Ksiądz z Kazachstanu: wszystko było tajne | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 05.06.2017
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Ksiądz z Kazachstanu: wszystko było tajne

Być wolnym znaczy żyć w zgodzie ze sobą i swoją wiarą. I pozwalać innym żyć w zgodzie ze sobą i swoją wiarą. To jest wolność – mówi o. Johannes Kahn*.

Jesuitenpater Johannes Kahn (DW/A. M. Pedziwol)

o. Johannes Kahn SJ w kościele w Kamieniu Sląskim (kwiecień 2017)

DW: Jest Ksiądz rosyjskim Niemcem – potomkiem Niemców, którzy przybyli do Rosji w XVIII wieku. Wasza rodzina została wypędzona podczas II wojny światowej z rejonu Ługańska we wschodniej Ukrainie w okolice Kustanai na północy Kazachstanu, gdzie Ksiądz się urodził. Jak wyglądało dzieciństwo Księdza?

JK: Całkiem interesująco. Jestem piątym dzieckiem w rodzinie. Miejscowość, w której dorastaliśmy, to jeszcze nie było miasto, ale już nie wieś. Było tam wielu Niemców, Kazachów, Ukraińców – wiele kultur i religii.

Babcia lubiła gotować i przyjmować ludzi. W domu często bywali Niemcy, ale i Rosjanie. Prawosławni, ewangelicy, baptyści, zielonoświątkowcy. To był ekumenizm serc w potrzebie, ucisku i wygnaniu.

DW: Po jakiemu się mówiło w domu?

JK: Poza domem wszystko było po rosyjsku. W domu różnie. Zależy, co szybciej przyszło na język. Ale babcia mówiła: „Deutsch, bitte!", „Po niemiecku, proszę!" A właściwie „Daitsch", bo mówiła dialektem. „Daitsch! Ich verstehe nix Russisch!", „Po niemiecku! Rosyjskiego nie rozumiem!".

Bardzo ważna była modlitwa. Przed jedzeniem, po jedzeniu, a szczególnie przed pójściem spać. A każdego wieczoru każdy prosił każdego o wybaczenie tego, co w ciągu dnia było złe. I błogosławieństwo do tego. Znak krzyża na czoło.

DW: Wiara przede wszystkim?

JK: Wszystko opierało się na wierze. Bo mieliśmy ją od babci i od mamy. I od innych krewnych. Była we wszystkim, o czym opowiadali. O głodzie. O wypędzeniu. Ale o tym nie mogli mówić zbyt wiele. Bo dzieci, jak to dzieci, mogłyby wypaplać. Zabrano by je, zamknięto w internacie, a rodziców w więzieniu.

Ale i tak wiedzieliśmy, kim jesteśmy.

Steppe in Kasachstan (DW/A. Warnstedt)

Stepy - charakterystyczny pejzaż Kazachstanu

DW: A jak wyglądały kontakty z innymi?

JK: Całkiem oficjalnie nie wolno było modlić się razem. Ale ludzie schodzili się u kogoś, zamykali drzwi, zasłaniali okna i wspólnie odmawiali modlitwy. Dlatego ważna była przyjaźń. Nie więzy krwi, ale właśnie przyjaźń.

DW: Kościoła nie było?

JK: Kościół był w domu. Modlić się można było również na cmentarzu.

Kiedy miałem dwanaście lat, przyjechał do nas polski ksiądz, Aleksander Bień, franciszkanin urodzony we Lwowie. Dziesięć lat był w więzieniu na Syberii, w Azji Centralnej. I tam został.

Moja mama wezwała go, bo umierała babcia. Udzielił jej ostatniego namaszczenia. I babcia wstała, i zaczęła go obsługiwać.

DW: Niesamowite…

JK: Tego samego dnia mama zabrała mnie ze sobą. Kilometr, może dalej. Po drodze przygotowała mnie do spowiedzi. Do tego domu, do którego przyszliśmy, niektórzy wchodzili przez główne drzwi, inni przez ogród, jeszcze inni gdzieś z boku. Tak żeby ksiądz nie wpadł.

To był dzień mojej pierwszej spowiedzi i pierwszej komunii. Za zamkniętymi drzwiami.

