Jak mur podzielił Berlin | Nazizm, faszyzm, demokracja – Historia najnowsza Niemiec | DW | 06.11.2009
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Historia Najnowsza

Jak mur podzielił Berlin

Mimo różnych kroków strony wschodnioniemieckiej dla odseparowania strefy wschodniej Berlina od stref zachodnich, jeszcze do 1952 roku miasto funkcjonowało jako jeden organizm.

Niedziela, 13 sierpnia 1961 r. , budowa muru przy Harzer Strasse

Niedziela, 13 sierpnia 1961 r. , budowa muru przy Harzer Strasse

Miasto łączyła wspólna sieć telefoniczna, a do chwili budowy muru wspólna sieć komunikacji miejskiej. Duża część mieszkańców strefy wschodniej pracowała po stronie zachodniej. Po uszczelnieniu przez władze wschodnioniemieckie granicy wewnątrzniemieckiej między NRD a RFN w roku 1949, zachodnia część Berlina była głównym celem ucieczek z Niemiec wschodnich.

Żołnierz NVA mocuje drut kolczasty w pobliżu Friedrichstrasse

Żołnierz NVA mocuje drut kolczasty w pobliżu Friedrichstrasse

Wczesnym rankiem 13 sierpnia 1961 roku oddziały Narodowej Armii Ludowej NVA przystąpiły do budowy zapór z drutu kolczastego między częścią wschodnią a zachodnimi strefami Berlina. Pochodzący z Górnego Śląska Prof. Heinrich Olschowski, który po zdanej w Opolu maturze studiował we wschodnioniemieckim Greifswaldzie, owego feralnego lata przeniósł się do Berlina Wschodniego. Chciał kontynuować tam studia i odwiedzać Berlin Zachodni, gdzie bywał wielokrotnie i spotykał się ze swą rodziną. Informacja o budowie zapór granicznych w Berlinie dotarła do niego podczas wakacji w Dolnych Łużycach, gdzie przebywał ze studentami z organizacji katolickiej Katholische Studentengemeinde. Było to dla nas jak grom z jasnego nieba, opowiada literaturoznawca, badacz i popularyzator literatury polskiej profesor Olschowsky:

Wiadomość dotarła do nas tylko z zachodniego radia, że nagle Berlin Wschodni jest zamknięty dla Berlina Zachodniego. Byłem jak sparaliżowany. Wszyscy zaczęli dyskutować, że to niemożliwe, technicznie niemożliwe. Wszystkie takie uspokajające wersje. Nie chciało się wierzyć. Czuło się, że jesteś odcięty. Dotykało to kondycji niemieckiego społeczeństwa, które mimo podziału na wschód i zachód było jeszcze odbierane jako całość, właśnie przez Berlin dzięki możliwości przechodzenia z jednej strony na drugą w zasadzie bez większych kłopotów. A tu nagle koniec. To było wrażenie jeszcze nie takiego zupełnego zamknięcia, bo człowiek nie zdawał sobie sprawy, ale z czasem było jasne, że w momencie jak powstawał mur, wszystkie inne odgraniczenia na Zachód były potem ściśle przestrzegane i możliwość wyjazdu była sprowadzona właściwie do zera”.

Henryk Kulczyk na przyjęciu Polonii berlińskiej w hotelu Adlon

Henryk Kulczyk na przyjęciu Polonii berlińskiej w hotelu Adlon

Budowa umocnień granicznych między Berlinem Wschodnim i Zachodnim zaskoczyła mieszkającego od 1956 roku w zachodniej części miasta polskiego przedsiębiorcę Henryka Kulczyka, ojca znanego miliardera Jana Kulczyka. „Prowadząc interesy między Zachodem a Wschodem, mogłem przedtem bez przeszkód jeździć w obie strony”, mówi Henryk Kulczyk w wywiadzie dla Deutsche Welle:

