Ruch pro solidarnościowy w Berlinie wspierany przez AFL-CIO | Nieopowiedzian historie POLENHILFE | DW | 08.12.2011
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

30. rocznica stanu wojennego

Ruch pro solidarnościowy w Berlinie wspierany przez AFL-CIO

W 1980 roku w Berlinie Zachodnim nie było żadnych struktur umożliwiających wspieranie ruchu solidarnościowego. Wszyscy myśleli, że komunizm będzie trwał wieki. Dlatego brał pieniądze z USA, żeby to zmienić.

default

Demonstracja prosolidarnościowa w Berlinie Zachodnim

W sierpniu 1980 roku Edward Klimczak miał 36 lat. W Berlinie Zachodnim mieszkał i pracował od siedmiu. Uchodził za jednego z tych nielicznych Polaków na emigracji, „którym się udało”. W 1984 roku tygodnik „Der Spiegel” pisał o nim: „Wyjechał, bo wolał być kelnerem na Zachodzie niż naukowcem w kagańcu na Wschodzie”. W 1976 roku mógł wreszcie kontynuować pracę naukową – na berlińskim Wolnym Uniwersytecie (Freie Universität). Kiedy powstała „Solidarność” Edward Klimczak był pionierem w zachodnioberlińskim środowisku polskich emigrantów, organizującym ruch pro-solidarnościowy w podzielonym mieście i pomoc dla polskiej opozycji. Do śmierci w maju 2011 roku pozostał kluczową postacią tamtejszej Polonii.

Lepiej być czerwonym niż martwym

Reaktionen der Exilpolen

Edward Klimczak, założyciel KOS- Komitetu Obrony Solidarności, na zdjęciu w czasie demonstracji prosolidarnościowej

O początkowym okresie swojej prosolidarnościowej działalności Edward Klimczak zawsze opowiadał z uśmiechem na ustach, ale wtedy, gdy zaczynał, nie było mu do śmiechu. „Oglądałem wiadomości z Gdańska i nie wierzyłem własnym oczom – to było niesamowite!” – wspominał. Zabrał się za organizowanie spotkań na Wolnym Uniwersytecie; informował o tym, co dzieje się w Polsce i skupiał wokół siebie grupę chętnych do pomocy. Wtedy jeszcze nie można było mówić o środowisku polonijnym, zaznaczał. „Większość Polaków miała co innego na głowie” – usprawiedliwiał ich Klimczak. (...) Zachodnioberlińskie środowisko studentów też nie kwapiło się do wspierania ruchu solidarnościowego. „W Niemczech Zachodnich otwarcie mówiono: Lieber rot als tot. Wszyscy zakładali, że komunizm to coś zainstalowanego na wieki i nie da się go zdemontować. Więc lepiej się z tą sytuacją pogodzić, niż walczyć na darmo” – tłumaczył Klimczak.

Troska o dobre relacje z Sowietami

Na początku w Niemczech nie rozumiano polskich robotników. „Katolicyzm strajkujących wydawał się czymś obcym – wspominał Klimczak. – Żadna partia ich nie lubiła, bo nie pasowali do ówczesnych politycznych schematów”. Jego zdaniem istotny wpływ na to miała zachodnioniemiecka Ostpolitik. Niemcy bali się Sowietów. W Bundestagu pojawiały się wprawdzie pojedyncze wystąpienia, takich na przykład polityków, jak Rita Süssmuth i Volker Rühe. Ale „pragmatyczni Niemcy bardziej wierzyli w Kreml i jego atomową potęgę niż w strajkujących w Polsce robotników. Nikt wtedy nie dałby się przekonać, że to już początek końca” – mówił Klimczak.

Reaktionen der Exilpolen

Wojtek Drozdek z Grupy Roboczej Solidarności Berlin Zachodni na wystawie poświęconej drugiej rocznicy powstania Solidarności (1982 r.)

Edward Klimczak opowiadał, że rozmawiał kilkakrotnie z Erwinem Kristoffersonem, ówczesnym szefem wydziału zagranicznego DGB: „Powiedział mi, że nie będzie dawał nam pieniędzy i nie będzie dawał pieniędzy na »Solidarność«. Tłumaczył, że DGB jest członkiem europejskiej organizacji związków zawodowych i ta udziela pomocy Polsce przez Brukselę”.

Brałem pieniądze od AFL-CIO”

