałem niczego – powiedziałem mu wprost, o co chodzi. Filmy zresztą były niewywołane, bo tak się wtedy wysyłało materiały. Mężczyzna zgodził się, choć niezbyt chętnie. Ale w chwilę później zauważyłem, że nie jest sam, że jedzie razem z żoną. Słyszę, że ona zaczyna podnosić głos, i że zaraz będzie niezła awantura – a tego musiałem za wszelką cenę uniknąć! Szybko więc odebrałem od niego tę jakże cenną kopertę i, nieźle już zdenerwowany, wskoczyłem po prostu do pociągu, który miał zaraz odjeżdżać, i biegłem przez pustawe korytarze, z wagonu do wagonu, szukając rozpaczliwie tej jednej, jedynej wiarygodnej osoby.

Zatrzymałem się przed młodym chłopakiem i, nie mając już żadnego wyboru, poprosiłem go o zabranie mojej przesyłki. Był niemieckim studentem i wracał do domu na święta. Po angielsku wytłumaczyłem mu, o co chodzi. „Nie ma problemu – powiedział – wezmę te filmy”. Na kartce papieru zapisałem mu numer telefonu do biura „Newsweeka” w Bonn. Wyjaśnił, że nie mieszka ani w Berlinie, ani w Bonn, lecz gdzieś na drugim końcu Niemiec, i że jak tam dojedzie, to zadzwoni do redakcji. Podziękowałem mu, wyskoczyłem z pociągu i jak najszybciej przejechałem przez puste, ciemne i smutne miasto, żeby zdążyć do domu przed godziną policyjną.

Przemyt do Niemiec z happy endem

Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, co ja takiego najlepszego zrobiłem. Powierzyłem całkowicie nieznanej mi osobie bardzo cenną dla mnie kopertę z filmami, na którą czeka wielki amerykański tygodnik, czyli w domyśle – cały świat… A ja nawet nie wiem, jak ten student się nazywa, dokąd dokładnie jedzie i czy uda mu się przedostać z moimi filmami przez granicę. On pewnie tego nie widział, ale dzień wcześniej w reżimowym Dzienniku Telewizyjnym puszczono taki klasyczny propagandowy reportaż o tym, jak na granicy zatrzymano osobę z filmami... Najwyraźniej chcieli potencjalnych kurierów zniechęcić! A więc nie dość, że moje filmy mogą przepaść, to jeszcze i mój student może mieć spore problemy. Poza tym, jeśli polscy celnicy nie znajdą tej koperty, to mogą to zrobić enerdowscy... Jeszcze inny scenariusz zakładał, że student spokojnie przejdzie przez wszystkie kontrole, po czym sprzeda moje filmy jako swoje „Sternowi” czy „Spieglowi”... Takie czarne myśli chodziły mi wtedy po głowie.

A jednak wszystko to zwieńczył happy end. „Mój” niemiecki student sprawdził się na medal – i to złoty. Dotarł szczęśliwie do domu, zadzwonił do redakcji w Bonn, a stamtąd natychmiast wysłano kuriera motocyklem na drugi koniec Niemiec i w poniedziałek moje zdjęcia ukazały się w „Newsweeku”. Moja fotografia „Czas Apokalipsy” została uratowana, by cieszyć kolejne pokolenia Polaków.

Gdzie się znajduje dzisiaj ten „mój” student? Jak ma na imię? Co robi? Przez 30 lat czekam na okazję, by osobiście mu podziękować...

Chris Niedenthal

red.odp. Barbara Cöllen / Agnieszka Rycicka

Tekst pochodzi z książki "Pomoc dla Polski. Zostali przemytnikami dla Polaków" wydanej przez Redakcję Polską Deutsche Welle, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w Niemczech oraz Centrum im. Willy’ego Brandta we Wrocławiu.

Reklama