Polski rok w UE. Duże pieniądze, ale nie za praworządność | UE-Polska-Niemcy – Wiadomości po polsku | DW | 31.12.2020
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Europa

Polski rok w UE. Duże pieniądze, ale nie za praworządność

Rok 2020 upłynął Polsce w Unii przy odwilżowych wysiłkach Ursuli von der Leyen. Wybuchy eurosceptycyzmu, zmieszanego z propagandą anty-LGBT, odstraszały Brukselę. Ale cieszy ją zgoda Polski na przyspieszenie klimatyczne.

Rok 2020 upłynął Polsce w UE przy odwilżowych wysiłkach Ursuli von der Leyen

Rok 2020 upłynął Polsce w UE przy odwilżowych wysiłkach Ursuli von der Leyen

Nad niemal całym ostatnim rokiem w Brukseli wisiały rokowania co do siedmioletniego budżetu UE na lata 2021-27 (lutowy szczyt w tej sprawie zakończył się fiaskiem), do którego w maju dodano projekt Funduszu Odbudowy. Było od początku jasne, że elementem tego pakietu budżetowego musi być powiązanie funduszy z praworządnością (żelazny wymóg paru krajów UE), ale jednocześnie ten pakiet musi zyskać konsensus 27 krajów Unii, a zatem nową regułę trzeba skroić tak, by przełknęła ją Polska oraz Węgry.

Do wstępnego kompromisu co do „pieniędzy za praworządność” doszło na lipcowym szczycie UE. W Brukseli od razu nie brakowało głosów, że Warszawa i Budapeszt będą potrzebować – także na użytek wewnątrzkrajowego teatru politycznego – jeszcze jednej „bitwy” na szczycie, ale jesienią radykalizm haseł głównie ze strony Viktora Orbana zaczął na poważnie podsycać wielkie wątpliwości, że jednak możliwy jest kompromis. Skończyło się zgodnie z oczekiwaniami – Polska i Węgry musiały pogodzić się z prestiżowo-polityczno porażką, czyli regułą „pieniądze za praworządność”. Ale z drugiej strony ta reforma jest tak rozwodniona (oraz na grudniowym szczycie de facto odwleczona), że przynajmniej w przypadku Warszawy nie stanowi teraz rzeczywistego zagrożenie dla wypłat.

Szczyt UE w Brukseli

Szczyt UE w Brukseli

Unijne manewry wokół rozwadniana reguły „pieniądze za praworządność” zaczęły się już w 2019 r., ale przez ostatni rok towarzyszyły im odwilżowe zabiegi Ursuli von der Leyen, szefowej Komisji Europejskiej. Następczyni Jeana-Claude’a Junckera usiłowała znacznie obniżyć temperaturę sporów praworządnościowych z Warszawą, a dotychczas z tej linii całkowicie nie zepchnęły jej nawet – idące wbrew wysiłkom „nowego otarcia” – kolejne inicjatywy ministra Zbigniewa Ziobry (np. ustawa kagańcowa). Komisja nie uchylała się od postępowań przeciwnaruszeniowych wobec Polski, ale ich kolejne etapy były bardzo odwlekane przez Brukselę (za jeden z powodów podawano pandemię). Ponadto ta unikała rozstrzygnięcia wątpliwości wokół niekompletnego zamrożenia Izby Dyscyplinarnej SN. W swoim zwykłym tempie polską praworządnością zajmował się tylko Trybunał Sprawiedliwości UE (TSUE).

Obóz rządzący a LGBT

Brukselę odstraszały wybuchy silnie eurosceptycznej, a czasem wręcz antyunijnej propagandy w obozie rządzącym w Polsce, m.in. przy szukaniu winnych za uciążliwość pandemii, w czasie sporów o „strefy wolne od ideologii LGBT”, a także w ramach odświeżonej, choć prowadzonej już co najmniej od 2017 r. kampanii na rzecz eliminowania pojęcia „gender” z wszelkich dokumentów unijnych.

Komisja Europejska latem zdecydowała się nawet na odebranie finansowania (bardzo małego jak na budżet UE) dla paru programów polskich gmin czy miasteczek „wolnych od ideologii LGBT”. Ale choć władze różnych szczebli w Polsce, pomimo napomnień z Brukseli, uporczywie pomijają informacje o finansowaniu z Unii, to nowy unijny pakiet finansowy okazał się dość hojny dla Polski.

