SZ: Problemy polskich sadowników. Czy rozwiązaniem będzie cydr? | Echa polskie | DW | 22.10.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Echa polskie

SZ: Problemy polskich sadowników. Czy rozwiązaniem będzie cydr?

„Sueddeutsche Zeitung” pisze o problemach polskich sadowników, którzy ze względu na rosyjskie embargo muszą szukać nowych rynków zbytu.

Florian Hassel opisuje na łamach "Sueddeutsche Zeitung" (SZ), jak po ogłoszeniu przez Rosję embarga w reakcji na sankcje Zachodu, na początku wiele ciężarówek dalej jeszcze woziło jabłka z Polski do Rosji, tyle że z dokumentami stwierdzającymi, że to jabłka serbskie, białoruskie czy kazachskie. "Taka deklaracja jabłek kosztowała polskich sadowników dodatkowe 1000 euro za każdą ciężarówkę, ale cały szwindel szybko wyszedł na jaw".

„W tym sezonie nic się w ogóle nie rusza” - opowiada niemieckiemu dziennikarzowi sadownik z Grójca. „Polskie jabłka, które uda się nawet przewieźć przez granicę, rosyjski nadzór spożywczy rekwiruje i niszczy. Do embarga dochodzą jeszcze rekordowe w tym roku zbiory. Polscy sadownicy w tym sezonie zbiorą 4 mln ton jabłek, a tak rekordowe zbiory zbijają i tak już niskie ceny”.

Korespondent SZ opisuje w szczegółach trudną sytuację polskich rolników, którzy przed laty wzięli kredyty, sądząc że dzięki zbiorom i pewnemu zbytowi do Rosji będą mogli je bez trudności spłacać. „Od strony technicznej jesteśmy właściwie bankrutami” - mówi jeden z sadowników. „Dobre jedynie jest to, że wszystkim innym nie dzieje się lepiej. Dlatego banki są jeszcze gotowe prolongować kredyty, ale nie będą tego robić wiecznie” – wyjaśnia w rozmowie z SZ.

Protest w Warszawie

SZ pisze też o proteście sadowników we wrześniu przed warszawskim ministerstwem rolnictwa. Domagali się oni, by przy pomocy unijnych środków wesprzeć popyt na jabłka.

"Ale nic to nie dało. Szef ich zrzeszenia Maliszewski poleciał nawet do Moskwy, by dowiedzieć się, czy nie można by znieść embarga. ‘To zależy od was, Polaków. Zmieńcie swoją politykę i przestańcie traktować nas jak swoich wrogów' – usłyszał w Moskwie.

Lecz ich żądanie, by polski rząd podjął negocjacje z Kremlem, nie znalazło posłuchu i to nie tylko dlatego, że UE dalej utrzymuje sankcje przeciwko Rosji, a relacje z Moskwą są zakłócone przez jej rolę na wschodniej Ukrainie i w Syrii".

"Polityka naszego rządu ukierunkowana jest na dalszy konflikt z Rosją" - cytuje Maliszewskiego niemiecki dziennikarz, wyjaśniając, że polski rząd wstrzymał nawet mały ruch graniczny z rosyjską eksklawą Kaliningradem.

- Nas, sadowników ten rząd nawet nie uważa za prawdziwych Polaków, bo chcemy sprzedawać nasze jabłka Rosjanom - mówi sadownik z Grójca. Jego żona dorzuca: patriotyzm to jedno, nasze kredyty to drugie.

Korespondent SZ wyjaśnia, że rząd radził sadownikom, by znaleźli sobie nowe rynki zbytu np. w Chinach, których mieszkańcy zjadają ponad połowę produkowanych na świecie jabłek.

„Diabeł tkwi w szczegółach: żeby wysłać nasze jabłka do Chin potrzebujemy wiele dokumentów, certyfikatów i setki specjalnych kontenerów i wagonów, których po prostu nie mamy - wyjaśnia szef związku sadowników Maliszewski. - Oczywiście, że na średnią metę Chiny są ogromnym rynkiem, ale jego zdobycie potrwa lata”.

Nie ma embarga na alkohol

Niemiecki dziennikarz pisze o innym jeszcze rozwiązaniu, praktykowanym już przez kilku hodowców. Opisuje historię rodziny Hermanowicz uprawiającej owoce już w czwartym pokoleniu.

„Już za czasów komunizmu nie powodziło im się źle: na rynku nie było innych owoców, więc królowały jabłka. Rodzina Hermanowicz sprzedawała owoce także do Rosji. 'Żartowaliśmy, że Rosjanie lubią jabłka jak Związek Radziecki: wielkie i czerwone. W Rosji matka kroiła jabko na kawałki i stawiała je dla wszystkich na stole". W Anglii, gdzie rodzina od czasu wejścia Polski do UE sprzedawała najwięcej owoców, ludzie jedzą jabłka z ręki i chcą drobniejszych odmian. "Kulturowe różnice są ważne nawet dla sadowników" - podkreśla hodowca. Ale od kiedy Anglicy zdecydowali się na Brexit, rodzina sadowników też nie wie, jak będzie rozwijał się interes na Wyspach. Wkrótce mogą zostać wprowadzone cła i kontrole. "Moi angielscy koledzy-sadownicy też są nieszczęśliwi, bo u nich jabłka zbierają przede wszystkim polscy pracownicy i nie wiadomo, czy będą mogli pracować tam jeszcze dalej" - zauważa polski sadownik.

Kilka ton owoców z sadów Hermanowiczów pojechało już do Honkongu i Indii. Przed magazynem ciężarówka załadowuje właśnie 20 ton przeznaczonych do Dubaju. Także Katar zaopatruje się u nich w jabłka. Marcin Hermanowicz opowiada, że razem z przyjacielem robią teraz cydr, który sprzedają do modnych barów w Warszawie. Ostatnio wysłali 5 tys. butelek do Moskwy. Nie minęły cztery tygodnie, a dostali następne zamówienie. - My, Polacy nie możemy co prawda Rosjanom sprzedawać naszych jabłek, ale putinowskie embargo nie obejmuje alkoholu”.

 

Opr.: Małgorzata Matzke

 

Reklama