″Mąż mówił, że jestem jego własnością″ | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 27.07.2012
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Społeczeństwo

"Mąż mówił, że jestem jego własnością"

W ramach obchodzącej właśnie 10 lat inicjatywy „Interkulturelle Initiative” imigrantki pomagają imigrantkom. Także Polki – Polkom. To jedyny tego typu dom opieki dla kobiet w Niemczech.

„Mój mąż mówił, że jestem jego własnością i może ze mną zrobić, co chce. Bił mnie nawet na ulicy. Mówił, że nikt mi nie pomoże, i miał rację. Ludzie odwracali wzrok i szli dalej”. Affoue Konan przyjechała do Niemiec wraz z mężem 17 lat temu. W Afryce, w obecności rodziny, Konan jeszcze się hamował. W nowej ojczyźnie stał się tyranem – zamykał ją w domu, izolował od świata, a przede wszystkim bił, nawet kiedy była w ciąży.

Kilkanaście lat minęło, zanim Affoue zdecydowała się na ucieczkę. Wiedziała przed czym ucieka, ale nie wiedziała dokąd – nie znała niemieckiego, nie miała pracy, nie wiedziała dokąd pójść. W kolejnych domach opieki odnajdywał ją mąż. Nowe życie udało jej się rozpocząć dopiero dzięki „Interkulturelle Initiative”.

Wieża Babel

Louise Baghramian, Leiter der „Interkulturellen Initiative“; Mai 2012, Berlin; Copyright: DW/M. Wisniewski

Louise Baghramian

Losy Affoue to jedna z historii 1800 kobiet, których w ciągu ostatnich 10 lat wysłuchała Louise Baghramian. Drobna Iranka z szerokim uśmiechem nie opuszczającym twarzy sama musiała 30 lat temu uciekać z ojczyzny. Uczestniczka rewolucji islamskiej po roku w więzieniu w Teheranie nie widziała tam dla siebie przyszłości.

W Berlinie pracowała w domu opieki dla kobiet. „Ponad połowa tych kobiet to były imigrantki - opowiada Louise – „Ale cały system pomocy w Niemczech w ogóle nie był nastawiony na pomoc dla takich kobiet. Nikt nie wiedział, jak sobie radzić z ich specyficznymi problemami”. Nikt nie pomagał tym kobietom w kwestiach pobytowych, w znalezieniu pracy, w urzędach, nikt prawie w ogóle z nimi nie rozmawiał, bo personel mówi tylko po niemiecku.

Tak narodził się pomysł założenia „Interkulturelle Initiative”. „Imigrantki pomagają tu imigrantkom – ta dewiza towarzyszy nam od 10 lat” – mówi Louise. Poradnia dla kobiet w berlińskiej dzielnicy Zehlendorf to prawdziwa wieża Babel. W budynku słychać turecki, arabski, perski, rosyjski, polski. „Kobiety, które same są imigrantkami, potrafią lepiej wczuć się w sytuację imigrantek potrzebujących pomocy” – tłumaczy Liliana – Polka, jedna z 13 pracownic socjalnych w „Interkulturelle Initiative”.

Dyskrecja przede wszystkim

Das Haus, in dem sich die „Interkulturelle Initiative“ befindet; Mai 2012, Berlin; Copyright: DW/M. Wisniewski

W tym domu mieści się poradnia „Interkulturelle Initiative”

Poradnia to tylko jeden z elementów placówki. Obok niej działa jeszcze dom opieki dla kobiet, w którym mogą one zostać do trzech miesięcy. Jeśli po tym okresie nadal potrzebują pomocy i schronienia, mogą mieszkać przez dwa lata uczestnicząc w tzw. programie mieszkaniowym. Właśnie jego podopiecznymi opiekuje się Liliana. „Trafiają do nas kobiety, które w krajach pochodzenia narażone są na prześladowania polityczne, ale przede wszystkim są to ofiary przemocy domowej” – mówi.