DW: Wszystko było tajne?

JK: Całkiem tajne. Musieliśmy się rozglądać, czy ktoś nas nie śledzi.

DW: To musiało być niewiarygodne przeżycie.

JK: Tak, zwłaszcza dla dziecka! I ta pierwsza komunia! To było nieziemskie. Nieziemskie! Nie byłem jedynym, który ją przyjął. Były też chrzciny, spowiedź, nawet ślub. Wszystko, co tylko ksiądz może obsłużyć.

DW: Tylko jeden dzień tam był?

JK: Jedną noc. Msza była późno wieczorem. Tak, żeby ci, którzy mogliby nas podpatrywać, nic nie widzieli.

DW: Pamięta Ksiądz, kiedy to było?

JK: 13 czerwca 1978 roku. Dzień świętego Antoniego. Zachowałem go w sercu…

DW: To był jeden z powodów, żeby zostać księdzem?

JK: Może też. Ale powołanie przyszło w Karagandzie, dokąd wyprowadziliśmy się kilka dni później, żeby być bliżej kościoła. Jedynie 40, a nie 80 km, jak przedtem. Tam już bywaliśmy w kościele dość często.

DW: Czyli kościół był jednak?

JK: Tak, ale dopiero w Karagandzie. Tam żyły tysiące Niemców. Jedna z dzielnic do dziś nazywa się Berlin.

Jesuitenpater Johannes Kahn (DW/A. M. Pedziwol)

O. Johannes Kahn w czasie wystąpienia na konferencji "Wiara - fundamentem tożsamości" w Kamieniu Śląskim

DW: Święcenia Ksiądz przyjął już po rozpadzie Związku Sowieckiego?

JK: W '92 roku. Ale do seminarium poszedłem jeszcze w '87.

DW: Można było już wtedy kształcić się na księdza?

JK: Na Łotwie.

DW: To już był czas pierestrojki?

JK: Tak, ale dopiero początki. Potem poszło to szybko. Rok później do seminarium mógł już iść każdy, kto chciał. Ale wtedy było to jeszcze skomplikowane.

DW: Związek Sowiecki się rozpadł, Ksiądz działał w republikach posowieckich, w krajach muzułmańskich. Było trudno?

JK: Proste to nie było. Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan to bardzo różne kraje. Ale Niemcy nie byli tam traktowani jako obcy, bo w Tadżykistanie mówili po tadżycku, w Kazachstanie po kazachsku. Przede wszystkim na wsi. W mieście nie wolno było.

DW: Czy Ksiądz też mówi po kazachsku?

JK: Nie, bo dorastałem w większej miejscowości. W mojej szkole było bardzo dużo Kazachów, ale i im nie wolno było uczyć się kazachskiego. Do dziś ubolewam, że nie znam tego języka.

DW: Ale za to Ksiądz mówi biegle po polsku!

JK: Polski jest jednym z języków dzieciństwa, z kościoła w Karagandzie. Jak mówiłem, mój pierwszy ksiądz, Aleksander Bień, był Polakiem. Ale mówił tak po niemiecku, że nikt nie wiedział, że nie jest Niemcem. Kochał ludzi i dlatego bardzo lubił języki, którymi mówili.

DW: Ksiądz też bardzo lubi języki.

JK: Zwłaszcza polski. Dla mnie jest ważne, żeby dobrze rozumieć i dobrze mówić po polsku, ponieważ uczestniczę w ćwiczeniach duchowych w Polsce. Godzinki, różaniec, inne modlitwy odmawiam przeważnie po polsku – także po niemiecku i po rosyjsku, ale najczęściej po polsku.

DW: Wielokulturowość w prywatnym wydaniu?

JK: Można tak powiedzieć. Ale taki jest właśnie Kościół i tak działa Duch.

DW: Ale nie wszyscy księża są tacy. Nie wszyscy widzą innych, spoza swojej parafii.

JK: Mój brat, też ksiądz, powiedział mi raz: „Pomyśl, jakie dostaliśmy wychowanie. I dziękuj Bogu za nie. Nie wszyscy mieli takich rodziców, krewnych i znajomych, i taką gminę wyznaniową, jak my w Karagandzie.”

