Brexit: May jedzie się radzić do Berlina i Paryża | UE-Polska-Niemcy – Wiadomości po polsku | DW | 08.04.2019
  1. Inhalt
  2. Navigation
  3. Weitere Inhalte
  4. Metanavigation
  5. Suche
  6. Choose from 30 Languages
Reklama

Europa

Brexit: May jedzie się radzić do Berlina i Paryża

Kolejny brexitowy szczyt w nabliższą środę, a Theresa May nadal nie ma planu uporządkowanego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Przed Brukselą jedzie na rozmowy z kanclerz Merkel i prezydentem Macronem.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May (picture-alliance/AP/Downing Street)

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May

Brexitowe rozmowy z opozycją stanęły w martwym punkcie, rząd w Londynie się kłóci, UE jest zirytowana. Tymczasem w piątek (12.04.2019) Wielka Brytania powinna właściwie opuścić Unię Europejską – bez umowy. Obydwie strony chcą temu zapobiec, dlatego w środę (10.04.2019) w Brukseli kolejny, nadzwyczajny szczyt ws. brexitu. Przedtem, we wtorek Theresa May spotka się na rozmowach najpierw z kanclerz Angelą Merkel w Berlinie, potem z prezydentem Emmanuelem Macronem w Paryżu.

Na własnym podwórku, w Wielkiej Brytanii, Theresa May podjęła w niedzielne popołudnie swoistą próbę „ofensywnej obrony”. Siedząc na kanapie w pałacu Chequers, tłumaczyła narodowi tajniki brexitowego chaosu. Izba Gmin mianowicie trzykrotnie odrzuciła przedstawianą przez nią umowę. I przyznała, że jej porozumienie z UE nie ma już szans: „W obecnej sytuacji nie widzę, jak posłowie mieliby je zaakceptować”. Teraz przynajmniej wiadomo. że brytyjska premier nie będzie próbowała po raz czwarty przepchnąć swojego scenariusza.

May chce pokazać, że próbowała wszystkiego

W "kanapowym" przemówieniu May przede wszystkim broniła swojej próby znalezienia ponadpartyjnego rozwiązania razem z opozycyjnymi laburzystami. Wprawdzie pod wieloma względami nie zgadza się z polityką Partii Pracy, mimo to zastanawia się, czy można by znaleźć drogę, „która pozwoli na znalezienie dobrego rozwiązania i przeforsowanie go w parlamencie”. W końcu wyborcy zdecydowali się na brexit niezależnie od swoich sympatii i przynależności partyjnej.

Ponadto torysi i laburzyści są zgodni co do jednego: chcą położyć kres swobodzie przepływu osób, chronić miejsca pracy i spełnić obietnicę brexitu, za którym ludzie opowiedzieli się prawie trzy lata temu. Przy czym ten ostatni punkt dotyczy tylko części Partii Pracy – na temat „czy” i „jak” opuścić UE, jest ona rozdarta przynajmniej tak, jak Partia Konserwatywna.

Szef laburzystów Jeremy Corbyn (tyłem) i Theresa May nie mogą znaleźć kompromisu (picture-alliance/PA Wire/House of Commons)

Szef laburzystów Jeremy Corbyn (tyłem) i Theresa May nie mogą znaleźć kompromisu

Zwracając się do społeczeństwa Theresa May chciała osiągnąć dwie rzeczy: niejako prosi o zrozumienie dla impasu, w jakim znalazł się brexit, i w dalekim stopniu obarcza za to winą Izbę Gmin. Jakby nie było parlament zabronił opuszczenia UE bez umowy. Przypuszczalnie jeszcze dzisiaj nabierze to mocy prawnej wiążąc w ten sposób ręce rządowi.

Po drugie May próbuje zwalić na Partię Pracy winę za to, że według wszelkiego prawdopodobieństwa będzie musiała jechać w środę do Brukseli z pustymi rękoma. Trudno sobie wyobrazić, żeby w ciągu dwóch dni miała osiągnąć jeszcze porozumienie, przedstawić je parlamentowi i uzyskać jego zgodę.

