Prasa: Europa doszła do pewnej granicy | Niemiecka prasa o Polsce i po polsku – komentarze i omówienia | DW | 24.11.2012
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Prasa

Prasa: Europa doszła do pewnej granicy

Niemiecka prasa szeroko komentuje fiasko brukselskiego szczytu , gdzie negocjowano przyszły budżet UE.

"Znikąd nie widać ratunku" - uważa Suedwest Presse. "Nawet największych optymistów ogarnia zwątpienie w obliczu niekończących się bolączek Europy. Wrażenie, że ten twór, który nigdy nie był homogeniczny, zupełnie się sypie, nie jest takie błędne. Co prawda rządy, Komisja i parlament już zawsze toczyły spory, kiedy chodziło o pieniądze. Ale jeszcze nigdy już na wstępie szczytu tak głośno nie mówiono o jego fiasku i przełożeniu go na później. 27 państw członkowskich, z których kilka jest w dramatycznej sytuacji, ma zdaje się zbyt wiele przeciwstawnych interesów, by móc dojść do porozumienia. Ta wyjątkowa wspólnota, która powstała w ciągłym procesie prób i błędów, osiągnęła pewną granicę".

Tagesspiegel twierdzi, że "Byłoby zbyt proste, by Cameronowi przypisać rolę czarnego charakteru w brukselskim pokerze z miliardowymi stawkami. Brytyjczycy dotknęli bardzo bolącej rany wskazując na to, że kasa wspólnoty ze swym gigantycznym budżetem agrarnym nie odpowiada w ogóle wymogom XXI wieku. Lecz przy ponownych negocjacjach Cameronowi nie uda się totalne przenicowanie unijnego budżetu. Zamiast tego będzie on musiał wyrugować podejrzenie, że w gruncie rzeczy nie miałby nic przeciwko temu, gdyby cała ta brukselska machina dystrybucji pieniędzy zajechała się na śmierć. Gdyby tak się stało, wtedy Cameron musiałby postąpić uczciwie w innym punkcie i przygotować swój kraj do referendum, w którym zadecydowanoby o pozostaniu Wielkiej Brytanii we wspólnocie".

Sueddeutsche Zeitung zaznacza: "Wspólny sens można znaleźć tylko wtedy, gdy zaakceptuje się różnorodność europejskich państw. Do krajów tych należy, ze wszystkimi swymi słabymi i mocnymi stronami, także Wielka Brytania. Fantasmagorie o Europie są dziś zupełnie nie na miejscu. Fantazowanie o wielkim politycznym skoku w kierunku Zjednoczonych Krajów Europy rozbiją się o twardą rzeczywistość. Spójność Europy bierze się nie z ideału, lecz ze zdolności do uzyskania koniec końców takiego porozumienia, z którego korzyść wynosi każdy: Polacy i Brytyjczycy, Grecy i Finowie. Jeżeli ceną za to jest kilka miliardów mniej w europejskiej kasie, to warto ją zapłacić".

Mitteldeutsche Zeitung pisze: "Odbiorcom unijnej pomocy brak jakoś wyczucia w odniesieniu do coraz większych trudności państw-płatników, które u siebie w domu muszą się usprawiedliwiać, że na Unię przeznaczają pieniądze, których brak jest w kraju. Byłoby inaczej, gdyby miliardy na infrastrukturę w ubiegłych latach zostały wydane w rozsądniejszy sposób i przyczyniły się do poprawy gospodarki na wschodzie i południu Europy. Ale jeżeli z 80 wspieranych obszarów tylko 20 osiągnęło stan, w którym będzie można pomyśleć o wygaśnięciu dotacji, to jest to zbyt mało. Co Hiszpania, Grecja, Portugalia i Włochy zrobiły z tymi całymi pieniędzmi? Z pewnością nie zasiliły one gospodarki".

Kieler Nachrichten zaznacza, że "Szefowie państw i rządów są tak skłóceni, bo wszystkim chodzi tylko o własną korzyść. A już najbardziej David Cameron obstaje przy "brytyjskim rabacie", podczas gdy państwa takie jak Hiszpania czy Grecja ledwo zipią i im najbardziej przydałyby się impulsy wzrostu. Wciąż nasuwa się pytanie, czy Europa w ogóle jest jeszcze zdolna do przeżycia, a jednocześnie jest świadomość, że bez Wielkiej Brytanii nic by się nie dało zrobić. Tyle, że z Wielką Brytanią z roku 2012 to się nie powiedzie".

Małgorzata Matzke

red.odp.: Bartosz Dudek

Reklama