DW: Ile narodów tam żyje?

JK: Mój Boże, nie wiem. Bardzo dużo. Również po muzułmańskiej stronie.

DW: Czyli także wiele religii?

JK: Także. A w ramach tych religii różni ludzie: Czeczeni, Ingusze, Kazachowie, Tadżycy, Uzbecy… Tylko wśród samych muzułmanów było tuzin narodów, a wśród chrześcijan chyba jeszcze więcej.

Deutschland Symbolbild Religion Islam und Christentum (picture alliance / dpa)

W byłych azjatyckich republikach ZSRR chrześcijanie sąsiadują z muzułmanami

DW: Takie sąsiedztwo wzbogaca, czy rodzi konflikty?

JK: W czasach sowieckiego ucisku raczej wzbogacało. Dziś to zależy. Wolność jest często błędnie rozumiana.

DW: Nadużywana?

JK: Nadużywana. Wolność wzbogaca, kiedy pozwala się innym być wolnym, a nie, kiedy rozumie się ją jako pozwalanie sobie na wszystko. Być wolnym znaczy żyć w zgodzie ze sobą i swoją wiarą. I pozwalać innym żyć w zgodzie ze sobą i swoją wiarą. To jest wolność.

DW: Czy odczuwa się wrogość między religiami?

JK: Czarnych owiec nie brak. Od czasu, gdy amerykańskie lotnictwo przez dobrych dziesięć lat stacjonowało w Kirgistanie [podczas wojny w Afganistanie – przyp.], z różnych muzułmańskich krajów zaczęli przybywać fanatycy, którzy przeorali młodzież do tego stopnia, że dziś starsi Kirgizi boją się swoich wnuków. Młodsi mówią im, że wyznają złą wiarę i są zbyt lojalni wobec chrześcijan. A ci starsi w czasach sowieckich żyli razem z Niemcami, z Polakami…

DW: Co to znaczy na przyszłość?

JK: Bóg raczy wiedzieć. Tu potrzebna jest modlitwa. Bez Boga ani rusz dalej.

DW: Ksiądz mówi „modlitwa”. Ale… czy to wystarczy?

JK: Nie mówię, żeby wyłącznie się modlić. Ale modlitwa przede wszystkim. „Ora et labora", mówili starzy mnisi. Módl się i pracuj. Módl się i służ.

DW: Ale co robić?

JK: Co kto umie. Jedni potrafią tylko się modlić – ale i to jest ważne. Inni pomagać biednym. Bez pomocy z zewnątrz nic nie moglibyśmy zrobić.

DW: Jaka pomoc jest najbardziej potrzebna?

JK: Wspomnę tylko o jednej pani z Niemiec, która rok w rok wysyła co najmniej 300 paczek do Kazachstanu i Kirgistanu. Jedna pani! Nie małe paczuszki, ale wielkie paki. Z rzeczami dla dzieci. Z przyborami szkolnymi. Różne.

DW: W Polsce była akcja kupowania krów dla rodzin w Tadżykistanie.

JK: To wielka pomoc. U nas w domu krowę nazywano matką. Dzięki krowie w stajni jest ciepło, mogą więc tam zimować kury i inne zwierzęta. Krowa daje mleko. Z mleka masz masło, śmietanę i co tylko chcesz.

DW: Dziękuję Księdzu serdecznie za rozmowę.

rozmawiał Aureliusz M. Pędziwol

*Ojciec Johannes Kahn SJ (urodzony w 1965 roku) został wyświęcony na księdza w Rydze, w 1992 roku. Rok później przystąpił do Towarzystwa Jezusowego. Jako ksiądz działał w Tadżykistanie, Syberii (w Nowosybirsku), Kazachstanie (w Pawlodarze) i – najdłużej – w Kirgistanie, gdzie znów żyje od pół roku w Biszkeku.

Rozmowa została przeprowadzona 26 kwietnia 2017 roku w klasztorze na Górze Św. Anny, w ramach konferencji „Wiara – fundamentem tożsamości“, zorganizowanej przez Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundację Konrada Adenauera.

 

Reklama