Prywatne organizacje pomocowe na Morzu Egejskim są niepożądane | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 23.02.2016
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Prywatne organizacje pomocowe na Morzu Egejskim są niepożądane

Organizacje pozarządowe ratują przed utonięciem setki uchodźców na Morzu Egejskim. Pomoc wolontariuszy utrudnia grecka straż nadbrzeżna.

Mittelmeer Sea Watch Seenotrettung

Sandra Hammamy z organizacji pozarządowej "Sea-Watch" podczas pracy

Sandra Hammamy ubrana w żółty, chroniący ją przed chłodem skafander płetwonurka siedzi z załogą w motorowej łodzi pontonowej. Właśnie krążą po przybrzeżnych wodach wyspy Lesbos i wypatrują na morzu uchodźców. Panuje szturmowa pogoda. Woda ma zaledwie 4 stopnie Celsjusza. – W takie dni mamy zawsze nadzieję, że nikt nie odbije od brzegu w Turcji, bo to nie mogłoby się dobrze skończyć – mówi ratowniczka.

Sandra Hammamy pracuje jako wolontariuszka dla prywatnej inicjatywy „Sea-Watch”. Właśnie jest w drodze z trzema innymi kolegami. Kiedy zauważają łódź z uchodźcami, wskazują im drogę do bezpiecznej plaży lub, jeśli zachodzi potrzeba, holują ją tam. Wybrzeże greckiej wyspy Lesbos jest wyjątkowo skaliste i nieprzystępne.

Mittelmeer Sea Watch Seenotrettung

Nawet w chwilach wolnych od pracy uchodźcy są nadal w centrum uwagi

Zanim wolontariusze pojawili się tutaj, liczne łodzie z uchodźcami rozbijały się o skały i wielu z nich ginęło. – Jestem oburzona, że nasi politycy lekceważą śmierć tych ludzi – mówi Sandra Hammamy. – Chcę temu zapobiec – dodaje.

Spokój po zatonięciu łodzi

Dopiero dzień wcześniej zatonęła wielka łódź z uchodźcami u tureckich wybrzeży. – Kiedy do tego dochodzi, na jakiś czas zapada spokój – tłumaczy wolontariuszka. Gdyż przemytnicy nie mają odwagi wysyłać kolejnych uchodźców, ze strachu, że negatywne nagłówki gazet mogą sprowadzić na nich obławę.

Pomimo tego załoga wolontariuszy codziennie już od świtu zaczyna kontrolować przybrzeżne wody i pozostaje na nich przez 8 godzin. Potem zawija do portu wioski rybackiej Tsonia. – Za każdym razem, kiedy nie ma ofiar śmiertelnych, możemy dzień uznać za udany – mówi Sandra, z zawodu politolog. Na Lesbos jest już od 7 tygodni i w tym celu zwolniła się z pracy. Swoją najtrudniejszą jak dotąd akcję przeżyła zaraz na początku pobytu. Panował sztorm i z centrali koordynującej pracę wolontariuszy załoga jej łodzi otrzymała informację o tonącym pontonie z uchodźcami. – Ludzie byli już w wodzie i chwyciłam pierwszego z brzegu. To była mała dziewczynka – wspomina Sandra Hammamy. Ratowanie tonących wymaga siły. Odzież nasiąknięta jest wodą, nawet dorośli uchodźcy są wyczerpani i w niewielkim stopniu mogą ratownikom pomóc. Załoga Sandry wyratowała wtedy 20 osób, jednak dwie utonęły.

Urzędy utrudniają pomoc

Tymczasem prowadzenie takich akcji staje się coraz trudniejsze. Greckie władze utrudniają pracą organizacji pozarządowych na Lesbos. „Sea-Watch” oraz inne organizacje pozarządowe dysponujące łodziami pontonowymi nie mogą już oficjalnie patrolować przybrzeżnych wód. Poinformowała o tym w oficjalnym piśmie grecka straż przybrzeżna. W myśl tego wolontariusze mogą ratować tonących tylko wtedy, kiedy zostaną o to poproszeni. W połowie stycznia br. greckie władze aresztowały 5 członków zaprzyjaźnionej organizacji pozarządowej zamykając też centralę nadawczą. Przyczyna jest prosta. Rośnie presja na władze w Grecji. Liczni politycy europejscy zarzucają jej nieudolność i brak woli, by zahamować strumień napływających uchodźców. Praca wolontariuszy prowadzi do tego, że uchodźcom łatwiej jest ocenić ryzyko przepłynięcia Morza Śródziemnego i dlatego coraz więcej decyduje się na taką przeprawę. Dla Sandry Hammamy to mylny wniosek. W jej opinii, ten, kto ucieka przed wojną i terrorem jest gotów na każde ryzyko.

Władze greckie zagroziły konsekwencjami również załodze Sandry z organizacji „Sea-Watch”. Mimo tego zdecydowali się dalej pracować. – Ratujemy ludzkie życie i jesteśmy tu potrzebni – mówi działaczka.

Viktoria Kleber / Alexandra Jarecka

Reklama