Przed budową muru jeździłem na Wschód i do Polski przez Bramę Brandenburską. Ale kiedy pewnego dnia chciałem przejechać do części wschodniej, ku mojemu zaskoczeniu okazało się to niemożliwe. Cofnięto mnie z granicy. By jechać do Polski, musiałem zawrócić i jechać przez przejście graniczne w Drewitz. Ja już przedtem przypuszczałem, że do tego może dojść, bo bardzo dużo ludzi z części wschodniej pracowało w Berlinie Zachodnim. Część z nich przenosiła się dlatego na stałe do Berlina Zachodniego, inni jechali dalej do Niemiec Zachodnich. Zaskoczyło mnie tylko to, że stało się to tak nagle i szybko. Nikt tego nie ogłaszał. Armia NRD i budowlańcy pracowali intensywnie dzień i noc”.

Prof. Bohdan Osadczuk z ambasadorem Markiem Prawdą

Prof. Bohdan Osadczuk z ambasadorem Markiem Prawdą

Nie wszyscy byli zaskoczeni budową urządzeń granicznych między Berlinem Wschodnim i Zachodnim. Do wąskiego grona osób uprzedzonych o zamiarach strony wschodnioniemieckiej należał mieszkający w mieście od czasu wojny prof. Bohdan Osadczuk. W roku 1961 pracował on jako dziennikarz i korespondent gazety „Neue Züricher Zeitung”. „Ja byłem jedynym dziennikarzem na świecie, który to publicznie zapowiedział dzień przedtem”, podkreśla z niekłamaną dumą w głosie Prof. Bohdan Osadczuk w wywiadzie dla Deutsche Welle:

A wiedziałem od korespondenta ´Trybuny Ludu´ Daniela Lulińskiego, że za trzy dni będą mur robić, a właściwie nie mur, tylko odgradzać miasto, bo on jeszcze nie wiedział, w jakiej to będzie postaci. Olszowski, wówczas minister spraw zagranicznych mu to zdradził, że będzie coś takiego, ale nie było skonkretyzowane, czy to będzie drut kolczasty, czy co innego. Ja byłem jedynym dziennikarzem, który podał to do szwajcarskiej prasy i dzień przedtem się to ukazało – w sobotę, a samo to wydarzenie było w niedzielę. A mój artykuł się ukazał już w sobotę. Byłem absolutnie jedynym na świecie, który to zapowiedział”.

Tablica przy Checkpoint Charlie z cytatem Ulbrichta: Nikt nie ma zamiaru budować muru.

Tablica przy Checkpoint Charlie z cytatem Ulbrichta: "Nikt nie ma zamiaru budować muru".

Wedle zachowanych dokumentów, o zgodę na budowę muru w Berlinie od dłuższego czasu zabiegał w Moskwie przywódca NRD Walter Ulbricht. Ostateczną decyzję podjął jednak sam ówczesny przywódca ZSRR Nikita Chruszczow. Bohdan Osadczuk wskazuje na fakt, że polscy komuniści odradzali swym partyjnym kolegom z Berlina Wschodniego realizację tych planów:

Polacy mówili: Nie róbcie muru, bo będzie to można porównać z murem, który był dookoła getta w Warszawie. Lepiej tego nie róbcie. To mówił ambasador polski w NRD. Ale oni nie usłuchali. Przez dwa tygodnie był drut kolczasty, a potem zaczęli budować mur”.

Dla Bohdana Osadczuka osobiście budowa muru w Berlinie nie oznaczała żadnych dodatkowych problemów. Jako zadeklarowany antykomunista ze względu na swe bezpieczeństwo nie korzystał bowiem z trasy tranzytowej z Berlina na Zachód:

Dla mnie osobiście nic się przez to nie zmieniło, bo ja nigdy przecież nie mogłem jeździć koleją, tylko latałem jako jeden z głównych przeciwników komunizmu. Może tylko o tyle, że dawniej można było mieć pewność, że będzie miejsce w samolocie, czy do Kolonii lub do Monachium. A teraz to już taki był ścisk czasami, że jak się nie zamówiło biletu na czas, to nie było miejsca w samolotach”.

Andrzej Stach

red. odp. Elżbieta Stasik

Reklama