Na ile szczere jest szukanie kompromisu?

Mimo krytycznej sytuacji – bo już w najbliższy piątek grozi następny termin twardego brexitu – partyjne rozgrywki w Londynie toczą się dalej. Obydwie strony nie są pewne intencji przeciwnika i nie ufają w uczciwość oferowanych rozwiązań. Są nieufne nawet wówczas, gdy May sama obiecuje Partii Pracy, że zadba o to, by znaleziony kompromis był opatrzony „gwarancją”, że jej ewentualny następca Johnson, nie porwie go na strzępy  natychmiast po przejęciu rządów.

Warunki postawione May na szczycie UE 21 marca, są właściwie jasne. Albo do nadchodzącego weekendu przeforsuje wypracowane w Brukseli porozumienie – co byłoby podstawą uporządkowanego brexitu 22 maja. Albo też – o ile brexit ma być przesunięty, Wielka Brytania przedstawi przynajmniej dalszy plan działania, czego domaga się od niej UE. W takim wypadku  Brytyjczycy otrzymaliby nowy termin brexitu, ale musieliby też uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Prolongaty terminu opuszczenia UE Brytyjczycy nie powinni jednak zmarnować na dalsze kłótnie, tylko muszą się zdecydować na drugie referendum i / albo nowe wybory, albo też przedstawić nareszcie wiarygodny plan rozwiązania kryzysu.

Tymczasem Theresa May prosi o dalsze przedłużenie terminu do 30 czerwca. Czegoś takiego Bruksela nie przewiduje, bo obawia się nieskończonego łańcucha prolongat, co pochłonęłoby UE energię i odwróciło uwagę od innych, ważniejszych problemów.

Ponadto szerzy się strach przed subwersywnymi akcjami brexitowców w przyszłym rządzie, o ile Brytyjczycy mieliby na dłużej zostać w klubie jako jego oporny członek. Za dowód służy sceptykom tweet Jacoba Reesa-Mogga, w którym domaga się on, by „wykorzystać pozostałą władzę na robienie trudności”, jeżeli nadal Zjednoczone Królestwo miałoby tkwić w UE. Rees-Mogg nota bene chwali swojego kolegę Borisa Johnsona jako umiarkowanego człowieka, który „mógłby zjednoczyć partię i wygrać wybory”.

EU ma dylemat

Według wieści ze spotkania ambasadorów UE w Brukseli, Europejczycy jeszcze się nie zdecydowali, co robić z życzeniem May. Przede wszystkim Belgowie, Hiszpanie i Francuzi są sceptyczni. Jeżeli Brytyjczycy nie przedstawią żadnego planu działania, „zdecydowali się na nieuporządkowany brexit” – stwierdziła nowa, francuska minister ds. europejskich Amélie de Monchalin. Nawet sprzyjający Brytyjczykom Holendrzy narzekają, że z dalszą prolongatą brexitu pojawia się wiele pytań.

Berlin domaga się od Brytyjczyków dalszych wyjaśnień, kanclerz Merkel jak wiadomo robi wszystko, by uniknąć twardego brexitu. Także Polska i szereg innych państw unijnych nie chcą blokować Londynu. A premier Irlandii Leo Varadkar powiedział wręcz, że „nie wybaczy” krajowi, który sprzeciwi się dalszemu przedłużeniu terminu. Cierpliwy chce być też szef Rady Europejskiej Donald Tusk i proponuje Brytyjczykom roczną prolongatę, co kiedyś tam skończyłoby się uporządkowanym brexitem.

EU ma dylemat: obawia się destrukcyjnego wpływu brexitowego sporu na wybory i własną przyszłość. Większość Europejczyków wolałaby, żeby Brytyjczycy pożegnali się z UE lepiej wcześniej, niż później. Ale zarazem nikt nie chce brać na siebie winy za chaos, w jaki mogłaby popaść Wielka Brytania po twardym brexicie. Sytuację Brytyjczyków w UE zwięźle skomentował europoseł belgijskich Zielonych Phillipe Lamberts: „Dopóki się nie wynieśli, są!”.

Redakcja poleca

Reklama