Ekspert: „Kto nie dał rady w Polsce, nie poradzi sobie za granicą” [WYWIAD] | Życie w Niemczech. Społeczeństwo, lifestyle, ciekawostki | DW | 14.01.2017
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages

Społeczeństwo

Ekspert: „Kto nie dał rady w Polsce, nie poradzi sobie za granicą” [WYWIAD]

Polacy przyjeżdżają do Hamburga nieprzygotowani do emigracji zarobkowej – mówi socjolog i pracownik społeczny Andrzej Stasiewicz z poradni „Plata” dla bezdomnych.

Deutschland Andreas Stasiewicz -Berater der Beratungsstelle Plata in Hamburg (A. Maciol-Holthausen)

Andreas Stasiewicz podczas obchodu na dworcu głównym w Hamburgu

Deutsche Welle: Żeby prowadzić poradnictwo dla bezdomnych z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, zajmować się problemem wykluczenia, trzeba mieć do tego powołanie? 

Andrzej Stasiewicz: Należałoby właściwie odpowiedzieć bez patosu, że wybrałem sobie ten, a nie inny zawód w sektorze socjalnym, ale bez wątpienia jest on związany z powołaniem, podobnie jak w przypadku lekarza, mądrego polityka czy księdza. Zgadzam się, że można mówić o pewnej formie powołania.

Dodam, że w tym konkretnym przypadku, kiedy wystartowaliśmy w 2010 r. w Hamburgu z projektem „Plata” dla osób bezdomnych - wyjątkowo trudnej grupy docelowej, z dużą ilością wykluczeń - nikt mnie do tego nie zmuszał. Wręcz dziwiłem się, że nikt nie chciał się tym projektem zająć. Teraz uważam, że w podjęciu tego zadania niemałą rolę odegrała moja podwójna tożsamość. Moja matka jest Niemką, a ojciec Polakiem, urodziłem się w Hamburgu, ale wychowałem we Wrocławiu. Od urodzenia jestem zawieszony między Polską i Niemcami. A kiedy ruszał projekt „Plata”, moje życie można było podzielić na dwa okresy: miałem za sobą 25 lat życia w Polsce i 25 lat w Niemczech, tak że bardziej podzielonym nie można być. Nie bez znaczenia był dla mnie fakt, że projekt dotyczy zarówno polsko-niemieckiej jak i europejskiej problematyki. Obok Polaków przyjeżdżają licznie do Hamburga również Rumunii i Bułgarzy i po utracie pracy lądują na bruku.

Czy oprócz powołania potrzebne było też fachowe przygotowanie zawodowe?

Jeśli chodzi o moje predyspozycje do tej pracy, na pewno je posiadam. Wychowałem się w Polsce, w innym niedemokratycznym systemie i w takim środowisku, które interesowało się zawsze filozofią, socjologią i chciało stworzyć jakieś alternatywne, humanitarne rozwiązania dla problemów wykluczenia. Jako socjolog zawsze interesowałem się pomocą dla ludzi szczególnej troski. Właściwie przez całe życie nie zajmowałem się niczym innym, jak naprawianiem błędów systemowych oraz korygowaniem niewłaściwych czy źle funkcjonujących rozwiązań społecznych.   

Codziennie konfrontowany jest Pan z problemem bezdomności. Przyjmuje Pan nie tylko w poradni „Plata” na Rosenallee 11 w Hamburgu, lecz spotyka się Pan z bezdomnymi Polakami na dworcu głównym, towarzyszy im do urzędów, prawników i lekarzy. Ten bezmiar ludzkiego nieszczęścia musi bardzo obciążać? 

Zgadza się i chociaż po tylu latach w każdej nawet ekstremalnej sytuacji zachowuję spokój, reaguję niemalże rutynowo, jednak w środku gotuję się ze złości, szlag mnie trafia, jak źle traktuje się tych ludzi, a jednocześnie jak bardzo są oni niemądrzy i naiwni. Zazwyczaj nie okazuję w ekstremalnych sytuacjach emocji. Ale dobrze, że mieszkam na wsi, 50 km od Hamburga i mogę się tam wyciszyć. Kiedyś z zamiłowaniem byłem taternikiem i grotołazem i do dzisiaj nic mnie tak nie uspokaja, jak pobyt w górach. Tam potrafię się wyłączyć.

Deutschland Andreas Stasiewicz -Berater der Beratungsstelle Plata in Hamburg (A. Maciol-Holthausen)

Z biura przy Rosenallee 11 w drogę do urzędów

Nieoficjalne statystyki podają, że w Hamburgu bez dachu nad głową żyje około 8,5 tys. osób, z tego trzy czwarte to imigranci zarobkowi z Europy Środkowo-Wschodniej. Liczbę bezdomnych z Polski ocenia się na około 800-1000 osób. Jak by ich Pan scharakteryzował.