W mieszkaniach oferowanych przez „Interkulturelle Initiative” mieszkają obecnie kobiety z Afganistanu, Bangladeszu, Etiopii i Syrii, ale również z Turcji, Ukrainy i Polski. „Ta pani mieszka od dłuższego czasu w Niemczech” – mówi o jednej z Polek Liliana, długo ważąc słowa – „przemoc domowa, długi, nic więcej nie mogę powiedzieć”.

Dyskrecja to jedna z naczelnych zasad placówki. Tylko poradnia działa całkowicie jawnie. Dom opieki i projekt mieszkaniowy mają zastrzeżone adresy, aby ukrywających się tam kobiet nie znaleźli ich prześladowcy. Dlatego Polka nie zgadza się na rozmowę. Nawet Liliana nie chce podać swojego nazwiska, bo jak mówi, także opiekunki bywają narażone na nieprzyjemności ze strony partnerów swoich podopiecznych. „Kobieta uciekając z domu najczęściej nie zabiera ze sobą wszystkich potrzebnych rzeczy i dokumentów” – tłumaczy Liliana – „Trzeba więc po nie pojechać. Zawsze im towarzyszymy w tych konfrontacjach, więc ci mężczyźni nas widzą. Jesteśmy też z naszymi podopiecznymi na rozprawach sądowych. Nie chcę, żeby komuś przyszło do głowy, żeby mnie poszukać” – mówi.

Start w nowe życie

Cover von der Film „Ich hab gedacht, ich bleibe auf der Straße“ von der „Interkulturellen Initiative“; Mai 2012, Berlin; Copyright: DW/M. Wisniewski***Das Bild darf nur im Rahmen einer Filmbesprechung benutzt werden

Okładka filmu nakręcconego z okazji 10-lecia placówki

Do „Interkulturelle Initiative” trafiają kobiety z najróżniejszych powodów. Ale bardzo często schemat wygląda tak. „Mężczyzna, który jest w Niemczech od dłuższego czasu, ma pracę i w miarę ustabilizowaną sytuację, ściąga tu kobietę ze swojego kraju. Ona nie pracuje, nie zna języka, jest kompletnie od niego zależna i bezbronna. Tak też bywa z Polkami” – opowiada Liliana.

Dlatego ucieczka z domu oznacza dla tych kobiet zerwanie z całym dotychczasowym światem. „To świat pełen zła, przemocy i agresji, ale one innego nie znają” – mówi Louise Baghramian. W jej placówce kobiety stawiają pierwsze kroki na nowej drodze – uczą się niemieckiego, legalizują pobyt, robią kursy zawodowe, otrzymują pomoc psychologiczną.

Ale droga do samodzielnego życia jest czasem trudniejsza, niż decyzja o jego rozpoczęciu. Kobietom po traumatycznych przejściach trudno zapewnić odpowiednią terapię. Dla takich kobiet, które często nie mają stałego pobytu, znalezienie pracy graniczy z cudem. Z powodu przyspieszonych procedur dotyczących prawa do opieki nad dziećmi krótko po ucieczce z domu na sali sądowej spotykają swoich prześladowców.

Nie wszystkie kobiety to wytrzymują. „Są takie, które wracają do mężów lub partnerów” – wzdycha Louise Baghramian, a szeroki uśmiech na chwilę znika z jej twarzy po to, by pojawić się ponownie. „Ale spotykam wiele kobiet, które były u nas i podziwiam je, jak się zmieniły. Są niezależne, pewne siebie, wiodą inne życie”, dodaje.

Affoue Konan jest jedną z nich. Nadal nie ma stałej pracy ani prawa do stałego pobytu. Ale ma nowe mieszkanie i nowe życie, bez męża-sadysty. „Myślałam, że zostanę na ulicy, ale nie zostałam. A moje dzieci nie umarły z głodu. Nigdy nie mieliśmy dużo, ale wystarczało. Otrzymałam mnóstwo ludzkiej życzliwości i pomocy i za to jestem wdzięczna”, opowiada.

Maciej Wiśniewski

red.odp.: Małgorzata Matzke / du

Reklama