Sanatorium, wspomnienia i uznanie. Znaki Nadziei pomaga ocalałym z Holokaustu | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 15.09.2018
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Sanatorium, wspomnienia i uznanie. Znaki Nadziei pomaga ocalałym z Holokaustu

Od ponad 40 lat stowarzyszenie Znaki Nadziei współpracuje w Polsce z byłymi więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych i robotnikami przymusowymi.

Zdjęcie grupowe przed frankfurckim ratuszem Zeichen der Hoffnung e.V. (ZdH) (Daria Schefczyk/ZdH)

Uczestnicy pobytu organizowanego przez Znaki Nadziei

Od ponad 40 lat stowarzyszenie Znaki Nadziei - Zeichen der Hoffnung e.V. współpracuje w Polsce z byłymi więżniami niemieckich obozów koncentracyjnych i robotnikami przymusowymi. Stowarzyszenie działa przy kościele ewangelickim we Frankfurcie nad Menem. 

Na zaproszenie Znaków Nadziei we wrześniu 2018 r. do Niemiec przybyło dwadzieścia osób na organizowany  rokrocznie, dwutygodniowy pobyt rehabilitacyjny w klinice Median Rehaklinik w Wiesbaden. W Polsce podobne wyjazdy organizowane są do Kołobrzegu.

Przyjazd do Niemiec to zawsze też okazja do podzielenia się z tutejszą młodzieżą bolesnymi, wojennymi wspomnieniami. 

Zdjęcie grupowe przed frankfurckim ratuszem(Daria Schefczyk/ZdH)

Zdjęcie grupowe przed frankfurckim ratuszem

Maria Stroińska przez lata nie chciała kontaktu z Niemcami. Także do Muzeum w Oświęcimiu pojechała dopiero 50 lat po wojnie. Zobaczyć miejsce, do którego z powstania warszawskiego trafiła z grupą dzieci. Miała wtedy 11 lat. Rodzina mieszkała na warszawskiej Woli. Ojciec został rozstrzelany, matka postrzelona w nogę. Siostra mamy z siedmiorgiem dzieci zginęła w powstaniu. Pani Marii towarzyszy w Wiesbaden wnuczka – studentka Dominika Staudt. Maria Stroińska miała wystąpienie w ratuszu we Frankfurcie i spotkała się z młodzieżą szkolną. „Trzeba podtrzymywać ten płomień nadziei między naszymi narodami" - podkreśla.

Ambasadorowie pojednania

„Pamiętam apele, pamiętam kapo, Jopek się nazywał, który strasznie kaleczył dzieci", wspomina Marianna Naróg. Do obozu w Potulicach trafiła w 1941 r., mając 3 lata, na ponad 2,5 roku. Ojciec nie zgodził się podpisać folkslisty. Zabrano  do obozu jego matkę, żonę i ją. Pani Marianna jest w Wiesbaden po raz trzeci i jak twierdzi już okrzepła. Wcześniej było jej trudniej wracać do przeszłości. „My się tu spotykamy i rozmawiamy. To ma ogromne znaczenie dla młodzieży", podkreśla.

Kiedy Janinę Rekłajtis z matką Niemcy podczas powstania wypędzili z domu, miała zaledwie 10 lat. Nie zapomni dwóch nocy na Zieleniaku i żołdaków wyszukujących dziewcząt do gwałtu. Ojciec zginął śmiercią głodową w Buchenwaldzie. One z matką w Auschwitz zostały rozdzielone. „Teraz w Wiesbaden młodzież bardzo uważnie sluchała tego, co mówię. Ci młodzi ludzie przychodzili do mnie potem z płaczem, współczuli", wspomina.   

Na rampie w Auschwitz Jacek Nadolny widział swego ojca po raz ostatni. Także i jego rodzina trafiła tam z powstania. Rozdzielono go z matką. Bardzo chorował. W styczniu 1945 r. połączono 50 matek z dziećmi i posłano do obozu w Berlinie Blankenburgu, do odgruzowywania. „Opowiadamy tu młodzieży o naszych przeżyciach. Jest to wiarygodnie. Można nas dosłownie dotknąć", zaznacza.

Zeichen der Hoffnung - Znaki Nadziei e.V

Daria Schefczyk z Tadeuszem Kowalskim (l) i Edwardem Królewieckim (p)

Dzieciństwo w pasiakach

W grupie posłanej z Auschwitz do Blankenburga był także Bogdan Bartnikowski – autor wydanej w 1969 r. i wznawianej książki „Dzieciństwo w pasiakach". Potem wspomnienia uzupełnił o relacje dzieci z innych obozów. Bogdan Bartnikowski miał 12 lat, kiedy 12 sierpnia 1944 r. dotarł do Auschwitz-Birkenau z pierwszym transportem ludności cywilnej z powstania warszawskiego. 150 chłopców w jego wieku posłano do obozu męskiego. 350 młodszych dzieci razem z matkami do obozu kobiecego. Bogdan Bartnikowski z Jackiem Nadolnym oraz  92-letnim Tadeuszem Kowalskim, który z powstania przez Auschwitz i Buchenwald trafił do sztolni w Plomnitz-Leau, zostaną w Wiesbaden jeszcze na tydzień dłużej. Będą się spotykać z młodzieżą szkolną w regionie. „To jest jakieś drobne zadośćuczynienie" za to nasze zmarnowane dzieciństwo", podkreśla Bogdan Bartnikowski. „Możemy jednak przyjeżdżać tutaj w innej zupełnie roli, w innej sytuacji."  

Stroje wizytowe i sportowe

„Przyjazd grupy Znaków Nadziei to szczególny punkt w naszym kalendarzu", podkreśla ordynator kardiologii w Median Rehaklinik dr. Wolfgang Kremer. Spotka się z grupą także na rozmowie wspomnieniowej, organizowanej dla pracowników kliniki i pacjentów. W programie gości z Polski jest też coś dla ciała: masaże na łóżku wodnym, gimnastyka lecznicza, popularnością cieszy się pływalnia. 

Jako tłumacz i opiekun towarzyszy grupie dyrektorka frankfurckiego biura Znaków Nadziei Daria Szefczyk, pracująca od 20 lat na tym stanowisku. Partner organizacji w Warszawie to Polska Rada Ekumeniczna. Zawiązały się przyjaźnie. „Kiedy są w Warszawie, po prostu dają znać i się spotykamy" - opowiada prof. Aleksander Strasburger. Jego ojciec oraz trzech innych mężczyzn z rodziny straciło życie w obozie Katzbach w Zakładach Adlera we Frankfurcie.

Dwutygodniowy pobyt w Wiesbaden to tym razem siedem spotkań i rautów oraz rozmowy z młodzieżą w szkołach. Spotkanie z politykami w Landtagu Hesji, w ratuszach z wladzami Wiesbaden i Frankfurtu, odwiedziny u przedstawicieli różnych religii. Oczywiście wycieczka statkiem po Renie, ale i wizyta we Frankfurcie na zbiorowej mogile ofiar obozu Katzbach.

Prezes zarządu Znaków Nadziei pastor Düringer liczy na jeszcze 10  lat spotkań z polskimi świadkami II wojny światowej. Jest przekonany, że Znaki Nadziei znajdą własną drogę, by także później kontynuować pracę na rzecz pojednania.  

                                                                             

Reklama