Duże cięcia w polityce spójności dla Polski, które wprowadził projekt siedmioletniego budżetu przedłożony już w 2018 r., przypisywano częściowo osłabieniu pozycji negocjacyjnej Polski z powodu sporów praworządnościowych. Ale w tym roku (choć powody tych sporów nie wygasły, a projekty budżetowe zwykle zmienia się tylko w dół) dorzucono Warszawie około dwa miliardy euro w spójności. Głównymi beneficjentami Funduszu Odbudowy uczyniono kraje Południa (kryzys najmocniej uderzył w ich gospodarki) oraz Polskę z innymi krajami „młodszej części” Unii, bo ich biedniejsze gospodarki mają najmniej zasobów, by podźwignąć się po zapaści pandemicznej. W efekcie Polsce ze wspólnej kasy unijnej przydzielono łącznie 123 mld euro dotacji.

Przyjaźniej dla klimatu?

Polska ma zasłużoną opinię hamulcowego w sprawie polityki klimatycznej, ale przed rokiem szef Rady Europejskiej Charles Michel zaproponował premierowi Mateuszowi Morawieckiemu fortel – zgodę na neutralność klimatyczną całej Unii do 2050 r., ale z zastrzeżeniem, że „jedno państwo UE” (czyli Polska) jeszcze nie jest w stanie podjąć się tego zobowiązania na poziomie krajowym. Sprowokowało to ostrą krytykę wobec Michela za robienie uników, ale – jak przynajmniej teraz się wydaje – jego pomysł mocno odblokował brukselskie dyskusje o redukcjach CO2.

Protest klimatyczny w Krakowie (grudzień 2019)

Protest klimatyczny w Krakowie (grudzień 2019)

Opory Warszawy wobec „neutralności klimatycznej” chyba utrudniły w lipcu obronę Funduszu Sprawiedliwej Transformacji przed cięciami, ale w grudniu Morawiecki po ośmiu godzinach sporów na szczycie UE zgodził się za dość mglistą zapowiedź dodatkowych pieniędzy na podwyższenie unijnego celu redukcyjnego na 2030 r. do 55 proc. To utrzyma Unię na ścieżce do neutralności w 2050 r., a niewykluczone, że już taka zgoda Polski na „prawo klimatyczne” (z nowym celem na 2030 r.) odblokuje połowę polskiego przydziału w Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, czyli około 1,75 mld euro zamrożonych z racji braku formalnego poparcia dla neutralności klimatycznej w 2050 r.

Mniej chłodno z Macronem?

Tarcia, wstrząsy i burze w relacjach z Brukselą z ostatnich lat mocno podkopywały reputację, zdolności koalicyjne oraz skuteczność władz Polski na forum unijnym. Ale z drugiej strony powtórna wygrana PiS w wyborach parlamentarnych jesienią 2019 r. (a potem reelekcja Andrzeja Dudy ostatniego lata) nie tylko w Brukseli, ale i w kluczowych stolicach Unii wzmocniły tendencje na rzecz swoistej „normalizacji” czy też – jak powiedzieliby ostrzy krytycy PiS – „appeasementu”. Niemcy ze względu na historię, geografię oraz więzi gospodarcze zawsze były przypadkiem szczególnym, ale w kończącym się roku również prezydent Emmanuel Macron włączył Polskę do swych planów politycznego penetrowania Europy Środkowo-Wschodniej, którą Francja w wewnątrzunijnych grach wcześniej zwykła pozostawiać Berlinowi.

Francja w ślad za Niemcami także stawia na „szufladkowe” podejście do Polski („spory praworządnościowe nie muszą zupełnie skażać współpracy w innych tematach unijnych”). Stąd ostrożne próby reaktywacji Trójkąta Weimarskiego – styczniowe spotkanie ministrów ds. europejskich Francji, Niemiec i Polski oraz lutowa wizyta Macrona w Warszawie, a także wstępne plany co do szczytu weimarskiego, które udaremniła pandemia.

Pozostawanie Polski poza eurostrefą oraz potęgowana konfliktami o sądownictwo niechęć Warszawy do zacieśnienia koordynacji unijnej sprawiają, że w trójkącie Francja-Niemcy-Polska raczej nie mogą powstawać strategiczne inicjatywy co do przyszłości Unii. Pomimo to Berlin oraz – to Macronowa nowość – Paryż w ostatnich miesiącach poszukiwał wsparcia Polski w promowaniu korekt w unijnej polityce konkurencji.

Obejrzyj wideo 02:42

Jak się żyje osobom LGBT w Europie?

Reklama