Można ich podzielić na 3 grupy. Do pierwszej zaliczyłbym osoby, które są kompletnie nieprzygotowane do emigracji zarobkowej. Jest ona wielkim wyzwaniem i oczywiście szansą, ale jest o wiele trudniejsza niż integracja na rodzimym rynku pracy. Ludzie, którzy ze względu na brak wykształcenia czy problem uzależnień nie dali rady w Polsce, tym bardziej nie poradzą sobie zagranicą. Nawet, jeśli znajdą jakieś zajęcie za 500-600 euro, a w Polsce widzą tylko te tysiąc złotych, to na dłuższą metę nie zdołają tego zajęcia utrzymać i przepadną. Bo warunkiem, by poradzić sobie w każdej sytuacji kryzysowej jest odpowiednie wykształcenie zawodowe oraz emocjonalna stabilność. Jeśli brak jest dojrzałości społecznej oraz naturalnej ochrony, jaką daje rodzime zaufane środowisko, trudno poradzić sobie w obcych warunkach.

Inną grupę bezdomnych tworzą osoby, które uciekają przed problemami: najczęściej chodzi o długi, wyroki sądowe. Jest sporo Polaków, którzy wyjeżdżają z powodu rodzinnych tragedii, np. rozpadu małżeństwa. Ale problemy, które zostają w kraju wracają jak bumerang, nawet po 5-10 latach, bo przecież sądy obu krajów dobrze ze sobą współpracują. Także, kiedy taki Polak się ustabilizuje, znajdzie pracę, dostanie zameldowanie, dopadnie go też każdy dług czy obowiązek alimentacyjny z Polski.

Ta grupa jest spora i wielu Polaków siedzi na ulicy nie wiedząc nawet, że wyrok w kraju jest przedawniony.

O trzeciej grupie mówi się tutaj bardzo niechętnie. Należą do niej osoby, które wszystko w zasadzie zrobiły, tak jak trzeba, ale zostały oszukane i wyzyskane przez nieuczciwe firmy, wpadły w długi i nie otrzymały na czas odpowiedniej pomocy. W Niemczech jest takie obiegowe powiedzenie: „Recht haben, Recht bekommen”(komuś przysługuje prawo, ale trudno go dochodzić). Oddaje ono zawodny mechanizm dochodzenia swoich praw, bo od momentu doznania krzywdy do otrzymania pozytywnego wyroku sądowego mogą w Niemczech upłynąć lata. Tak było z jednym z moich klientów, którego oszukano w pracy. Przez pół roku czekał na ulicy na wyrok dot. odszkodowania.

Ile ma Pan takich przypadków?

Ich liczba rośnie, bo rośnie też liczba wyzyskiwanych imigrantów zarobkowych. Są takie branże w Niemczech, które w zasadzie funkcjonują wyłącznie dzięki wyzyskowi. Mam na myśli przemysł mięsny czy cały sektor opieki nad starszymi ludźmi. Polki za 1000 euro opiekują się nie tylko 24 godziny na dobę zniedołężniałymi staruszkami, ale dodatkowo sprzątają i gotują. Przy tym są zadowolone, bo w Polsce nie zarobiłaby takich pieniędzy. To jest ciężka i bardzo wyniszczająca praca, a liczba chętnych nieustannie rośnie i z politycznego punktu widzenia traktuje się to zjawisko zbyt marginalnie. 

Niepokoi też fakt, że sektor niskopłacowy w Niemczech, stanowiący obecnie 20 procent wszystkich miejsc pracy, stale rośnie. A obiegowa opinia, że Niemcy prowadzą socjalną gospodarkę wolnorynkową nie odpowiada realiom, bo tej "socjalności" jest coraz mniej.

Każda z osób trafiająca do poradni „Plata” w Hamburgu to indywidualny przypadek, z którym obchodzi się Pan z dużym wyczuciem, empatią oraz ogromnym zrozumieniem.

W gospodarce wolnorynkowej to naturalne, że jeśli pracujesz dla określonej grupy klientów, musisz się dostosować do ich stylu życia, tego jak oni funkcjonują. Jeżeli, ktoś z moich podopiecznych jest chory lub uzależniony od alkoholu, nie mogę od niego wymagać, by zjawił się u mnie w biurze o 7 rano. Również próby podjęcia rozmów wieczorem nie mają najmniejszego sensu. Moje godziny pracy są dostosowane do rytmu moich podopiecznych. To my wychodzimy do nich na ulice, odwiedzamy ich na dworcu. Nasz kolega Stanisław Szczerba z partnerskiej organizacji BARKA z Poznania pracuje dla nas, jako streetworker. Przysiada się do bezdomnych na ulicy i rozmawia o ich problemach. Nasza umiejętność dopasowania się do nich powoduje, że czując się zrozumiani kiedyś sami do nas przyjdą. A na końcu jeszcze podziękują, bo to nie są ludzie, którzy tylko potrafią bluzgać, pić i przysparzać problemów. Za otrzymaną pomoc potrafią też podziękować.

A jak ocenia pan niemiecki system świadczeń socjalnych?

