Niemcy zarabiają za mało? | Niemiecka gospodarka, fakty, analizy, dane, prognozy | DW | 26.11.2012
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Gospodarka

Niemcy zarabiają za mało?

W wielu krajach Europy pracownicy zarabiają za dużo, w Niemczech za to za mało - twierdzą ekonomiści z Instytutu Makroekonomii i Badań nad Koniunkturą (IMK).

Kto chce dobrze zarabiać, ten powinien postarać się o pracę w takich krajach jak Belgia, Szwecja, Dania, Francja czy Luksemburg. Płace w sektorze przemysłowym jak i w usługach są tam wyższe niż w Niemczech. W Belgii średnie zarobki brutto za godzinę wynoszą 39,30 euro, w krajach skandynawskich są niewiele niższe. W unijnym rankingu Niemcy zajmują siódmą pozycję. Średnia płaca brutto za godzinę wynosi tu 30 euro. Biorąc pod uwagę produktywność, niemieckie płace powinny być o 16 procent wyższe - uważa Gustav Horn, dyrektor Instytutu Makroekonomii i Badań nad Koniunkturą (IMK) przy Fundacji im. Hansa Böcklera.

"Fatalne skutki dla konkurencyjności"

Portraet von Gustav A. Horn, Konjunktur-Experte des Deutschen Instituts fuer Wirtschaftsforschung (DIW) der in Berlin am Dienstag, 6. Januar 2004, die Konjunkturprognose 2004/2005 seines Institutes der Presse vorstellt. (AP Photo/Roberto Pfeil)

Gustav Horn

Niemiecki ekonomista argumentuje, że państwa eurolandu nie mają możliwości denominacji swojej waluty. Dlatego potrzebny jest tu inny wskaźnik ekonomicznej równowagi. Takim wskaźnikiem jest stosunek płac i produktywności. - Unia walutowa to właściwie porozumienie między państwami członkowskimi o dotrzymywaniu wspólnego celu inflacyjnego. W eurolandzie to około dwóch procent. To ma oczywiście wpływ na pole manewru co do wzrostu płac - tłumaczy Horn. Dlatego, jego zdaniem, płace od początku unii walutowej mogły wzrosnąć jedynie o dwa procent. W państwach dotkniętych kryzysem wzrost płac był znacznie wyższy, Niemcy z kolei rezygnowali z podwyżek. A to ma fatalne skutki dla konkurencyjności. Ta w państwach dotkniętych kryzysem spadła, a Niemcy stały się zbyt mocne we wspólnocie - dodaje ekonomista. - To na pierwszy rzut oka brzmi dobrze, ale na dłuższą metę nie jest dobrą strategią. Wyniki bazują na długach innych krajów. To przez jakiś czas może funkcjonować, ale nie na długo, jak okazało się w ostatnich latach - tłumaczy. Dlatego postuluje, by państwa członkowskie uzgodniły "ścieżkę stabilności" w ramach inflacji. Ten pomysł nie znalazł jak dotąd zwolenników ani wśród polityków, ani wśród biznesmenów. Dotąd obowiązywała maksyma, że im niższe koszty, a więc i płace, tym lepsza konkurencyjność, a tym samym obroty i zatrudnienie.

Druga strona medalu

Dla Gustava Horna to tylko jedna strona medalu. - Niskie płace oznaczają niższe dochody, a to z kolei niższy popyt i niższe zatrudnienie. Mamy więce sprzeczne efekty i dlatego trzeba znaleźć tu optymalną ścieżkę. W obecnych warunkach, przy tym celu inflacyjnym, oznacza to, że niemieckie płace powinny wzrosnąć rocznie średnio o trzy do trzech i pół procent - postuluje ekonomista.

Po długiej przerwie dopiero w 2011 roku niemieckie płace wzrosły o taki odsetek. Według prognoz Instytutu Makroekonomii i Badań nad Koniunkturą (IMK) w 2012 i 2013 roku niemieccy pracownicy mogą liczyć na podwyżki rzędu 2,5-2,6 procent. Ale, zdaniem tej bliskiej związkom zawodowym placówki, to nie wystarczy. Żeby opanować kryzys konkurencyjności w eurolandzie należałoby podnieść płace w niemieckiej gospodarce o 16 procent - uważa Gustav Horn.

Sabine Kinkartz / Bartosz Dudek

red. odp.. Andrzej Pawlak