Kryzys migracyjny. Czy Europa temu podoła? | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 16.10.2015
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Kryzys migracyjny. Czy Europa temu podoła?

Na szczycie UE targowano się o pieniądze. Szukanie rozwiązań problemów odłożono na później. Na taką grę państw członkowskich UE w kryzysie migracyjnym nie możemy sobie dłużej pozwolić, uważa Bernd Riegert. [KOMENTARZ]

To posiedzenie Rady Europejskiej było inne, ponieważ nie chodziło o jakieś tam polityczne drobnostki, lecz o „historyczne wyzwanie dla Europy”, jeśli posłuchać kanclerz Angeli Merkel. I temu wyzwaniu, tj. kryzysowi migracyjnemu, który dotyczy przecież nas wszystkich, szefowie państw i rządów niestety nie potrafili sprostać. W porównaniu z poprzednim szczytem kryzysowym, który odbył się niespełna trzy tygodnie temu, nie zrobiono żadnych rzeczywistych postępów. Wręcz przeciwnie. Poza znużonymi ponagleniami do szybkiego co najmniej wdrażania finansowych ustaleń z ostatniego szczytu, pogłębiły się jeszcze bardziej podziały w kwestii migrantów. Przywódcy państw unijnych zachowują się tak, jakby byli dysponentami czasu na tym świecie, marnują go na spory, które mają na celu przeforsowanie ich narodowych interesów. Lecz czas nagli.

Podczas gdy tysiące ludzi tylko w samej Brukseli, Berlinie czy Calais marzną nocami w prowizorycznych obozach dla imigrantów, panowie i panie obradowali w komfortowym budynku o hot spotach, przyczynach migracji, deportacjach i funduszu pomocowym dla Afryki, na który nota bene bardzo opornie wpływają od nich pieniądze.

Czołowi unijni politycy najwidoczniej ciągle jeszcze nie dostrzegli, że codziennie tysiące uchodźców udaje się przez Grecję szlakiem bałkańskim w kierunku Europy Środkowej. Działać trzeba teraz, a nie za miesiąc czy za rok. Już są pierwsze koncepcje i strategie, ale są one wdrażane o wiele za wolno.

Riegert Bernd Kommentarbild App

Autor komentarza Riegert Bernd

Wiele elementów nie pasuje do siebie. Na co zda się podnoszony ciągle problem ochrony granic zewnętrznych UE, jeśli nie wiadomo, kto będzie przyjmował uchodźców, jak ma wyglądać mechanizm relokacyjny? Co z tego, że będzie się rejestrować ludzi w „hot spotach”, jeśli są one odseparowane od dużych obozów tranzytowych, w których rozstrzyga się, komu wolno jest wjechać na obszar UE, a komu nie? Kto chce chronić granice, ten powinien wyrazić przyzwolenie na strefy tranzytowe na zewnętrznych granicach. Kto odrzuca wnioski o azyl, ten musi mieć przemyślaną politykę powrotową. Strefy tranzytowe muszą być strzeżone, gdyż każdy, kto chciałby złożyć wniosek o azyl w UE, mógłby je po prostu omijać. Potrzebny jest więc personel, potrzebne są pieniądze. Lecz dotychczas państwa członkowskie UE nie porozumiały się jeszcze do końca ani w sprawie koncepcji ani finansowania tego przedsięwzięcia.

Cały szereg rządów krajów wschodnioeuropejskich stanowczo odmawia przyjmowania imigrantów. Inne chcą się kompletnie trzymać od tego z dala i są zadowolone, że głównie Niemcy wzięły na siebie ciężar problemu. Wręcz odczuwa się pewną szadenfreude z tego, że teraz ta wieczna i tak wpływowa królowa Europy Angela Merkel chociaż raz odczuwa presję i ma problemy. W skrytości mają oni nadzieję, że żelazna Merkel będzie musiała ustąpić w innych sprawach unijnych, żeby realizować swoją politykę migracyjną.

Ale czy ma ona jakiś plan? Tymczasem w Brukseli wielu powątpiewa w to. Wprawdzie kanclerz Niemiec mówi, że rozporządzenie z Dublina o readmisji się przeżyło, ale dotychczas jeszcze nie wskazała, co mogłoby go zastąpić. Ta dyrektywa unijna określa w końcu od 25 lat, jakie państwo jest odpowiedzialne za przeprowadzenie procedur azylowych po przekroczeniu przez migrantów zewnętrznej granicy UE. Bawaria, w przeciwieństwie do kanclerz, upiera się wobec Austrii za utrzymaniem tego rozporządzenia. Węgierski premier Viktor Orban powołuje się w kontrowersyjnej kwestii zabezpieczania granic na obowiązujące prawo unijne. Zapracował on sobie, pomimo, że z powodów ideologicznych nie jest przyjazny cudzoziemcom, na co najmniej jeden punkt przewagi nad wszystkimi. Zabezpiecza swoją zewnętrzną granicą z Serbią i utworzył strefę tranzytową. Czyli robi to, co unia Europejska zamierza zrobić na unijnej granicy zewnętrznej w Grecji i we Włoszech w celu ograniczenia napływu migrantów. Orban nie jest zresztą sam. Polska i Czechy ślą mu już swoich policjantów w ramach działań wspierających.

Jednakże napięcia na Bałkanach grożą teraz przerodzeniem się w konflikt. Węgry zagroziły, że uszczelnią swoją granicę z Chorwacją – państwem członkowskim UE i nie pozwolą migratom na jej przekraczanie. To może doprowadzić do chaosu w Chorwacji albo zmiany szlaku, który musiałby prowadzić przez Słowenię, aby migranci mogli dotrzeć do Austrii. Węgry ponagliły Grecję, aby zgodnie z rozporządzeniem z Dublina sama zajęła się imigrantami. Jednakże Ateny niewiele sobie z tego robią i wolą kasować więcej dotacji unijnych za swoje wyspy na Morzu Egejskim. Teraz w związku z sytuacją podbramkową, państwa unijne chcą część odpowiedzialności zrzucić na Ankarę. Turcja ma zatrzymać u siebie uchodźców z Syrii, zwalczać przemytników i lepiej zabezpieczyć własne granice. Za to Turcja oczekuje wysokiej ceny, co jest zrozumiałe. A Unia Europejska jest skłonna płacić. Ma dojść do przyspieszonego wprowadzenia ruchu bezwizowego dla obywateli tureckich, a prezydent Recept Erdogan chce się zasłużyć jako demokrata bez skazy.

Jeśli przerzuci się odpowiedzialność za problem migracyjny poza zewnętrzną granicę UE, nie trzeba będzie się już spierać między sobą, taką nadzieję żywiono w Brukseli. Tylko że niewiele ma to wspólnego z europejską solidarnością. Można by to spuentować modyfikując powiedzenie Angeli Merkel: Jeśli nie uda się uzgodnić wspólnej polityki migracyjnej, można będzie powiedzieć, że Europa zawiodła.

Bernd Riegert / Barbara Cöllen

LINK: http://www.dw.de/dw/article/0,,18786070,00.html

Reklama