Ekspert: „To sam Putin dostarcza argumentów na rzecz sankcji” | Niemcy – bieżąca polityka niemiecka. Wiadomości DW po polsku | DW | 15.01.2022
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Polityka

Ekspert: „To sam Putin dostarcza argumentów na rzecz sankcji”

Gdyby nie było sankcji wobec Rosji, „być może dzisiaj mielibyśmy Rosjan w Odessie i w Charkowie”, twierdzi w rozmowie z DW Ernest Wyciszkiewicz*. Teraz już nie mamy prawa być zaskoczeni działaniami Putina.

Ernest Wyciszkiewicz

Ernest Wyciszkiewicz: „Sam Putin dostarcza argumentów na rzecz sankcji”

DW: Z jakiego rodzaju sankcjami wobec Rosji i Białorusi mamy dziś do czynienia?

Ernest Wyciszkiewicz: Zaczęło się od agresji rosyjskiej na Krym, a zwłaszcza zestrzelenia malezyjskiego samolotu pasażerskiego w lipcu 2014 roku. Wtedy Unia Europejska i Stany Zjednoczone ograniczyły Rosji dostęp do rynków kapitałowych, do technologii podwójnego zastosowania, cywilnego i militarnego, oraz do wybranych technologii wydobycia ropy i gazu, a także zamroziły aktywa osób odpowiedzialnych za łamanie prawa. Od tego czasu Unia przedłuża co pół roku sankcje, dokładając co jakiś czas kolejne.

Od czasu do czasu jednak słyszymy, że niektóre kraje mają wątpliwości, czy głosować za tym przedłużeniem.

- To jest stały rytuał. Ale na razie udaje się zachować konsensus.

Co jest tym argumentem, który przekonuje Węgrów czy Włochów?

- Zuchwała polityka Putina. Mamy otrucie bronią chemiczną na terytorium UE i opozycjonisty rosyjskiego w samej Rosji, fale dezinformacji, cyberataki na instytucje publiczne i próby ingerencji w wybory w wielu krajach. To sam Putin dostarcza argumentów na rzecz sankcji. A tak zwani Russlandversteher, którzy chcieliby ich złagodzenia, mają coraz większe trudności z przekonywaniem do swoich poglądów.

Czyli powodów, by trwać przy sankcjach, jest więcej?

- Dzisiaj mamy już nie tylko sankcje odnoszące się do Ukrainy, ale także związane z tak zwanym aktem Magnitskiego. On się wprawdzie w UE tak nie nazywa, bo nie było na to zgody, ale został uchwalony i umożliwia Unii obciążanie sankcjami osoby łamiące prawa człowieka. Dotknęły na przykład kilka ważnych osób z Rosji w związku z otruciem Aleksieja Nawalnego. Dzisiaj sankcje stały się podstawowym narzędziem polityki europejskiej wobec wyzwań na Wschodzie. Nic nie wskazuje na to, żeby to się miało skończyć.

Jak są dotkliwe? Co powodują?

- To bardzo niewdzięczne pytanie, dlatego że zazwyczaj ludzie bardzo chcą usłyszeć, ile to stracił Putin, ile stracił Łukaszenka. Bardzo tego pytania nie lubię, bo spłyca debatę. Tak jakbyśmy chcieli za wszelką cenę zmierzyć, ileż to oni stracili, żeby mieć z tego jakąś satysfakcję.

Ale może nie ile oni stracili, tylko co one spowodowały?

- To tak nie działa. Sankcje mają odstraszać, przeciwdziałać. Gdyby w 2014 roku nie było sankcji z powodu rosyjskiej ofensywy na Ukrainie, być może dziś mielibyśmy Rosjan w Odessie i w Charkowie. Albo zrealizowany projekt Noworosji, który na szczęście upadł. Sankcje zmuszają ludzi na Kremlu, by uwzględniali koszty z nimi związane.

Jakie koszty?

- Zwłaszcza w pierwszym etapie sankcje doprowadziły do tego, że Rosja nie była w stanie pozyskiwać kapitału z zewnątrz. Skutkiem była stagnacja jej gospodarki. Rosnące ceny ropy spowodowały wprawdzie, że Rosjanie są dziś w stanie rekompensować sobie straty wywołane sankcjami, ale właśnie z powodu tych sankcji Rosja zeszła ze ścieżki modernizacyjnej i jest całkowicie uzależniona od rynków energetycznych. Najważniejsze jest zaś to, że sankcje zawężają pole manewru rosyjskich władz.

Nie ma pan jednak wrażenia, że sankcje amerykańskie są skuteczniejsze? Myślę chociażby o tych, którymi Amerykanie zagrozili firmom partycypującym w budowaniu Nord Streamu 2. Natychmiast wycofały się z tego przedsięwzięcia.