Instytucje niemieckie nie dawały żadnych pieniędzy na wsparcie „Solidarności”, podkreślał Klimczak. Żeby je zdobyć, spotkał się w Paryżu z przywódcą amerykańskich związków zawodowych, Lane'em Kirklandem. „Mówię o tym pierwszy raz oficjalnie” – powiedział w rozmowie z Deutsche Welle w maju 2010 roku w Akwizgranie, zaznaczając, że trzydzieści lat później może już o tym opowiedzieć: „Najpierw byłem w Waszyngtonie. Kiedy zastukałem tam na Pensylwania Avenue do związków zawodowych, to powiedziano mi, że go nie ma, ale, że chętnie spotka się ze mną w Paryżu”. Spotkanie odbyło się w 1983 roku. „Kirkland powiedział, że będziemy dostawać pieniądze. To musiało być przeprowadzone oficjalnie, więc założyłem i zarejestrowałem Towarzystwo Solidarność, które miało osobowość prawną i konto. Było kontrolowane przez niemieckie urzędy finansowe. Na nasze konto wpływały pieniądze z USA, ale nie było wiadomo, od kogo. Do tego stopnia byli przezorni – i słusznie – żeby nie wywoływać paniki międzynarodowej: że amerykańskie związki pomagają”. Edward Klimczak przypomina, że propaganda komunistyczna w Polsce przekręcała często nazwę amerykańskich związków zawodowych i zamiast „CIO” mówiła „CIA”, podejmując w ten sposób kolejne próby dyskredytowania ruchu prosolidarnościowego i polskiego podziemia.

Największym wrogiem Solidarności była obojętność Polaków

Polenhilfe Kriegsrecht West-Berlin Exilpolen

Napisy na Murze Berlińskim

Po ogłoszeniu stanu wojennego w Berlinie Zachodnim społeczne zaangażowanie na rzecz Polski nieco wzrosło – wspomina polski emigrant. Klimczakorganizował wówczas ze studentami Freie Universität akcje protestacyjne przeciwko zdelegalizowaniu NSZZ „Solidarność” i internowaniu jego działaczy. Liczbę Polaków w Berlinie Zachodnim po ogłoszeniu stanu wojennego szacował na około 15 tysięcy, ale „znaleźć wtedy 10 osób z tych 15 tysięcy, które by chciały cokolwiek zrobić bezpłatnie, było bardzo trudno. Pamiętam, że na mityngi »Solidarności«, które myśmy organizowali w pierwszych miesiącach stanu wojennego praktycznie co dwa tygodnie, przychodziło bardzo mało Niemców, ale jeszcze mniej Polaków”.

Z inicjatywy polskiego emigranta powstał w Berlinie Zachodnim Komitet Obrony Solidarności (KOS, od 1983 Towarzystwo Solidarność). Klimczak nie tylko organizował demonstracje i protesty przeciwko dyktaturze wojskowej w Polsce, ale i pomagał polskim uchodźcom, ucząc ich na przykład nieodpłatnie niemieckiego. Wtedy też wydał pierwszy numer dwutygodnika „Biuletyn KOS”, który rok później został przemianowany na „Pogląd”. Dwutygodnik był pismem niepodległościowym, w formacie takim jak „Der Spiegel”. Dochody roczne z jego sprzedaży w całej Europie były niemałe – około 100 tysięcy marek. Kilka wydań ukazało się też pod tytułem „Meinung” – w języku niemieckim.

Raz esbecja wpuściła nas w kanał

Berlin Zachodni był bardzo ważny dla „Solidarności” – bardzo blisko stąd do Polski. Kiedy po zawieszeniu stanu wojennego Polacy mogli wyjeżdżać za granicę, do redakcji „Poglądu” w Berlinie przyjeżdżali prawie codziennie jacyś ludzie, brali literaturę zakazaną w Polsce – miniwydania paryskiej „Kultury” i „Poglądu” a także wydania w innych językach. Edward Klimczak ujawnił po latach, że przerzutami tej literatury do Polski zajmował się m.in. Kazimierz Michalczyk z „Solidarności Walczącej” – „Mieliśmy mniej więcej 50 kurierów, którzy przyjeżdżali regularnie co trzy miesiące, co pięć, dwa razy do roku, i zabierali tę literaturę”. Kanałów przerzutowych z Berlina Zachodniego było kilka. Klimczak opowiadał, że najłatwiej było przerzucić wszelkiego rodzaju sprzęt elektroniczny – nadajniki, urządzenia do podsłuchu milicji. „Frasyniuk dostawał od nas takie aparaty. Podsłuchiwali esbecję.

Polenhilfe Kriegsrecht Solidarnosc

Edward Klimczak z Romanem Śmigielskim w Akwizgranie w 2009 roku

W przemycie ciężkiego sprzętu poligraficznego z Niemiec do Polski pomagał kopenhaski komitet „Støt Solidarność” którym kierował Roman Śmigielski. Polscy emigranci w Danii mieli ścieżkę przerzutową do Polski przez Szwecję, głównie dzięki Marianowi Kalecie. „Przez NRD było trudno cokolwiek przerzucić, więc wspomagaliśmy kolegów z Niemiec” – wyjaśnia Marian Śmigielski, zaznaczając, że po trzydziestu latach może to zdradzić; wtedy udawał, że nic nie wie.

Był jeszcze inny kanał przerzutowy dla maszyn i powielaczy – barkami, które pływały między Berlinem i Polską. „I teraz wyszło na jaw, w dokumentach znalezionych w IPN, że to była esbecja, która zorganizowała ten kanał po to, żeby nas wpuścić w kanał i to im się dobrze udało” – powiedział w maju 2010 roku w Akwizgranie Edward Klimczak.

Autor: Barbara Cöllen/Róża Romaniec

red: Agnieszka Rycicka

Reklama