Jest bardzo zbiurokratyzowany i bezduszny. Wymaga on od osób, które dawno się poddały i skapitulowały, by nadal funkcjonowały sprawnie w klasycznym systemie społecznym i zawodowym. Człowiekowi, który jest chory, któremu trzęsą się ręce, trzeba pomóc. A nadmiernie rozbuchana biurokracja i niezliczone formularze do wypełnienia mogą go jedynie dobić. Problemów społecznych nie da się rozwiązać samymi paragrafami. Nasz projekt „Plata” odnosi sukces, dlatego, że staramy się reagować stosownie do potrzeb i sytuacji

25 lat temu system socjalny w Niemczech był dużo lepszy. Obecnie jest bardziej nastawiony na ostre sankcje, by zabierać ludziom świadczenia. Ma on za zadanie zmusić petentów do podjęcia każdej możliwej również źle płatnej pracy. To jest działanie umotywowane politycznie, żeby ludzi w Niemczech wepchnąć za wszelką cenę w tanie i byle jakie miejsca zatrudnienia. Nawet, jeśli się do nich nie nadają, w myśl zasady, że najgorsza praca ma się bardziej opłacać niż korzystanie z systemu zasiłków.

Nie ogarnia Pana momentami uczucie bezsilności i zwątpienia?

Wielokrotnie, szczególnie, kiedy walczę 3-4 miesiące o karetkę dla jednego z bezdomnych Polaków i kiedy wreszcie przyjeżdża, on umiera. Albo najświeższy przypadek, kiedy nie chciano mimo mrozu przyjąć do zimowej noclegowni człowieka na wózku inwalidzkim. Nie pozwalały na to przepisy, bo w noclegowani nie było ubikacji dla niepełnosprawnych. To przykład myślenia prymitywnego urzędnika, a przecież trzeba widzieć żywego człowieka i przy odrobienie wyobraźni domyśleć się, co się z nim stanie na mrozie za 3-4 godziny. Niestety, dostrzegam coraz bardziej postępujący proces tzw. atomizacji społeczeństwa prowadzący do izolacji jednostki oraz dezintegracji. Aktualny system pracy niszczy nas, jako ludzi społecznych, jako homo socialis. Płacimy zbyt wysoką cenę za nasz poziom życia, za naszą wolność, a ludzie, którzy sobie w tym systemie nie radzą są zwyczajnie wyrzucani na bruk. 

Wspomniał Pan, że w ciągu 10 lat działalności biura, odwiedziło je około 15 tys. osób szukających pomocy. Ilu zdołaliście pomóc?

Około 30 procent osób wraca do kraju. Muszę jednak dodać, że statystyki te nie są dokładne, ponieważ do naszej poradni „Plata” w Hamburgu trafiają też osoby z innych miast. My, jako jedyni załatwiamy formalności związane z wyjazdem do kraju. W 2015 roku zdołaliśmy nakłonić do powrotu ponad 900 osób, w tym Polaków. Wśród bezdomnych są tacy, którzy boją się nawiązać kontakt z rodziną, którzy przy naszej pomocy chcą przed wyjazdem do Polski uregulować wszystkie zobowiązania, są i tacy, którzy nie mają dokąd wracać. Nie ukrywam, że niektórzy z naszych dawnych klientów  po przebytej terapii w kraju, poduczeni niemieckiego, o wiele lepiej przygotowani wracają po roku lub dwóch do Hamburga i za drugim razem świetnie sobie radzą.

Jednak spoglądając na problem emigracji zarobkowej w skali europejskiej muszę powiedzieć, że sytuacja nie wygląda najlepiej. Biorąc pod uwagę 2 mln Polaków, około 4 mln Rumunów i 1 mln Bułgarów oraz rosnącą obecnie liczbę imigrantów z Hiszpanii i Włoch, mamy do czynienia w UE z wielką falą migracji zarobkowej. A zjawisko biedy czy problemy społeczne w tych regionach Europy, które były dotąd dzięki granicom niewidoczne, stają się obecnie wręcz namacalne.

Hamburg jest jak magnes, przyciąga także bezdomnych z Berlina. Czym należy to tłumaczyć?

Nie tylko z Berlina, również z Kilonii, Lubeki, Rostocku, z całych Niemiec. Trzeba pamiętać, że Hamburg jest drugim co do zamożności po Rotterdamie miastem w Europie. Na cele socjalne i zdrowotne wydaje się tutaj 1,2 mld euro. W tym mieście działa najlepszy w UE system pomocy migrantom. A na same noclegownie dla bezdomnych, w ramach programu zimowego, przeznacza się 2 mln euro. Nie zapominajmy też o jednym: współczesny bezdomny to osoba posiadająca telefon komórkowy. Służy on za biuro, są na nim zdjęcia rodziny. Bezdomny pójdzie za kilka euro do kafejki internetowej i znajdzie wszystkie potrzebne informacje. A potem wsiądzie na gapę do pociągu i przyjedzie do Hamburga.

Alexandra Jarecka

 

Reklama