- Początkowo tak było, Amerykanie bowiem wyszli z założenia, że restrykcje mają dotknąć nie tylko Rosję, ale wszystkich, którzy będą pośrednio korzystać ze współpracy z nią w projektach ważnych politycznie. Niestety w imię poprawy relacji z Niemcami nowa administracja złagodziła stanowisko w sprawie tego gazociągu.

A czego brak sankcjom europejskim?

- Są bardzo punktowe. Poza tym nie uderzają w niektóre znaczące firmy rosyjskie, na przykład w Gazprom. Amerykanie poszli dalej. Wprawdzie nie obciążyli Gazpromu wprost, ale obłożyli sankcjami jego finansowe ramię, Gazprombank. Pamiętajmy jednak, że USA mają nieporównanie mniejsze obroty handlowe z Rosją i inwestycje w tym kraju. Mogą sobie pozwolić na więcej, bo mniej stracą. Nie muszą też zmagać się z tak silnym lobbingiem przeciw sankcjom ze strony wielkiego biznesu.

Czy próby obchodzenia sankcji są problemem?

- Oczywiście. Na przykład jednym z głównych produktów eksportowych Białorusi są nawozy sztuczne. W pewnym momencie okazało, że są na tyle ważne dla istotnej firmy z jednego z państw członkowskich, że zaczęło się ono domagać złagodzenia sankcji. Dotykamy tu istoty problemu. Każde państwo bowiem ocenia koszty, jakie samo poniesie wskutek sankcji. Czasami są one realne, czasami są wyolbrzymiane z powodów politycznych. Gdy się je wprowadza, natychmiast pojawia się tabun prawników i doradców szukających dziur w systemie, aby wymyślić sposoby ich ominięcia. To jest trochę tak, jak z dopingiem w sporcie. Mamy laboratoria pomagające ścigać tych, którzy się szprycują, i mamy też laboratoria, które wymyślają coraz to nowe środki dopingowe. Taki wyścig uprawiamy w sprawie sankcji.

Potrzebny jest więc znacznie lepszy monitoring, żeby nie było przypadków takich, jak sławne turbiny Siemensa, które znalazły się na Krymie. I tu kłopotem w moim przekonaniu jest to, że nie ma poważnych sankcji dla tych podmiotów po naszej, zachodniej stronie, które sankcje łamią. A powinny być, aby motywować do przestrzegania jednomyślnie przyjętych regulacji służących obronie prawa i porządku międzynarodowego.

Światłana Cichanouska wzywa do nałożenia kolejnych sankcji na Białoruś, tym razem sektorowych, dotyczących wybranych działów gospodarki. Czy ma szansę przeforsować ten postulat i czy takie sankcje rzeczywiście mogą coś zmienić?

- Cichanouska ma rację, że trzeba mocniejszych narzędzi, żeby wpływać na Łukaszenkę. Czy to się uda? Nie wiem. Jego ostatnie wywiady wskazują, że stracił kontakt z rzeczywistością polityczną. Nie jest zainteresowany normalizacją sytuacji. W swojej desperacji jest gotów do każdych działań.

Wydaje mi się, że w tej sytuacji jest konieczne rozważenie stanowczych, radykalnych działań. Mówiąc kolokwialnie, to jest moment, w którym trzeba w ten system walnąć młotem, a nie dłubać w nim śrubokrętem. Trzeba uderzyć od razu bardzo mocno, z pełną świadomością kosztów. Innej drogi dzisiaj nie ma.

A co z Kazachstanem? Czy „bratnia pomoc” dla reżimu w tym kraju może stać się argumentem na rzecz kolejnych sankcji?

- Sposób, w jaki jest przeprowadzana interwencja na rzecz ochrony autokratycznego reżimu przed frustracją społeczną, z wykorzystaniem mechanizmów Organizacji Bezpieczeństwa Zbiorowego, raczej nie rodzi podstaw do nowych sankcji. Natomiast nowy namysł nad sankcjami powinien towarzyszyć strategii działania wobec Rosji eskalującej od kilku miesięcy napięcie przy granicy z Ukrainą. Dziś nie mamy prawa być zaskoczeni jak w 2014 roku. Teraz mamy wręcz obowiązek zawczasu przygotować stosowne narzędzia odstraszania, aby nie być mądrymi po szkodzie. To jest optymalny moment, by stanowczo wpłynąć na rosyjskie kalkulacje polityczno-wojskowe.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na Facebooku! >>

*Politolog Ernest Wyciszkiewicz (rocznik 1977) jest dyrektorem Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, redaktorem naczelnym czasopisma „Nowaja Polsza”, doktorem nauk o polityce. Pracował także w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, gdzie odpowiadał za problematykę bezpieczeństwa energetycznego.