Najpierw są uchodźcami, potem bezdomnymi | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 28.10.2013
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

Najpierw są uchodźcami, potem bezdomnymi

Uciekają przed wojną, przemocą i biedą. Afgańczycy nadal stanowią największą grupę uchodźców w Unii Europejskiej. Często jednak zamiast zacząć nowe, lepsze życie, lądują na ulicy. Na przykład w Brukseli.

Ramin i Wahidi, afgańscy uchodźcy w Brukseli

Ramin i Wahidi, afgańscy uchodźcy w Brukseli

W odległości około 300 m od Parlamentu Europejskiego 80 Afgańczyków zajęło niepozorny, trochę zaniedbany budynek. Wśród nich są również kobiety i dzieci. – Gdybyśmy nie zajęli tego domu, musielibyśmy nocować na dworcu - wyjaśnia 22-letni Wahidi.

- W Brukseli około 400 Afgańczyków żyje na ulicy. Większość stanowią rodziny bez legalnego statusu, bez dachu nad głową, bez pracy – mówi Jessica Blommaert, ekspertka ds. azylowych belgijskiej organizacji pozarządowej CIRE. Rzeczywista liczba jest według niej znacznie większa.

Wahidi złożył niejeden wniosek o azyl. Za każdym razem otrzymywał odpowiedź odmowną.

- W podobnej sytuacji jest około 40 procent Afgańczyków ubiegających się o azyl. Z Belgii wydala się rokrocznie od 15 do 20 – wyjaśnia aktywistka Blommaert.

Afganistan bezpiecznym krajem?

Bildtitel: Wahidi Bildinhalt: Wahidi, afghanischer Flüchtling Kamera: Markus Böhnisch (DW) Brüssel 2013

- Żyję, ale już nic nie mam - mówi Wahidi

Również Wahidi ma opuścić Belgię, ale dobrowolnie. Ponieważ władzom belgijskim znane są zagrożenia w Afganistanie, stawiają na wolność wyboru. Ci, którym odmówiono statusu uchodźcy mogą albo wegetować na ulicy, albo wracać dobrowolnie do kraju. - Ci, którzy zdecydują się na takie rozwiązanie, mają do chwili wydalenia zagwarantowany dach nad głową. Wielu się w końcu na to godzi – twierdzi ekspertka z organizacji CIRE.

Ale Wahidi boi się wracać. Jest przekonany, że w Afganistanie czeka go śmierć.

Bezpiecznie, tylko ludzie giną

Belgia oficjalnie uznała niektóre regiony Afganistanu za bezpieczne. Ale ONZ donosi raz po raz o dramatycznej sytuacji powracających do kraju uciekinierów. Liczba ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej rośnie z roku na rok.

Według danych Misji Wsparcia Narodów Zjednoczonych w Afganistanie (UNAMA) w 2012 roku odnotowano spadek do ok. 2700 zabitych i 7500 rannych.

Blommaert liczy się jednak z ponownym wzrostem przemocy po wycofaniu się sił międzynarodowych z tego kraju.

Również Wahidi jest przekonany, że w jego kraju grozi powracającym uciekinierom niebezpieczeństwo. Opowiada o rodaku, którego warunki życia na ulicy zmusiły do tak zwanego dobrowolnego powrotu do kraju. Pół roku później został zabity przez talibów. - Po sześciu latach życia na ulicy w Brukseli, wrócił do domu. Teraz nie żyje – mówi Wahidi.

Ślady na duszy

Na pierwszy rzut oka Wahidi jest normalnym, silnym młodym człowiekiem. Ma krótko obcięte włosy i wygląda jak każdy zachodni rówieśnik. Ucieczka do rzekomo lepszego życia wyryła głębokie ślady na jego duszy.

- Żyję jakby w zawieszeniu, nie wiem, która godzina. Każdy dzień oznacza dla mnie stres i konfrontację z nowymi problemami.

Wahidi jest od co najmniej pięciu lat w drodze. W bagażu przywiózł do Europy marzenie o nowym życiu: - Chciałem przyjechać do Europy, żeby pójść tu do szkoły, potem pracować i pomagać rodzinie i innym, którzy tego w moim kraju potrzebują – wyjaśnia.

Całą gotówkę zainwestował w ucieczkę. 5000 dolarów kosztowała go podróż z Grecji do Włoch.

- My płacimy za przelot na tej trasie ok. stu euro, Afgańczycy płacą o wiele więcej, przy tym podróżują nielegalnie i z narażeniem życia. To absurd - stwierdza Nicolas Robert, pracownik socjalny z Brukseli. Większość Afgańczyków inwestuje w ucieczkę z kraju od 15 do 20 tysięcy dolarów. – To dla tych ludzi majątek – podkreśla Robert.

Wahidi zaczyna pomału żałować, że wybrał się w drogą w nieznane, mimo że czeka go w kraju niechybna śmierć. – Wydałem wszystkie pieniądze, które dała mi rodzina. Po co to wszystko? Co prawda żyję, ale nic już nie mam. To jak śmierć - mówi. Wahidi dodaje, że niepewność „wszystkich tu wykańcza. Ludzie stają się agresywni, z nikim nie rozmawiają i boją się”.

Raper Ramin

Wreszcie pojawia się następny rozmówca, Ramin. Młody Afgańczyk właśnie wrócił ze szkoły. Ten osiemnastolatek jest raperem, lubi robić zdjęcia i pomaga rodakom. Zna już flamandzki, biegle mówi po francusku i angielsku. Dotychczas nie mógł narzekać na życie w Belgii. – Dopóki postępowanie azylowe jest w toku, wnioskodawcy mogą liczyć na zakwaterowanie, wyżywienie i edukację – wyjaśnia pracownik socjalny Robert. Dlatego Ramin mieszka ze swoją matką i bratem w mieszkaniu socjalnym.

Bildtitel: Ramin 1 Bildinhalt: Ramin Samadzai, afghanischer Flüchtling Kamera: Markus Böhnisch (DW) Brüssel 2013

Rapera Ramina też czeka "dobrowolny" powrót do Afganistanu

Jego ojciec był w Afganistanie krawcem – szył również damską odzież. Również z tego powodu nie wolno mu było w czasach talibów dalej pracować w tym rzemiośle. Jego rodzina musiała uciekać. Najpierw udali się do Pakistanu. Tam umiera ojciec. – Przeważnie poruszaliśmy się w nocy. Nikt nie mógł nam powiedzieć, gdzie jesteśmy. Pewnego dnia przeprawiliśmy się plastikową łodzią na 15 osób do Europy. Łódź miała może dwa metry długości – opowiada Ramin. – Nie mogę dalej o tym mówić. To była najgorsza noc w moim życiu. Myślałem, że wszyscy zginiemy.

Ale ocaleli.

Brak miejsca na marzenia

Marzenie Wahidisa o dachu nad głową szybko pierzchło. Tuż po wizycie dziennikarzy Deutsche Welle belgijska policja wkroczyła w środku nocy do okupowanego budynku i wysadziła uciekinierów na bruk.

Co przyniesie jutro

Również życie Ramina stało się w Belgii niepewne. Niedawno władze po raz drugi odrzuciły wniosek jego rodziny o azyl. Teraz i im grozi utrata mieszkania. Ramin ma 18 lat, więc może już sam złożyć wniosek. Jeżeli zostanie odrzucony, również on będzie miał wkrótce do wyboru: albo żyć na brukselskiej ulicy, albo wracać do kraju, który parę lat temu opuścił z narażeniem życia.

DW / Iwona D. Metzner

red. odp.: Elżbieta Stasik

Reklama