Komentarz: Spóźniona reakcja na chińskie inwestycje | Niemiecka gospodarka, fakty, analizy, dane, prognozy | DW | 28.07.2018
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Gospodarka

Komentarz: Spóźniona reakcja na chińskie inwestycje

Rząd w Berlinie zapobiegł nabyciu przez Chińczyków części udziałów firmy 50Hertz. Jest to właściwy krok, w który nie należy widzieć protekcjonizmu, tylko wyrównanie szans, uważa autor komentarza Andreas Becker.

Kiedy Unia Europejska szuka porozumienia z USA, rząd niemiecki pokazał dwie czerwone kartki Chińczykiom. Zapobiegł przejęciu przez chiński koncern państwowy SGCC części udziałów berlińskiego operatora sieci 50Hertz i wszystko wskazje na to, że zawetuje nabycie przez innego chińskiego inwestora firmy Leifeld, westfalskiego producenta maszyn i urządzeń.

Z perspektywy Pekinu wygląda to na zjednoczenie się Europejczyków z USA przeciwko Chinom. Argumenty wysuwane przez Niemców Chińczycy mogą odbierać jako obłudne, ponieważ Niemcy najpierw narzekali na rosnący protekcjonim w handlu, a teraz sami się odgradzają.

W istocie rzeczy Niemcy argumentują w podobny sposób jak prezydent USA Donald Trump, kiedy wprowadził ochronne cło wwozowe na aluminium i stal twierdząc, że wymaga tego bezpieczeństwo narodowe i obrona krytycznej infrastruktury. Ten argument jest jednak słuszny, ponieważ w przypadku Niemiec mamy do czynienia z zaopatrzeniem w energię elektryczną (50Hertz) i materiały stosowane w lotnictwie i astronautyce oraz w technice nuklearnej (Leifeld).

Zablokowanie chińskich inwestycji nie ma nic wspólnego ze sporami w polityce celnej i handlowej. W dużo większym stopniu jest to spóźniona reakcja na bezprecedensowe przejmowanie przez chińskie przedsiębiorstwa niemieckich firm w ostatnich latach.

Zakupy, inwestycje i strategia

Były światowy lider na rynku pomp do betonu, Putzmeister, przeszedł w chińskie ręce podobnie jak dział oświetlenia firmy Osram, producent maszyn Krauss-Maffei, którego nie należy mylić z producentem czołgów o tej samej nazwie, użytkownik farm wiatraków na szelfie przybrzeżnym WindMW, koncern utylizacyjny EEW oraz dostawca usług energetycznych Ista.

Autor komentarza Andreas Becker

Autor komentarza Andreas Becker

Jednak dopiero po połknięciu przez chiński koncern Midea niemieckiego producenta robotów przemysłowych, firmy Kuka, zaczęła się dyskusja, czy w ten sposób nie sprzedajemy Chińczykom ważnych technologii o znaczeniu strategicznym. A przecież Chiny nie są ani członkiem UE, ani naszym sojusznikiem, ani żadną demokracją. Są za to państwem realizującym strategię "Made in China 2025" mającą na celu uczynienie z ich przemysłu wysokiej technologii lidera światowego, co oznacza, że stanie się on bezpośrednim konkurentem firm niemieckich. 

Chińskie kierownictwo za branże kluczowe uznało przemysł energetyczny, przemysł napędów, biotechnologię, technikę medyczną, robotykę, przemysł lotniczy i astronautyczny, nowe materiały, technologię informacyjną i wszystko, co łączy się z czwartą rewolucją przemysłową. Prawie dwie trzecie chińskich udziałów w niemieckich firmach dotyczy, jak wykazały badania, właśnie tych branż.

Równe szanse dla wszystkich

Wynikiem wspomnianej wyżej dyskusji była nowelizacja rozporządzenia o stosunkach handlowych z zagranicą w lecie 2017 roku. Od tego czasu rząd federalny może po prostu zgłosić weto przeciwko inwestorom z państw nie będących członkiem UE.

Pekin nie jest tym zachwycony, ale stanowisko Niemiec jest zrozumiałe. Także Chiny chronią przecież swoje kluczowe firmy przed przejęciem ich przez inwestorów zagranicznych. Decyzję o zablokowaniu obu chińskich inwestycji da się obronić nawet z pozycji liberalno-rynkowych. Nie może być bowiem mowy o równości szans, kiedy Chińczycy mogą nabywać według swego upodobania niemieckie firmy, natomiast swoje skrzętnie chronią.

Do tego dochodzi fakt, że chińskie firmy państwowe, ale także prywatne przedsiębiorstwa z Chin, są mało przejrzyste. Jeśli finansują przejęcie firm zagranicznych dzięki rządowym subwencjom i kredytom, to jest to jawnym pogwałceniem zasad wolnej konkurencji. Bierne przyglądanie się w tej sytuacji jak ważne przedsiębiorstwa, a wraz z nimi pracodawcy, przechodzą w ręce konkurencji, graniczyłoby ze zwykłą głupotą.

Także w UE ważne firmy i technologie powinny być chronione przed ich przejęciem. Podejmuje się już odpowiednie wysiłki w tym kierunku, ale można mieć wątpliwości, czy Europejczycy zdobędą się na wspólną linię działania. Takie kraje jak Grecja, Portugalia czy Węgry są już bowiem poważnie uzależnione od chińskich inwestycji.

Redakcja poleca