Komentarz: Europa nie może dać sobie dyktować swojej polityki energetycznej | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 12.02.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Polityka

Komentarz: Europa nie może dać sobie dyktować swojej polityki energetycznej

Ostra krytyka gazociągu Nord Stream 2 ze strony USA jest mało wiarygodna. Waszyngton w pierwszym rzędzie broni swoich interesów, uważa w komentarzu dla DW były niemiecki minister środowiska Jürgen Trittin*.

Tak wyglądałoby życzenie USA: amerykański gazowiec w drodze do Europy (Getty Images/J.Press)

Tak wyglądałoby życzenie USA: amerykański gazowiec w drodze do Europy

To, że Stany Zjednoczone sprzeciwiają się Nord Stream 2, nie jest zaskoczeniem. Już w latach 80-tych XX wieku były przeciwko gazociągowi prowadzącemu przez Ukrainę. Ówczesny niemiecki rząd mógł go zrealizować tylko dzięki temu, że oparł się presji Białego Domu, w którym zasiadał wówczas Ronald Reagan. USA nigdy nie były zachwycone, kiedy Europa uniezależniała się od geostrategicznej polityki energetycznej Waszyngtonu.

Jednak impet, z jakim ambasador USA Richard Grenell torpeduje teraz gazociąg, jest w znacznej mierze efektem stylu przyjętego przez administrację Donalda Trumpa. Raz są to listy z pogróżkami adresowane do przedsiębiorstw, innym razem gościnne artykuły zamieszczane w europejskich gazetach i Internecie. Ale kryje się za tym także zmiana interesów globalnej polityki energetycznej USA.

Autor komentarza: polityk Zielonych, były minister środowiska Jürgen Trittin

Autor komentarza: polityk Zielonych, były minister środowiska Jürgen Trittin

Warto przyjrzeć się faktom: w rzeczywistości postawa USA jest skierowana przeciwko większej samodzielności energetycznej Europy. Nord Stream nie jest żadnym państwowym projektem Niemiec – współfinansują go firmy niemieckie, austriackie, holenderskie i francuskie.

Rurociągi uzależniają wzajemnie

Twierdzenie, że Europa uzależni się od Rosji czy wręcz stanie się podatna na szantaż, jest najzwyczajniej błędne. Gazociągi uzależniają wzajemnie: jedni potrzebują gazu, drudzy pieniędzy. Patrząc jednak konkretnie, Rosja nie może tak po prostu zmieniać swoich klientów – Europa natomiast może łatwo zmienić dostawców. Do wyboru jest wystarczająco gazociągów i terminali LNG z dostateczną pojemnością. Europejska sieć gazowa jest w międzyczasie tak dobrze rozbudowana, że żadne państwo członkowskie UE nie jest skazane na jednego, jedynego dostawcę – nie jest w takiej sytuacji nawet Ukraina, zaopatrywana dzisiaj także w gaz z Zachodu.

Nie da się szantażować Europy gazem, ale Rosja jest zdana na wpływy z eksportu. Stanowią one znaczą część jej budżetu. Jeżeli chce eksportować, w razie wątpliwości musi obniżyć swoje ceny.

W rzeczywistości nawet Grenell i jego koledzy dyplomaci nie wierzą w swoje argumenty. Bo też ten sam gaz z Rosji według nich nie uzależnia, jeżeli płynie przez Ukrainę. Właśnie tego uczy nas doświadczenie: dostawy gazu z Syberii były niezawodne nawet po upadku Związku Sowieckiego. Zakłócenia zaistniały tylko raz w tym stuleciu – kiedy w 2009 roku Rosja i Ukraina poróżniły się o ceny i opłaty tranzytowe, a ich wzajemne zarzuty szantażu i kradzieży dały się we znaki przede wszystkim krajom południowej Europy.

Chodzi o coś zupełnie innego: jeżeli zakazaniem Nord Stream 2 chce się sztucznie ograniczyć oferentowi dostęp do otwartego, europejskiego rynku, prowadzi to do ograniczenia podażu. Kiedy podaż staje się ograniczona, rosną ceny. Jest to sytuacja korzystna dla USA. Ich gaz wypłukiwany metodą szczelinowania jest średnio 20 procent droższy niż gaz wydobywany tradycyjną metodą. Dlatego gaz z łupków nie jest w Europie właściwie konkurencyjny. 

USA chcą być wiodącym eksporterem gazu płynnego

Jest to nowe w porównaniu z czasami Ronalda Reagana i prawdziwa przyczyna gazowych impertynencji dyplomatów: inaczej niż wówczas, USA nie tylko chcą utrudnić Europie większe uniezależnienie się od nich. Dzisiaj chcą przede wszystkim także same sprzedawać!

Większość gazociągu Nord Stream 2 leży już na dnie Byłtyku (picture-alliance/dpa/B. Wüstneck)

Większość gazociągu Nord Stream 2 leży już na dnie Byłtyku

Dzięki łupkowemu boomowi USA stały się największym na świecie producentem ropy naftowej i gazu. I robią wszystko, by stać się wiodącym eksporterem skroplonego gazu (LNG). Realizowane przez USA projekty mają pozwolić na eksport ponad 70 mln ton LNG rocznie, co mogłoby pokryć roczne zapotrzebowanie na gaz w Niemczech. Charlie Riedl, dyrektor Center for LNG trade group, oznajmił publicznie, że w następnych sześciu latach USA chcą się stać największym dostawcą LNG do Europy.

Problem z USA i LNG jest dwojaki – ekonomiczny i ekologiczny. To, co z ogromnym nakładem energii wypłukiwane jest z ziemi, schłodzone do minus 161 st. C i skroplone, ładowane na statki i przewożone przez pół kuli ziemskiej, nie szczyci się lepszym bilansem klimatycznym niż europejski węgiel. I jest bardzo kosztowne.

Europa powinna się uwolnić od gazu ziemnego

Można myśleć o Nord Stream 2, co się chce – ale Europa dobrze by zrobiła, gdyby nie dała sobie dyktować swojej polityki energetycznej przez USA. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby opierała swoją politykę energetyczną na rzeczywistej niezależności. Oficjalna polityka energetyczna UE stawia na rosnący import gazu. Mądrzejsze byłoby odejście od gazu jako paliwa kopalnianego – poprzez większą efektywność energetyczną, oszczędność energii i więcej energii odnawialnej. Pomaga to nie tylko w osiągnięciu celów klimatycznych. Poprawia również strategiczną niezależność.

Gdyby Niemcy rokrocznie izolowały trzy procent swoich budynków i w większym stopniu korzystały z energii odnawialnej, pozwoliłoby to zaoszczędzić do 2030 r. mnóstwo gazu importowanego dzisiaj z Rosji. To zła wiadomość dla Richarda Grenella: na konkurencyjnym rynku energii spadające ceny gazu dotknęłyby wprawdzie także Gazprom, ale jeszcze mocniej uderzyłyby w amerykański eksport gazu. Administarcja Trumpa ma więc bardzo solidne powody, by argumentować przeciwko ochronie klimatu.

*Jürgen Trittin jest posłem do Bundestagu z ramienia partii Zieloni i członkiem komisji spraw zagranicznych. W latach 1998 – 2005 był federalnym ministrem środowiska.

Redakcja poleca

Reklama